Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 25
W tym miesiącu: 2343
W tym roku: 19432
Ogólnie: 365947

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Bp Juliusz Bursche, ewangelik, Polak chrześcijanin

Autor: Jan Turnau
10-09-2013

Urodził się 150 lat temu, 70 lat temu zmarł zamordowany przez nazistów w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen (lub w więzieniu gestapo w Berlinie, jak podają inne źródła – Red.). Wspominaliśmy go wspólnie — chrześcijanie polscy różnych wyznań — na sympozjum w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie w pewne majowe przedpołudnie. Zasługuje na wielki szacunek wszystkich Polaków, ale też Niemców jako chrześcijanin.

Pamięć niejedno ma imię
Ekumenizm... Różnie to słowo rozumieć można. Dla mnie — podobnie jak dla biskupa rzymskokatolickiego Grzegorza Rysia i pastora luterańskiego Romana Prackiego — to jest między innymi pamięć pogodna. Biskup opisał w „Zeszytach Społecznej Myśli Kościoła” (nr 1/12) wizytę w krakowskiej parafii pastora. Gdy bp Ryś odwiedził ją z klerykami, ks. Pracki pokazał im dwa obrazy. Pierwszy, na którym tłum katolickich żaków demoluje świątynię ewangelicką, przedstawił bez entuzjazmu, drugi chętniej: jest na nim katolicki kościół św. Agnieszki, gdzie podczas okupacji modlili się polscy luteranie, gdy im zabroniono wstępu do ich kościoła św. Marcina, zarezerwowanego wówczas wyłącznie dla Niemców. Ks. Pracki powiedział, że część członków jego parafii jest przywiązana do pierwszego obrazu, druga — większa — do drugiego. Bp Ryś skomentował to pisząc, że chodzi nie tyle o rewizję historii, ile o „wybór własnej historii” (ks. Tischner).

Nie lubię polemicznych tasiemców

W poprzednim numerze „Buntu” profesor Rafał Leszczyński odpowiedział ostro na moją równie ostrą krytykę jego książki „Pisma polemiczne”. Nie będę zajmował się sprawami szczegółowymi, bo nie lubię czytać, a więc i pisać polemicznych tasiemców. Widać ostrość moja była błędem, jeśli inną ostrość wywołała. Myślę, że główna różnica między nami polega właśnie na wyborze pamięci. Profesor pamięta przeszłość zimną, smutną, konfliktową, ja wolę pisać o tej radośniejszej, która zapowiadała dzisiejsze ocieplenie. Może jednak, gdybym był ewangelikiem, byłoby mi znacznie trudniej nie pisać o tej ponurej. Rany zadane przez olbrzyma są z natury rzeczy większe niż ukłucia szpilką czynione przez wspólnotę niewielką. Goją się o wiele trudniej, chodzi przy tym nie tylko o psychologię, także o socjologię, statystykę: głos tysięcy ambon dociera nieporównanie szerzej, brzmi o wiele dłużej.

Rozumiem też mariawitów

Napisałem to w dzień Pięćdziesiątnicy, po wizycie w parafii mariawickiej na warszawskiej Woli, gdzie wspomniano w 150. rocznicę urodzin Założycielkę, św. Marię Franciszkę Kozłowską. Kiedyś wydawało mi się, że mariawici za bardzo tkwią w swojej przeszłości, wciąż jej ostro bronią, polemizują. Dzisiaj rozumiem ich o wiele lepiej. Muszą się ciągle bronić, by wykorzeniać ciągłe oszczerstwa. A nogi tych potwarzy długie: nie pomogły poważne publikacje katolickie dowodzące, że ruch mariawicki wziął się z autentycznej troski o odnowę polskiego Kościoła.

Opcja polska, opcja niemiecka
Wracam do biskupa Burschego. Jego ród wywodzi się z Bawarii: korzenie przedstawił na sympozjum profesor Juliusz Gardawski, rodzony prawnuk. Do polskiego Turku przyjeżdża przodek biskupa, zamożny tkacz, z czasem jednak na drzewie genealogicznym pojawiają się pastorzy, Ernest Wilhelm, a potem Juliusz. Podczas studiów teologicznych w Dorpacie przyszły biskup staje się Polakiem. Nie on jeden: inny wybitny duchowny ks. Leopold Otto postanawia wcześniej uczynić Kościół luterański w Polsce wspólnotą dla polonizujących się rzemieślników. A biskup Bursche — mówił na sympozjum teolog niemiecki z Berlina dr Bernd Krebs — zarysował swoje kościelno-polityczne Credo tak: jeśli nie uda się wyrazić ewangelickiego świadectwa także w języku polskim i umożliwić mu w ten sposób łączności z różnymi kierunkami życia duchowego, kulturalnego i społecznego w Polsce, grozi niebezpieczeństwo katolicyzacji. Była jednak również koncepcja przeciwna: ścisłego związku wspólnoty luterańskiej z narodem niemieckim, oddawania jej w służbę „niemieckiego posłannictwa”. I ta druga koncepcja miała, rzecz jasna, oparcie w ówczesnym państwie niemieckim. W Niemczech Bursche był wręcz znienawidzony. Można się zastanawiać, czy — tak sądzi Krebs — nie był zbyt władczy jako zwierzchnik Kościoła. Czy nie ulegał za bardzo polityce polskiej podporządkowującej Kościół polskiej racji stanu, ostrej polityce polonizacyjnej. Krebs zaznaczył jednak, że biskup zachowywał w tym umiar. Trzeba bowiem pamiętać, że początek II Rzeczypospolitej był naznaczony potężnym konfliktem polsko-niemieckim: walką o przyznanie Polsce Śląska i Mazur. W tej sprawie Bursche działał bardzo mocno po stronie polskiej, zdaniem Krebsa nawet zbyt mocno. Trzeba też wiedzieć, że po rozbiorach zostało w niepodległej Polsce kilka niezależnych Kościołów luterańskich bądź tak zwanych unijnych, czyli powstałych z połączenia wyznania luterańskiego z kalwińskim. O ile nasz bohater miał oparcie w luteranach byłej Kongresówki, o tyle tendencja niemiecka ogniskowała się w Poznańskiem i na Pomorzu Zachodnim. Konflikty między tymi orientacjami były bardzo poważne, uwidoczniały się również na płaszczyźnie międzynarodowej, w Światowym Konwencie Luterańskim, co obszernie i ciekawie referował wybitny polski teolog luterański Karol Karski.
W tej sytuacji los biskupa Burschego był przesądzony. W przeciwieństwie do prymasa Hlonda nie dał się namówić rządowi polskiemu na ucieczkę z Polski. Wyjechał niechętnie z Warszawy, ale zatrzymał się w Lublinie, gdzie podjął pracę duszpasterską głosząc patriotyczne kazania, których słuchali także katolicy. Tam też znalazło go gestapo. Nie był zresztą jedynym z dziewięciorga rodzeństwa zamordowanym przez nazistów. W obozie koncentracyjnym w Mathausen zginęli także dwa jego bracia: Edmund, teolog i duszpasterz, oraz adwokat Alfred. Zamordowano również syna Juliusza, Stefana.
Słuchając o dramacie biskupa Juliusza porównywałem go w myśli do innego dostojnika kościelnego międzywojnia: Jerzego Matulajtisa-Matulewicza. Umarł własną śmiercią przed wojną, ale konflikt polsko-litewski wyniszczał go psychicznie. Nie wytrzymał go będąc biskupem wileńskim, ustąpił sam z tego urzędu. Bursche był w podobnej sytuacji, też w sercu konfliktu narodowego. Opowiedział się zdecydowanie po stronie polskiej, ale przecież Warszawa w przeciwieństwie do Wilna nigdy niemiecka nie była, a zresztą gdy wybuchła wojna, stanięcie po stronie polskiej było chrześcijańską solidarnością z napadniętym. W tej solidarności zginął. Tworzy pamięć bardzo piękną.
Jan Turnau