Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 44
W tym miesiącu: 2362
W tym roku: 19451
Ogólnie: 365966

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Dwa ciosy w polską demokrację

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
10-09-2013

Pierwszym ciosem, co nie budzi wątpliwości, było zabójstwo w grudniu 1922 r. Gabriela Narutowicza, pierwszego Prezydenta II Republiki, przez politycznego prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego w gmachu warszawskiej Zachęty. Jedynym powodem zabójstwa nieznanego mu osobiście Prezydenta był fakt, iż o jego wyborze przez Zgromadzenie Narodowe zdecydowały ostatecznie głosy posłów polskiej lewicy oraz mniejszości narodowych. Oczywiście, wybór był legalny, lecz potraktowany został przez niektóre prawicowe odłamy społeczeństwa jako zagrożenie dla wskrzeszonego państwa: oskarżono Narutowicza o żydowskie pochodzenie (co w katolickiej Polsce stanowiło zasadniczą przeszkodę w piastowaniu publicznych stanowisk), a ponadto o przynależność do masonerii (również ciężki grzech), o sympatie bolszewickie i komunistyczne (nie rozróżniając tych pojęć) oraz o wyssane z palca różne nadużycia i występki; ba, nawet odmawiano mu prawa do uznawania się za prawdziwego Polaka, chociaż wiadomo było, że miał w swym życiu piękną kartę działalności patriotycznej za granicą, a ponadto uzyskaną tam (Szwajcaria) sławę jednego z najwybitniejszych w Europie konstruktorów zapór wodnych. A zrezygnował ze swego wysokiego stanowiska i statusu ekonomicznego, by wrócić do Polski po odzyskaniu przez nią niepodległości, włączając się natychmiast i świetnie się sprawdzając w reprezentowaniu Kraju w różnych trudnych międzynarodowych rokowaniach.

Niewiadomski nie ukrywał w czasie rozprawy sądowej swoich nacjonalistycznych motywów w zabójstwie Narutowicza, a nawet nimi się chlubił, prosząc w ostatnim swym słowie o wyrok śmierci.
Aczkolwiek popełniona zbrodnia była jego samodzielną decyzją, to jednak duży wpływ miała ogólna atmosfera i rozpętana po wyborze przeciwko Narutowiczowi wściekła nagonka, nie cofająca się nawet do czynnego jego znieważenia, m.in. obrzucanie go kamieniami i grudami śniegu, gdy powozem udawał się do Belwederu dla zaprzysiężenia swojej godności, i to mimo honorowej asysty szwadronu szwoleżerów. Nie można tu pominąć dziwnej beztroski w tych tragicznych dniach funkcjonariuszy rządu odpowiedzialnych za bezpieczeństwo głowy państwa …
W zabójstwie wybranego legalnie (bo zgodnie z Konstytucją) pierwszego Prezydenta Polski nie doszło, na szczęście, do akcji odwetowych ze strony Lewicy (w ośrodkach robotniczych w Warszawie, Łodzi czy na Śląsku) dzięki energicznym zarządzeniom W. Sikorskiego mianowanego natychmiast premierem rządu, oraz uspokajającym działaniom samych liderów socjalistycznych, przy jednoczesnym wycofywaniu się „rakiem” niektórych przywódców ugrupowań prawicowych spod oskarżeń o moralne przyczynienie się do tragedii.
Lecz z socjologicznego punktu widzenia nie interesują nas powszechnie znane historyczne opisy tej narodowej tragedii, a społeczne tło i powstała atmosfera wokół tych wydarzeń, zdominowana spontaniczną aktywnością dużej prawicowej części polskiego społeczeństwa. Warto więc wyodrębnić główne czynniki w analizowanej tragedii.
I tak pierwszym ważnym czynnikiem była wspomniana nagonka personalna i partyjno-polityczna na wybranego legalnie Prezydenta. Drugim istotnym elementem była niechęć wielu księży, którzy wykorzystywali swe kazania do krytykowania elekta jako masona, bolszewika czy pseudo-komunistę, a ponadto pochodzenia żydowskiego (w rzeczywistości Narutowicz pochodził z polsko-litewskiej, podobnie jak Piłsudski, ziemiańskiej rodziny, głęboko patriotycznej, o czym pisano w publikacjach przedwyborczych). Kampania przeciwko Narutowiczowi nawet po jego śmierci nabierała jakiegoś niemal paranoicznego Pierwszym ciosem, co nie budzi wątpliwości, było zabójstwo w grudniu 1922 r. Gabriela Narutowicza, pierwszego Prezydenta II Republiki, przez politycznego prawicowego fanatyka Eligiusza Niewiadomskiego w gmachu warszawskiej Zachęty. Jedynym powodem zabójstwa nieznanego mu osobiście Prezydenta był fakt, iż o jego wyborze przez Zgromadzenie Narodowe zdecydowały ostatecznie głosy posłów polskiej lewicy oraz mniejszości narodowych. Oczywiście, wybór był legalny, lecz potraktowany został przez niektóre prawicowe odłamy społeczeństwa jako zagrożenie dla wskrzeszonego państwa: oskarżono Narutowicza o żydowskie pochodzenie (co w katolickiej Polsce stanowiło zasadniczą przeszkodę w piastowaniu publicznych stanowisk), a ponadto o przynależność do masonerii (również ciężki grzech), o sympatie bolszewickie i komunistyczne (nie rozróżniając tych pojęć) oraz o wyssane z palca różne nadużycia i występki; ba, nawet odmawiano mu prawa do uznawania się za prawdziwego Polaka, chociaż wiadomo było, że miał w swym życiu piękną kartę działalności patriotycznej za granicą, a ponadto uzyskaną tam (Szwajcaria) sławę jednego z najwybitniejszych w Europie konstruktorów zapór wodnych. A zrezygnował ze swego wysokiego stanowiska i statusu ekonomicznego, by wrócić do Polski po odzyskaniu przez nią niepodległości, włączając się natychmiast i świetnie się sprawdzając w reprezentowaniu Kraju w różnych trudnych międzynarodowych rokowaniach.
Niewiadomski nie ukrywał w czasie rozprawy sądowej swoich nacjonalistycznych motywów w zabójstwie Narutowicza, a nawet nimi się chlubił, prosząc w ostatnim swym słowie o wyrok śmierci.
Aczkolwiek popełniona zbrodnia była jego samodzielną decyzją, to jednak duży wpływ miała ogólna atmosfera i rozpętana po wyborze przeciwko Narutowiczowi wściekła nagonka, nie cofająca się nawet do czynnego jego znieważenia, m.in. obrzucanie go kamieniami i grudami śniegu, gdy powozem udawał się do Belwederu dla zaprzysiężenia swojej godności, i to mimo honorowej asysty szwadronu szwoleżerów. Nie można tu pominąć dziwnej beztroski w tych tragicznych dniach funkcjonariuszy rządu odpowiedzialnych za bezpieczeństwo głowy państwa …
W zabójstwie wybranego legalnie (bo zgodnie z Konstytucją) pierwszego Prezydenta Polski nie doszło, na szczęście, do akcji odwetowych ze strony Lewicy (w ośrodkach robotniczych w Warszawie, Łodzi czy na Śląsku) dzięki energicznym zarządzeniom W. Sikorskiego mianowanego natychmiast premierem rządu, oraz uspokajającym działaniom samych liderów socjalistycznych, przy jednoczesnym wycofywaniu się „rakiem” niektórych przywódców ugrupowań prawicowych spod oskarżeń o moralne przyczynienie się do tragedii.
Lecz z socjologicznego punktu widzenia nie interesują nas powszechnie znane historyczne opisy tej narodowej tragedii, a społeczne tło i powstała atmosfera wokół tych wydarzeń, zdominowana spontaniczną aktywnością dużej prawicowej części polskiego społeczeństwa. Warto więc wyodrębnić główne czynniki w analizowanej tragedii.

I tak pierwszym ważnym czynnikiem była wspomniana nagonka personalna i partyjno-polityczna na wybranego legalnie Prezydenta. Drugim istotnym elementem była niechęć wielu księży, którzy wykorzystywali swe kazania do krytykowania elekta jako masona, bolszewika czy pseudo-komunistę, a ponadto pochodzenia żydowskiego (w rzeczywistości Narutowicz pochodził z polsko-litewskiej, podobnie jak Piłsudski, ziemiańskiej rodziny, głęboko patriotycznej, o czym pisano w publikacjach przedwyborczych). Kampania przeciwko Narutowiczowi nawet po jego śmierci nabierała jakiegoś niemal paranoicznego
charakteru, by tytułem przykładu wspomnieć choćby o próbach organizowania pseudo-pielgrzymek na grób Niewiadomskiego na Powązkach (!), i innych podobnych manifestacjach. Dopiero zakaz wyższej hierarchii Kościoła położył kres podobnym zachowaniom części niższego kleru.
Trzecim elementem zasługującym tu na odróżnienie były pozytywne oceny zabójstwa Narutowicza przez część konserwatywnego społeczeństwa (np. opinia pewnej arystokratki wielkopolskiej, wyrażającej zapewne nastroje tego środowiska, iż to dzięki pomocy M. Boskiej Niewiadomski uratował Polskę).
Czwartym istotnym elementem tragicznego wydarzenia był silny, wynikający z napięcia, podział społeczeństwa, grożący małą wojną domową (w Warszawie i ewentualnie paru skupiskach robotniczych). Lecz energiczne działania rządu i pewne otrzeźwienie społeczeństwa zapobiegły odwetowym rozruchom ze strony ugrupowań lewicowych.
Oczywiście, nie można było zapobiec krążącym opiniom, zwłaszcza w niektórych ośrodkach zagranicznych, iż Polacy właściwie nie zasługują jeszcze na niepodległość państwową, a zbrojne zrywy przeciwko zaborcom były rezultatem emocjonalnego patriotyzmu, pozbawionego racjonalnej kontroli.

Groźniejsze wydają się niektóre wewnętrzne psychosocjologiczne konsekwencje tej narodowej tragedii: lekceważenie prawa (nawet konstytucyjnego), osłabienie praworządności z jednej strony, a nasilenie tendencji rozwiązywania manu militari ze strony radykalnych odłamów społeczeństwa trudnych problemów państwowych; zaś i tak już słaby zmysł państwowy po 123 latach niewoli został wystawiony na bardzo ciężką próbę! Wszystko świadczyłoby ponadto o ogólnym moralnym kryzysie społeczeństwa, z którego zaczęło się powoli wydobywać za rządów drugiego prezydenta II RP Stanisława Wojciechowskiego, zasłużonego działacza niepodległościowego i wybitnego organicznika (promotor ruchu spółdzielczego), lecz pozbawionego, niestety, koniecznej w polityce elastyczności.
***
Lecz ten pozytywny proces został przerwany drugim ciosem w polską demokrację. Był nim zamach stanu marszałka Józefa Piłsudskiego w dniach 12-14 maja 1926 r. pod hasłem „sanacji moralnej”, stanowiącej zresztą często hasło wielu wojskowych przewrotów w różnych krajach świata. Dyktatura sanacyjna trwała do końca II RP, a więc do 1 września 1939 r., prawie 14 lat. Prezydent Wojciechowski wsparty przez premiera Witosa, obawiając się ogólnej wojny domowej, polecił przerwać bratobójczą walkę, decydując się na ustąpienie ze stanowiska prezydenta II RP. Dał tym samym przykład wyższości moralnej nad rokoszanami.
Uznanie zamachu za cios w polską demokrację może budzić pewne zastrzeżenia, ponieważ część społeczeństwa, w tym i ludzi pióra, uznało go za konieczny zabieg dla ratowania państwa przed rozpadem; współcześni poważni historycy nie potwierdzają tej tezy.

Wydaje się jednak, iż miała tu miejsce pewna umiarkowana akceptacja, bądź zwykła pasywność obywateli wobec zaistniałego faktu dyktatury. Ponadto dwa inne czynniki odegrały pewną rolę w tolerancyjnej często postawie społeczeństwa wobec zamachu: po pierwsze, istnienie pewnego szacunku dla niepodległościowej działalności Piłsudskiego przed 1918 r. oraz jego militarnego zwycięstwa nad bolszewikami w 1920 roku. Po drugie, niekwestionowany na ogół jego bezinteresowny patriotyzm oraz połączona z nim skromność prywatnego życia, bliskiego nawet, zdaniem niektórych współczesnych działaczy politycznych, abnegacji, co Polacy na ogół pozytywnie oceniają. Natomiast jego działanie antyrządowe (po zamieszkaniu w Sulejówku w 1923 r.), bliskie w istocie działalności antypaństwowej, kontrastowało silnie, z przyznawaniem priorytetu (co najmniej w słowach) państwu jako najwyższemu dobru – gdy działał w konspiracji bądź sprawował władzę w Polsce w latach 1918-1923.
Ponadto, słuszność zamachu intensywnie uzasadnili zwolennicy Marszałka, czemu dawała wiarę znaczna część społeczeństwa bądź z wrodzonej ludziom pasywności, bądź z powodu zmęczenia ciągłymi sporami i konfliktami w polskiej demokracji lat 20-tych. Można by nawet zaryzykować dalej idącą hipotezę, iż bez pierwszego wyżej omówionego „ciosu”, nie byłoby drugiego, bo pierwszy wytyczył ścieżkę siłowego rozwiązywania ważnych problemów młodego państwa. Niewątpliwie Piłsudski głęboko przeżył tragiczną śmierć Narutowicza, sądząc m.in. z pięknie napisanego o nim wspomnienia; podobne przeżycie było zapewne udziałem i innych zwolenników i organizatorów zamachu majowego. Czy nie można by tu nawet mówić o swoistym polskim fatum, będącym spadkiem zarówno zaborów jak i jednostronnie pojmowanego patriotyzmu, o czym często piszemy w „Buncie…”.
Dodatkowym i na pewno nie błahym czynnikiem było przekonanie lub w każdym razie operowanie argumentem rzekomej krzywdy wyrządzonej po 1923 r. Józefowi Piłsudskiemu, „twórcy” przecież niepodległego państwa, odsuwając go od należnego mu najwyższego stanowiska w niepodległej Polsce. A przy tej okazji „przemycano” i brak uznania oraz stanowisk dla stronników Marszałka.
Tak więc majowy zamach stanu (mający być jakoby tylko zbrojną demonstracją przeciwko powołaniu przez Prezydenta rządu pod prezesurą W. Witosa) przerodził się w 3-dniowe krwawe walki na ulicach Warszawy między rokoszanami a oddziałami wojska wiernego legalnemu rządowi, w wyniku – dodajmy – nieoczekiwanej, choć formalnie słusznej (lecz nie politycznie), nieustępliwości Prezydenta Wojciechowskiego w historycznym spotkaniu z Piłsudskim na moście w Warszawie. Odegrał tu prawdopodobnie pewną rolę czynnik psychologiczny: kompleks niższości, jaki żywił Prezydent wobec Marszałka w ich kontaktach w latach 1923-1926.

Należy jeszcze wspomnieć o pewnych korzystnych jak i negatywnych skutkach zamachu. Zaczynając od pierwszych, trzeba wymienić przede wszystkim wzmocnienie władzy wykonawczej ograniczającej tzw. sejmokrację (czego domagały się od dłuższego czasu również inne stronnictwa, nie proponując oczywiście monopartyjności!). Lecz nieuniknione po zamachu wzmocnienie policji skutkowało zwiększeniem jej brutalności, zwłaszcza wobec polskiej opozycji oraz mniejszości narodowych (przykład: pacyfikacja niektórych wsi ukraińskich w latach 30-tych oraz utworzenie obozu „odosobnienia” w Berezie Kartuskiej, gdzie umieszczano więźniów decyzją administracyjną a nie na podstawie wyroku sądowego!). Natomiast w polityce zagranicznej, kierowanej osobiście przez Marszałka, nastąpiła pożądana jasność i stabilizacja, owocująca nawet pewnymi sukcesami (wyjąwszy ostatnich parę lat polityki J. Becka po śmierci Marszałka, przyspieszającej prawdopodobnie wybuch II wojny skierowanej przeciwko Polsce).

Interesujące, iż zamach i wprowadzenie dyktatury w Polsce spotkały się z dwuznaczną postawą niektórych środowisk zagranicznych:
cichą aprobatą przy jawnej jego krytyce (czy podobnie zresztą nie miało to miejsca po zamachu stanu gen. Jaruzelskiego?).
Ujemne skutki sanacyjnej dyktatury były liczne, przede wszystkim w Kraju. Przede wszystkim załamanie się praworządności (dyskryminacja działaczy opozycyjnych, w tym kompromitujący obóz „koncentracyjny” w Berezie, fałszerstwa wyborcze itp); ponadto podział społeczeństwa na aktywną rządzącą mniejszość i bierną, czy obojętną na sprawy państwa większość, którą najłatwiej było jeszcze pobudzić do działań hasłami nacjonalistycznymi, co z kolei rozbudzało uczucia nietolerancji etnicznej bądź religijnej; nieuknienie pojawiało się zakłamanie w sferze publicznej, co z kolei zakażało prywatne życie obywateli; wreszcie wymieńmy szczególną cechę sanacyjnej dyktatury: zachowanie niektórych dotychczasowych instytucji demokratycznych (np. sejmu) bądź powołanie nowych pod demokratycznymi nazwami (np. Obóz Zjednoczenia Narodowego, tzw. OZON, którego wierną kopię stanowił w PRL Front Jedności Narodu). Pozornie samodzielne i niezależne stanowiły w istocie fikcyjną fasadę demokracji, zapewniając jednak wielu ludziom odpowiednie stanowiska i korzyści. Sprzyjało to oczywiście utrwaleniu zakłamania, uniemożliwiając rzetelną edukację społeczeństwa, czemu nie uległy tylko nieliczne placówki oświatowe, (np. średnia szkoła doświadczalna T. Łopuszańskiego w Rydzynie).
Przypadki indywidualnych protestów wobec sanacyjnej dyktatury nie były jednak tak rzadkie. Chociaż kolektywne czy instytucjonalne były, jeśli nie niemożliwe, to bardzo trudne w realizacji. Tytułem przykładu warto tu przytoczyć odważny czyn ks. Panasia, b. legionisty, który na mszy w Warszawie ku czci poległych w zamachu (na życzenie samego Dyktatora, co było z jego strony pięknym gestem), zerwał z piersi liczne bojowe odznaczenia i rzucił je pod nogi siedzącego w fotelu podczas mszy gen. Orlicz-Dreszera, jednego z głównych organizatorów zamachu. Ale gesty te i inne podobne, choć wymowne, nie miały wpływu na funkcjonowanie dyktatury, choć mogły łagodzić niektóre niezbyt ważne dla niej zjawiska.

Dyktatura następców Piłsudskiego, miernych (z wyjątkiem E. Kwiatkowskiego), lecz wiernych pamięci swego Wodza, a mającej zastąpić brakującą koncepcję rządzenia społeczeństwem (!), zamknęła się największą w naszych dziejach klęską w 1939 roku. W jakiej mierze była, jeśli nie do uniknięcia, to do złagodzenia, jest odrębną kwestią, której poświęcimy nieco miejsca w następnych numerach „Buntu…”. Tu można tylko zastanowić się jeszcze, czy omówione wyżej dwa ciosy w polską demokrację nie były właściwie ciosami w Polskę?
Zbigniew T. Wierzbicki