Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 22
W tym miesiącu: 2340
W tym roku: 19429
Ogólnie: 365944

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Codzienne życie w Izraelu oczami Polki cz. II

Autor: Irena Bartkowska
10-09-2013

Domy jak twierdze
Poprzez gałęzie drzew widać w oddali białe kamienne domy Jerozolimy. Dziś nie najlepszy widok, bo wiejący z nad pustyni wiatr przynosi żółtawy pył, który osadza się wszędzie. Wciska się do domów, pudruje ulice, dachy samochodów, tarasy, słowem całe miasto. W powietrzu czuć zapach pustynnych piasków, które od wieków wędrują ciągle w niewiadomym kierunku. Trochę jak mgła, ale bardziej tajemnicza, beżowo-kremowa muślinowa firanka przysłania i rozmazuje kontury miasta. Miasta pięknego, białego, zbudowanego w całości z jerozolimskiego kamienia. Miasta, które rozrzuciło na wzgórzach i dolinach swoje domostwa, przypominające kwadratowe pudelka przytulone do siebie jakby w obawie przed samotnością… Dom jest twierdzą i to w nim, wewnątrz toczy się życie. Często jest małe patio, podwóreczko mikroskopijnej wielkości, różne schodki prowadzące w tajemne miejsca. Wewnętrzne okna, okratowane wymyślną konstrukcją, a wykonane z niemałą precyzją przez kowala. Czasem każde inne, wypukłe lub proste, wszystkie pomalowane na biało. Stare miasto. Otoczone pięknym, wysokim murem miasto z tysiącem wąskich uliczek brukowanych kocimi łbami tętni życiem za dnia. Wieczorem zamiera. Udaję się do sypialni i tylko nieliczne myszy, którym jak dotąd udało się przeżyć, wystawiają swoje wąsiska spod muru niuchając zawzięcie.
Idziemy spać, Morfeusz obejmie nad nami władzę. Może Beduin zabierze nas do swojego namiotu, może cudowna lampa Aladyna oświetli nam drogę i bezpiecznie powędrujemy uliczkami Jerozolimy sprzed tysiąca lat? Jeszcze w oddali słychać modlitwę zawodzącego muezina, biją wszystkie dzwony różnych kościołów, modlą się kiwając bezgłośnie wyznawcy judaizmu. Każdy prosi swojego Boga o to samo i nikt nikomu nie życzy źle, bo nie ma takiej wiary, która namawia do złego.

Zakupy w Jerozolimie

Czwartek, 17 listopada 2011
I znowu wieczór w Jerozolimie. Dziś było bardzo ciepło, jak na jesienną porę roku. Wczorajszy deszcz popłynął nad Jordanię. Ulice suche, słoneczko świeci, wiec wybrałyśmy się na zakupy. Oczywiście samochodem. Poruszanie się po jerozolimskich drogach i ulicach jest bardzo kłopotliwe. Niby wszyscy znają przepisy ruchu drogowego, ale o ustąpieniu i przepuszczenie innego samochodu nie ma co marzyć. Kto większy ten lepszy… Płyniemy więc powoli w strumieniu głównie japońskich aut. Wszystkie albo białe, albo czarne, a nietypowy, pomarańczowy kolor samochodu Karoliny przyciąga wzrok. Przed wjazdem na parkingi i wejściem do wszystkich sklepów jesteśmy sprawdzani przez ochronę. Nasze przepastne torebki idą do „fotografa”. Bramka wykrywająca metale na szczęście milczy. Otwieramy bagażnik i przednie drzwi. Czarno ubrany poważny facet na wszelki wypadek zagląda nam głęboko w oczy. Wreszcie machnięcie dłonią i zadowolone, że budzimy zaufanie wjeżdżamy w podziemne labirynty wykutego w skale parkingu. Jeszce tylko winda i... prawie Galeria Mokotów albo Janki. Sklepy nowoczesne, te same firmy i marki towarów, co w Polsce. Dużo światła, muzyka gra ogłuszająco, w każdym sklepie inaczej. Kakofonia, ale swojsko. Krążymy, szukamy, obmacujemy towary. Ot, babskie spacery między półkami.
Wśród kupujących wiele starszych osób. Młodzieży prawie nie widać, poza obsługą, która nie zawsze jest miła, nawet – co widziałam – dla młodego żołnierza, który przymierzał tenisówki. Biedak miał problem z bronią. Jak się nachylić żeby ogromny „kałach”, czy Uzi przewieszony przez ramię nie przeszkadzał? W dodatku miał lunetę i jeszcze jakieś ustrojstwa koło lufy. Wreszcie podjął jedyną słuszną decyzję i położył broń na kanapce obok siebie. Obok siedziałam ja i jak sroka gapiłam się na karabin. Musiałam mieć dziwną minę, bo szybko zabrał broń i położył z drugiej strony.
Po trudach zakupów skierowałyśmy nasze kroki do malutkiego baru „Falafel Szalom”. Malutkie wnętrze, bardziej niż skromne. Ot, bar w handlowo-przemysłowej dzielnicy miasta, ale jakie pyszne jedzenie! W pitę włożono humus, sałatki, rożne dodatki z warzyw, głównie marynowane oraz kawałeczki mięsa. Pycha! Polecam, choć nie przepadam za jedzeniem z papierowej torebki i wycieraniem ust rękawem. Ale jak się jest w obcym kraju, to warto zapoznać się z kuchnią.
Najczęściej korzystam z egzotycznych owoców regularnie wyłożonych na straganach. Jaka paleta barw, istne szaleństwo, orgia kolorów! Na bazarach piramidy owoców i przypraw łaskoczą swoim zapachem. Tu suszone daktyle, tam figi, bulwiaste zielone pamelo, pomarańcze, małe i duże, mandarynki, owoce opuncji już bez kolców, bardzo słodkie, gujawy, szarony w kolorze pomarańczy, owoce licz i papaja, kokosy, których mleczko polecane jest tu kobietom w ciąży. Mówi się o siedmiu płodach ziemi izraelskiej, z których kraj ten słynie na cały świat. To pszenica, jęczmień, oliwki, winogrona, figi, daktyle i oczywiście granaty. One królują wszędzie, nie tylko na straganach, ale w sklepach z pamiątkami. To jakby symbol kraju, mówi się, że mają 613 ziarenek, tyle samo ile jest w Torze przykazań. Granaty zawsze są jedzone na Nowy Rok, a my zabieramy się teraz z dziećmi do obierania pamelo i powoli szykujemy się do snu.

Piątek w Jerozolimie
Piątek, 18 listopada 2011
Nowy dzień, ciepły, ale deszczowy. Siąpi drobniutki kapuśniaczek, mokną kwiaty na tarasie, nawet koty sąsiadów, po zjedzeniu chrupiącego śniadania, zniknęły bez śladu, tylko przemoknięte szaro-srebrne wrony rozsiadły się na balustradzie. W powietrzu czuć jesień … Dziś piątek, początek szabasu … Od rana trwa osobliwy nastrój w mieście. Szkoły, przedszkola i urzędy skracają swój ustawowy dzień pracy. Nerwowa bieganina udziela się wszystkim. Trzeba szybko zrobić zakupy, bo o 14. zamykane są sklepy. Jeszcze koniecznie należy kupić bukiet kwiatów, obowiązkową ozdobę odświętnie przygotowanego do szabasowej kolacji stołu. Powoli zamiera na ulicach ruch. Samochody też będą miały święto. Zaparkowane odpoczywają, aż do soboty wieczorem. Zapada zmrok, czas na wspólne celebrowanie świątecznej wieczerzy.
Czas szabasu jest ruchomy. W każdej gazecie i kalendarzach jest podana godzina rozpoczęcia i zakończenia świętego dnia np. w dniu dzisiejszym Tel Awiwie 4.18 pm., Hajfa 4.08 pm, a Eilat 4.22 pm. Ponieważ Jerozolima uważana jest za Święte Miasto, szabas rozpoczyna się tutaj 40 minut wcześniej.
Przed zachodem słońca kobiety zapalają dwie świece oraz dodatkowo tyle, ile mają potomstwa. Panowie w tym czasie udają się na modlitwę do synagogi. Już po zmroku wracają do domu i zasiadają do kolacji. Na stole leżą dwie świeże, pachnące chałki, przykryte odświętną serwetą, często z haftem „Shabbas”. Zawsze są dwie, na pamiątkę „czterdziestoletniej wędrówki” przez pustynie, podczas której Żydzi dostawali, właśnie zawsze w szabas podwójną porcję manny z nieba. Obok leży specjalnie na tę okazję nóż, sól oraz butelka wina z kieliszeczkami dla wszystkich uczestników wieczerzy. Dla dzieci podaje się sok z winogron. Przed panem domu stoi srebrny, rzeźbiony kubeczek. Rozpoczyna się kidusz, błogosławieństwo szabasu winem. Dostojnie, na stojąco. W zasadzie zawsze robi to gospodarz lub wskazana przez niego osoba, zwykle mężczyzna. Po wypiciu wina wszyscy idą rytualnie obmyć ręce i w ciszy zasiadają do stołu. Pan lub pani domu błogosławi chleb i kroi, rozdzielając wszystkim. Kolacja się zaczyna. Na stole u aszkenazyjskich Żydów króluje rosół, ryby i sałatki. Szabasowy wybór dań zależy od inwencji gospodyni. Popularne pulpety rybne podawane są na osobnych talerzach, bo nie mogą być podawane z mięsem. Na deser są przeróżne ciasta, potem wody, soki, ot, normalne napoje. Po jedzeniu każdy błogosławi zjedzony posiłek. Takie kolacje trwają bardzo długo. Biesiadników jest zawsze dużo, bo rodziny są wielodzietne, a jest jeszcze zwyczaj zapraszania znajomych i ich rodzin. W kręgach osób bardzo religijnych goście nie wracają do swoich domów. Zazwyczaj zostają na noc i dopiero następnego dnia pod wieczór jadą samochodami do siebie. Jeśli mieszkają blisko, idą piechotą. Zabawne są obrazki, kiedy późną nocą idzie chodnikiem rodzina i każdy dorosły niesie krzesło. Jeszcze sobotnie nabożeństwo w synagodze i kończy się w sobotę świąteczny dzień. Znika zapach pieczonych chałek, odświętnego nastroju, wyciszenia. Nic nie może przeszkodzić w relaksie. Szabas to dzień poświęcony rodzinie, przede wszystkim dzieciom... ubrane odświętnie jeżdżą na rowerach, hulajnogach, bądź wiszą na trzepakach, bawią się na bardzo licznych i świetnie utrzymanych placach zabaw.

Sobota
Sobota, 19 listopada 2011
Następny dzień wypoczynku. Ranek przywitał nas rzęsistym, ciepłym deszczem. O spacerze nie ma mowy i z naszej planowanej wyprawy nic nie wyjdzie. Trzeba będzie zmienić plany, a może zostaniemy w domu i jak mieszkańcy tego miasta wolny czas poświęcimy dzieciom. Miasto zamarło. W całym kraju nie jeżdżą autobusy, ulice są puste i tylko w oddali słychać wyjące przeraźliwie karetki pogotowia ratunkowego. Często widać na bocznych ścianach samochodu duże napisy informujące, że ta karetka została ufundowana przez rodzinę X, aby upamiętnić jakiegoś nieżyjącego członka rodziny. Fundowane są przeróżne rzeczy np. sale szpitalne, stypendia dla studentów, place zabaw, pomniki. Piękny to zwyczaj i praktykowany również przez diasporę. Jednym z takich darów jest Księga Tory. Jest to zwój z hebrajskim tekstem Pięcioksięgu, napisany ręcznie na pergaminie ze skóry zwierzęcej. Przechowywany jest w synagodze, często okryty srebrną „sukienką”, tarczą i koroną z dzwoneczkami. Ten precyzyjnie wykonany przedmiot może kosztować nawet dziesiątki tysięcy szekli.
Zaglądając do bardzo licznych sklepików ze starociami można naprawdę znaleźć śliczne przedmioty, wykonane głównie w srebrze. Wszystkie precyzyjnie grawerowane, rzeźbione. Widać delikatność rysunku i uzdolnioną rękę mistrza. W starych ramach wiszą, pamiętające dawne czasy, obrazy, jakieś akwarele, gwasze, szkice. Czasem portret pięknej kobiety z oczami jak węgielki lub brodatego, zasępionego Żyda. Różnej wielkości świeczniki zwane menorą ze srebra, kryształu lub kute w żelazie. Można siedzieć godzinami, oglądać i czuć takie miejsca. Stary sprzedawca pochylony nad zawalonym starociami biurkiem rzuca od czasu do czasu znad okrągłych okularów, pamiętających dawne dni, ciekawskie spojrzenie. Może coś dzisiaj sprzeda? Szczęśliwi czasu nie liczą, a w Jerozolimie czas stanął w miejscu i tak już zostanie. Nie na darmo jest to Święte Miasto z niebywałą historią.
Obok bukinista zachęca do wejścia w swoje królestwo. Pięknie oprawione w płótno czy skórę opasłe tomiska kryjące niesamowite opowieści, przygody, może romanse, a może tylko mądrości starców Z ciekawością otwieram książkę oprawioną w wytłaczaną i malowaną skórę, by obejrzeć zawarte w niej ryciny, ale popełniam błąd. Tutaj książki czyta się od tyłu! Krój pisma hebrajskiego jest bardzo ciekawy, a mnie kojarzy się z wstążeczkami pogrubionymi redisem i łączonymi na górze. Ciekawy to świat, tajemniczy, dla nas nie odkryty. Fascynuje innością i siłą przetrwania. Głęboka wiara, szacunek dla rodziny, podtrzymywanie tradycji to cechy, które pozwoliły w niewiele zmienionej postaci zachować obrzędy, zwyczaje, język i wszechobecną tradycję.
Zapada zmrok. Już niebawem ruszą w miasto samochody. Gwar zapełni uśpione dotąd uliczki. Znowu trzeba zapełnić lodówki, kupić może chleb, może mleko i... coś dla kotów. A jutro nastanie nowy dzień przywitany żarliwą modlitwą. Dzieci pójdą do szkół, maluchy do przedszkoli, ortodoksyjni tatusiowe będą zgłębiać tajniki Tory, a mamusie prać, sprzątać, prasować, gotować i wykonywać inne czynności dnia powszedniego.
I tak od wieków na wieki....

Niedziela w świętym mieście
20 listopada 2011
Jerozolima to nie tylko historia, to miasto nowoczesne, może nie pod względem architektury – nie ma szklanych, betonowych drapaczy chmur, aluminiowo-żelbetowych konstrukcji. Są za to, zgodnie z tradycją tego miejsca, domy obłożone kremowym kamieniem. Architekci prześcigają się w projektowaniu pięknych domów. Różnorodność jest tu ogromna. Od dwu-trzy piętrowych apartamentowców z ogromnymi tarasami, kilkoma balkonami, często też z basenami na górze, po wielopiętrowe bloki. Bywałam w różnych domach: willach milionerów obwieszonych dziełami sztuki, urządzonych ze smakiem, mieszkaniach w blokach podobnych do wszystkich mieszkań na świecie, w domach w zamkniętych, strzeżonych osiedlach, położonych poza „zieloną linią”.
Ceny mieszkań w Jerozolimie w ostatnich latach bardzo podrożały, stały się wręcz nieosiągalne dla Izraelczyków. Marzeniem każdego Żyda spoza Izraela jest powrót do Ziemi Obiecanej, a najlepiej do Świętego Miasta. Ludzie bogaci nagminnie wykupują duże mieszkania, lecz w nich nie mieszkają. Stoją one puste przez cały rok, tylko czasem w najważniejsze święta judaistyczne lub w wakacje są odwiedzane. Wywołuje to niezadowolenie, widziałam w głównym parku w Jerozolimie demonstrację polegajacą na zamieszkaniu przez kilkanaście osób w namiotach. Nie sądzę, ażeby miało to wpłynąć na ceny liczone tu w milionach dolarów amerykańskich.

Irena Bartkowska