Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 79
W tym miesiącu: 291
W tym roku: 14970
Ogólnie: 295868

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Jak odpolitycznić kazania?

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
20-09-2013

Zapewne większość wiernych zgodzi się, iż wtręty polityczne w kazaniach są niepożądane a nawet szkodliwe, bo utrudniają bądź deformują działalność duszpasterską księży. Lecz równocześnie biskupi słusznie zauważają, iż kaznodzieja nie może pozostać obojętny wobec zła, które dostrzega w życiu publicznym czy społecznym.
Lecz od razu nasuwa się tu refleksja, iż konieczna jest interpretacja pojęcia „zła”, bo można nadać mu sens bardziej lub mniej szeroki.
Oto np. na mszy św. w niedzielę (25. XII. 2011 r.) w zacisznej kaplicy ss. Służek NMP w pewnym uzdrowisku, w pensjonacie „Promień” (będącym dla gości rzeczywiście dobrym promieniem), kaznodzieja od omówienia krytyki ludu Izraela przez Jezusa, przechodzi do szkodliwej – jego zdaniem – prywatyzacji majątku Polski w obce, prywatne ręce; a nie będąc specjalistą w tej dziedzinie, ogranicza się do ogólników, sugerujących jednak nieczyste intencje czy korupcję w procedurach prywatyzacyjnych. W tym kontekście muszą nasuwać się określone podejrzenia, na ogół chętnie słuchane przez wiernych, choć niekoniecznie podzielane. Faktem jest jednak, iż kaznodzieja upolitycznił kazanie, co przyznało parę zapytywanych o to osób, choć nie krytykowały one księdza.

Z częstymi przypadkami upolitycznienia kazań spotykamy się przy omawianiu innego zjawiska: antyklerykalizmu osób czy instytucji, traktując go jako zło wymierzone bezpośrednio w Kościół jako instytucję. Ma to siłą rzeczy charakter polityczny a nie moralny, skoro powszechnie uważa się, iż Kościół stanowi jeden z głównych filarów kształtujących społeczeństwo i jego rozwój. Co więcej, krytykowanie antyklerykalizmu w kazaniach wiąże się najczęściej z partyjnością, skoro wiadomo, które partie propagują czy popierają Kościół, traktując zresztą go instrumentalnie. Podobna kościelna „polityka” eliminuje czy spycha na margines krytykę wad ludzkich z moralnego punktu widzenia, co jest istotne w wymiarze indywidualnym, bo osłabia u wiernych chęć doskonalenia swych charakterów.

Ogólnie ujmując, walka ze złem w kazaniach, będących ważną częścią pedagogiki społecznej, a więc eo ipso duszpasterstwa, można realizować dwoma metodami. Pierwsza to skierowanie głównego wysiłku wychowawcy (duszpasterza) na krytykę wad i słabości ludzkich w ramach istniejącego makrosystemu wartości społecznych, na który składają się, oprócz dekalogu, ukształtowane w rozwoju cywilizacji chrześcijańskie wartości w postaci szczególnych zasad i wskazań. Jest to niewątpliwie metoda najeżona wielu trudnościami i dlatego chętnie omijana przez wychowawców bądź realizowana w sposób pozorny, a więc powierzchowny, i w rezultacie pedagogicznie mało skuteczna, choćby dlatego, że niewielu ludzi wykazuje wrodzoną skłonność do samodoskonalenia się, w którym punktem wyjścia jest siłą rzeczy samokrytyka!
Druga metoda uznawana w polskiej pedagogice społecznej, a więc powtórzmy, również w jej religijno-społecznej wersji, polega na krytyce zła, obciąża jednak winą za to nie siebie, lecz „ich”, „onych”, a więc w praktyce aktualne władze polityczne, bo „my”, a więc społeczeństwo czy naród jesteśmy uczciwi, sprawiedliwi, ba, nawet bohaterscy, czego niestety, jak sądzimy, świat nie docenia. Lepiej więc będzie jak zmienimy rządzących (względnie przełożonych), co w praktyce oznacza myślenie i działanie polityczne.
Metoda ta jest łatwiejsza niż pierwsza, a tym samym bardziej atrakcyjna zarówno dla wychowawcy/duszpasterza jak i dla wychowywanych, bowiem zwalnia ich od poczucia winy, a zatem i od osobistej odpowiedzialności za złą rzeczywistość. Niestety, droga ta prowadzi do nikąd, łamiąc podstawową zasadę pedagogiki społecznej: jej całkowitą apolityczność!
Jaką więc metodę przyjąć w pedagogice społecznej, a tym samym w duszpasterstwie, by była skuteczna, zdając sobie jednocześnie sprawę, iż położenie wyłącznie nacisku w naszkicowanej wyżej pierwszej metodzie na wady i słabości ludzkie może niekiedy wywołać skutek odwrotny: zniechęcenie i demobilizację wychowanka (jednostki) do pracy nad sobą.
W drugiej metodzie wpada się w pułapkę szkodliwego upolitycznienia edukacji i to w najgorszej postaci, bo upartyjnienia. Wydaje się więc, iż jedynym rozsądnym wyjściem w tej sytuacji jest droga pośrednia, przysłowiowego „złotego środka” między obiema metodami, co udało się w znacznej mierze zrealizować Tadeuszowi Łopuszańskiemu w Szkole Rydzyńskiej. Wyszedł w swej koncepcji od krytyki osobistych wad i słabości polskich charakterów (mające zresztą w znacznej mierze i wymiar uniwersalny), wiążąc je z niepomyślnymi skutkami w historii kraju, co z kolei niekorzystnie uderzało rykoszetem i w małe, „prywatne ojczyzny” (termin S. Ossowskiego). W ten sposób poruszał on tkwiące w uczniu uczucia patriotyczne i bliskie temu pojęciu poczucie osobistej „godności”, tak silnie wykorzystywane dzisiaj w modnej walce o „prawa człowieka”. Obie te wartości łączył z osobistym szczęściem jednostki oraz dobrostanem „ideologicznej ojczyzny” (termin S. Ossowskiego), tłumacząc wychowankom Szkoły, iż indywidualną satysfakcję w życiu uzyskuje się nie tylko rzetelnie wykonywaną pracą zawodową, lecz również towarzyszącą jej bezinteresowną działalnością dla dobra wspólnoty narodowej!
W przypadku duszpasterstwa byłaby to działalność dla dobra wspólnoty religijnej czy wyznaniowej, której wartości należy z kolei zharmonizować (choć nie zawsze tak się dzieje) z narodowo-społecznymi celami czy postulatami, co miało np. miejsce w Polsce w okresie obu okupacji: hitlerowskiej i sowieckiej, jak również w okresie „Solidarności” mimo późniejszego zlekceważenia przez nią etycznych wartości w wymiarze społecznym.
Zbigniew T. Wierzbicki