Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 64
W tym miesiącu: 276
W tym roku: 14955
Ogólnie: 295853

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Hej, hej dyplomaci, malowane dzieci…

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
23-09-2013

Tak można zmienić początek znanej wojskowej przyśpiewki: „Hej, hej ułani, malowane dzieci, niejedna panienka za wami poleci…”. A tymczasem profesor Piotr Łossowski w swej arcypożytecznej książeczce „Dyplomacja Drugiej Rzeczpospolitej” (choć wydana w 1992 r., jest nadal aktualna) udowadnia, że dyplomacja to ciężki zawód, choć występuje się tu podobnie jak ułani w pięknych strojach, bo dyplomata, jak cytuje autor, musi być zawsze „etre” (a więc być obecny) i zawsze „paraitre” (a więc odpowiednio wyglądać) niezależnie od stanu zdrowia (wyjąwszy zawał serca czy mózgu bądź inny śmiertelny przypadek), oraz wielu innych okoliczności: dyplomata musi stawić się w odpowiednim stroju na wyznaczonej audiencji, konferencji czy uroczystości i zachować się odpowiednio do statusu reprezentowanego państwa i do aktualnej sytuacji. A potrzebna jest tu zarówno wiedza historyczna i ekonomiczna o własnym kraju jak i o kraju aktualnej rezydencji dyplomaty; również musi on odznaczać się umiejętnością szybkiej reakcji w odpowiedziach a nawet i pewnym poczuciem sytuacyjnego humoru, nie naruszającego przyjętych w dyplomacji reguł i obyczajów. Np. poseł Kazimierz Olszewski potrafił jednym zdaniem zamknąć usta niemieckiemu negocjatorowi w Berlinie, gdy ten zaczął chwalić króla pruskiego za jego rzekomą troskliwość o żołnierza zwerbowanego w Polsce; przypomniał mu wówczas, iż ten „dobrotliwy” król kazał porywać polskich młodych wieśniaków do armii pruskiej, a następnie przymusowo żenił ich z Niemkami (s. 53). A więc XVIII-wieczny handel żywym towarem!
Właściwe postępowanie czy zachowanie polskich dyplomatów regulował Protokół Dyplomatyczny, szczegółowo opracowany zarówno dla ambasadorów i posłów jak i służby konsularnej. Autor poświęca słusznie Protokołowi wiele miejsca.

Dole i niedole dyplomatów
Lecz książka jest ważna nie tylko dla osób interesujących się dziejami dyplomacji polskiej, lecz również dla tych, którzy zamierzają poświęcić się karierze dyplomatycznej. Na bogatym tle historycznym autor przedstawia dole i niedole dyplomatów Drugiej RP. Wśród niedoli jest, oczywiście, polska mizeria finansowa, na co skarży się wielu dyplomatów; niektórzy piszą do ministerstwa, któremu podlegają (MSZ), iż z własnych oszczędności muszą pokrywać takie wydatki jak napiwki, szatnię czy ofiary na cele dobroczynne; a „noblesse oblige” – godność i honor reprezentowanego państwa wymaga pewnej hojności. Zaś sejmy z reguły obcinają projekty budżetu MSZ-u.
Nic więc dziwnego, iż państwo, zwłaszcza w początkach swej niepodległości, obsadzało swe placówki dyplomatyczne polskimi arystokratami i osobami pochodzenia żydowskiego, również ze względu na ich dobrą znajomość języków obcych, i autor przyznaje, że dobrze pracowali…

Kryteria rekrutacji

Powstaje jednak pytanie, skąd, do diabła, młode państwo polskie, pozbawione przecież służby dyplomatycznej przez ok. 200 lat, rekrutowało tylu wykształconych i uzdolnionych dyplomatów. Można na podstawie książki prof. Łossowskiego odpowiedzieć, że z różnych kątów i zakątków Europy, z reguły po studiach na znanych zagranicznych uniwersytetach (bo polskie były tylko w Krakowie i Lwowie, w zaborze austriackim, i to dopiero po 1867 r.); lecz również ze służby dyplomatycznej zaborcy austriackiego, i to zajmujący często wysokie stanowiska! Po I wojnie nie stosowano, na szczęście, w pracy państwowej kryterium „prawdziwego Polaka”, co miało częściowo miejsce w III RP!
Ciekawe, że stanowiska w służbie dyplomatycznej były traktowane często przez partie jako nagroda za polityczne dla niej zasługi nie mające nic wspólnego z dyplomacją. Wspomina i o tym autor, wymieniając tu min. Seydę (1923 r.), który protegował na dyplomatyczne stanowiska swoich endeków, a „niewygodnych” wysyłał na tzw. martwe placówki; przerwał ten proceder R. Dmowski jako następny po Seydzie minister, (urzędujący zresztą bardzo krótko), który trafnie zauważył, iż ma dosyć endeków we własnej partii, by brać ich jeszcze do służby dyplomatycznej.
Bardzo pozytywnie ocenia autor ministra spraw zagranicznych Augusta Zaleskiego zarówno pod względem jego wiedzy i doświadczenia dyplomatycznego jak i walorów osobistych, również towarzyskich, co w dyplomacji jest oczywiście ważne. Był on również ministrem spraw zagranicznych przez parę lat „za sanacji” i jedynym chyba, z którym Marszałek dyskutował o polityce zagranicznej, a nie wydawał tylko poleceń jak miało to miejsce z innymi ministrami. I za ministra Zaleskiego zabłysło wielu wybitnych dyplomatów, by przykładowo wymienić tu za autorem: Alfreda Chłapowskiego, Romana Knolla, Anatola Muhlsteina, Stefana Przeździeckiego, Aleksandra Skrzyńskiego, Alfreda Wysockiego czy Maurycego Zamoyskiego. Lecz i min. Beck uzyskuje w sumie pozytywną opinię nawet w oczach swego osobistego antagonisty, francuskiego ambasadora Noella. Nie kwestionując jego indywidualności, pracowitości i zdecydowania, zarzucało się p. Beckowi przeprowadzenie w MSZ personalnej czystki, usprawiedliwianej zręcznym hasełkiem: „nowej polityki nie można prowadzić bez nowych ludzi”. Mówiono wówczas w Warszawie o „najeździe” b. wojskowych na MSZ, do którego wnieśli oni nieznane tu dotąd wojskowe formy, które oczywiście elegancka Warszawa wyśmiewała; a więc np. zwrot „wedle rozkazu” czy „stukanie obcasami”. Potwierdzając pewne fakty nieudolności czy braku elastyczności b. wojskowych, autor ostrożnie analizuje rozmiary tego zjawiska, ograniczając przede wszystkim jego liczbę („najazd” nie przekroczył 6% stanowisk), oraz wykazując, iż niekiedy była to zmiana trafna, gdy b. wojskowy przekwalifikował się na dobrego dyplomatę. Minister Beck oskarżony zresztą o „podkopywanie” min. Zaleskiego, gdy był przez parę lat jego vice-ministrem (co było oczywiście szczególnie godne potępienia, jeśli dokonywało się kosztem interesów państwa), był na pewno bardziej dynamiczny i bardziej oddany Marszałkowi, choć nie zawsze taktowny, a więc i mniej lubiany niż jego poprzednik – min. Zaleski, przede wszystkim przez zagranicznych dyplomatów; jego stanowcze i ostre niekiedy reakcje z zacięciem na „mocarstwowość” (co podobało się zresztą Marszałkowi), rzadko bywały skuteczne w dyplomacji; tu częściej sprawdza się rosyjskie przysłowie: „ciszej jedziesz, dalej zajedziesz”. A Beck czuł się lepiej w mundurze pułkownika niż we fraku ministra…

Ocena poziomu polskiej przedwojennej dyplomacji

Omawiając niewątpliwy dorobek młodej polskiej dyplomacji, wiele uwagi poświęca autor wykształceniu młodych kadr. Uważa, iż jej poziom był wyższy niż francuski czy włoski, a więc w krajach mających przecież za sobą tak wielkie dyplomatyczne tradycje.
Oczywiście, w szkoleniu zwracano uwagę i na zjawisko tzw. deformacji zawodowej (s. 231) występującej nie tylko w naszej dyplomacji. Były konflikty i wśród dyplomatów obcych w Polsce, gdy np. niektórzy odmawiali kontaktów z posłem radzieckim Wojkowem, oskarżanym o udział w morderstwach politycznych w czasie rewolucji sowieckiej; lub przekręty celne obcych dyplomatów czy częste łamanie polskich przepisów drogowych przez kierowców zagranicznych samochodów itp. Konieczne były interwencje ze strony MSZ, nie naruszające jednak reguł Protokołu Dyplomatycznego i koniecznej w podobnych sytuacjach delikatności postępowania.
Ważną cechą polskiej dyplomacji były żywe uczucia patriotyczne i poczucie odpowiedzialności za odzyskane państwo polskie. I obie te cechy autor umiejętnie wydobywa – przedstawiając je na przykładzie różnych wydarzeń czy zachowań.
Lecz najważniejszym walorem książki, czyniącym ją wedle naszego mniemania nadal aktualną, jest przedstawienie w niej olbrzymiej pracy organicznej polskiej drużyny dyplomatycznej w II RP. Została ona, podobnie jak nasze osiągnięcia w pracy organicznej w innych dziedzinach, przerwana brutalną agresją niemiecką, której min. Beck, decydując arbitralnie o polityce zagranicznej Polski po śmierci Marszałka, nie potrafił odwlec, choć zapewne nie mógł jej zapobiec. Ale jest to już inna sprawa, wykraczająca poza treść omawianej tu książki. Gdyby jednak, i jest to ostatnia refleksja, podobną pracę wykonywano w naszych siłach zbrojnych, inny byłby może przebieg II wojny. Ale to już inna pieśń i na inną okazję.

Z. T. Wierzbicki