Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 94
W tym miesiącu: 185
W tym roku: 14864
Ogólnie: 295762

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Biskup niechciany, czyli tak kształtowała się niepodległość

Autor: Dorota Giebułtowicz
29-10-2013

Często zarzucamy księżom i biskupom, że mieszają się do polityki, ale są też przypadki, że to polityka miesza się do spraw Kościoła.
W obu przypadkach dzieje się to ze szkodą dla Polski i Kościoła.
„Dziennik biskupi” Jerzego Matulewicza (ur. 1871 r.) rozpoczyna się tak: „Uporządkowawszy jako tako sprawy Zgromadzenia w Warszawie mogłem pojechać do Mariampola, aby założyć tam klasztor.” Czas był niezwykły — bo marzec 1918 roku, czas nadziei nie tylko niepodległościowych, ale i dla Kościoła w Polsce — wreszcie nowe zgromadzenia zakonne będą mogły się ujawnić i legalnie działać, co pod zaborem rosyjskim po powstaniu styczniowym było niemożliwe.
Trwała jeszcze wojna; Wilno było pod okupacją niemiecką. U braci dolorystów, u których się zatrzymał w Wilnie, zaskoczono go pytaniem, czy przyjechał objąć zarząd diecezji. „Na razie nie zrozumiałem tego pytania. Dopiero w rozmowie wyjaśniło się, że w Wilnie puszczono pogłoskę, jakobym miał być ordynariuszem diecezji wileńskiej.” Gdy zaczęto o tym coraz szerzej mówić, zaczął działać. W kwietniu 1918 roku pisał do współbrata: „Znowu postawiono moją kandydaturę do Wilna. Nominacja sprowadziłaby wielkie szkody dla naszego Zgromadzenia w Polsce i ruinę na Litwie. W Wilnie nikogo nie zadowolę — ani Polaków, ani Litwinów, ani Białorusinów, a sam zginę wśród sporów politycznych. Ratujcie mnie. Zwróćcie się do nuncjatury, do Arcybiskupa, do Przeździeckiego, do ojca Ledóchowskiego.”
Nie chciał być biskupem, choć wydawał się kandydatem idealnym na biskupa wileńskiego: urodził się w Mariampolu (Sejneńszczyzna), w litewskiej rodzinie Matulajtisów (takie jest jego rodowe nazwisko — wersji spolszczonej używał od czasu studiów w seminarium w Kielcach). Świetnie wykształcony — zrobił doktorat we Fryburgu szwajcarskim. Był pierwszym wykładowcą nauk społecznych w Akademii Duchownej w Petersburgu, uważano go za jednego najwybitniejszych znawców tej problematyki w Polsce. Sprawy społeczne interesowały go nie tylko teoretycznie — dziś byśmy pewnie określili go jako nowoczesnego kapłana: w niespokojnych latach 1904-1907 działał wśród robotników, uświadamiał im ich prawa, wskazywał drogi rozwiązywania problemów społecznych zgodne z nauką Kościoła, współtworzył Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich, redagował pismo „Towarzysz Pracy”. Jako energiczny organizator odnowił upadające Zgromadzenie Księży Marianów, które pod jego opieką szybko się rozwijało — miało swój nowicjat we Fryburgu i dom zakonny w Ameryce, ale prowadziło też działalność opiekuńczą — sierociniec na Bielanach dla 200 dzieci i zakład dla chłopców na warszawskiej Pradze. Myślał o misjach chrześcijańskich w sowieckiej Rosji. Wszystko to czynił w duchu ideałów młodości, które tak wyraził w 1905 r. w liście do kapucyna Honorata Koźmińskiego: „Wobec tych niepokojów jakie panują wszędzie, wobec wystąpień socjalistów i wobec słabego wpływu, jaki wywierają na ogół księża na lud, czuję jeszcze bardziej potrzebę stowarzyszania się i całym sercem palę się do tego. Potrzeba nam duchownym zreformować się, potrzeba wziąć się do pracy społecznej, a szczególnie dążyć do doskonałości, jeśli nie chcemy, aby u nas stało się to, co się stało we Francji.” (list z 28.04.1905 r)
Może dlatego, że tak doskonale orientował się w ówczesnych stosunkach na Litwie, nie chciał tej nominacji. Spotkał się z biskupem kowieńskim: „Jak tylko mogłem starałem się przekonać biskupa kowieńskiego, że jestem potrzebny Zgromadzeniu; przez swoją spokojną pracę o wiele więcej zdziałam dla Kościoła i społeczeństwa aniżeli na stanowisku biskupa. (…) Tyle przynajmniej obiecał biskup kowieński, że więcej nie będzie popierał mojej kandydatury i że tę sprawę pozostawi Opatrzności Bożej.” W tym samym duchu ks. Matulewicz rozmawiał ze Smetoną w Wilnie, naczelnikiem wydziału politycznego w Kownie, prosił również „braci z Warszawy, z Fryburga i z Ameryki, aby oni od siebie napisali do Rzymu, (…) że jestem koniecznie potrzebny Zgromadzeniu”. Wreszcie zwrócił się do ostatecznej instancji — pojechał do Monachium do nuncjusza apostolskiego. Tam dowiedział się, że sprawa jest już postanowiona i że nawet gdyby odmówił, to papież tej odmowy nie przyjmie. „To wszystko dowodzi tylko, żeśmy dobrze wybrali” — z uśmiechem skomentował sytuację wizytator apostolski w Warszawie, późniejszy nuncjusz Achille Ratti.

Salomonowe rozwiązania zazwyczaj nie zadowalają nikogo

Ufając, że może jest to najbardziej demokratyczne rozwiązanie wobec skłóconych narodów, ustalił, że konsekracja na biskupa będzie miała miejsce 1 grudnia 1918 r. w Kownie, a ingres i objęcie diecezji — 8 grudnia w Wilnie. Takie rozwiązanie nie podobało się Polakom — chcieli, aby konsekracja odbyła się w Wilnie. Również to rozwiązanie nie podobało się Litwinom, którzy także zgodnie ze swymi politycznymi aspiracjami optowali za Wilnem.
Decyzji nie zmienił. W swoim Dzienniku, pisanym w języku litewskim, pod datą 1 grudnia 1918 r. zapisał: „Po konsekracji składały mi życzenia różne delegacje litewskie i jedna delegacja polskich dziewcząt. Wysłuchawszy życzeń, odpowiedziałem po litewsku, trzymając się ideałów Chrystusowych i ducha Kościoła, aby nikogo nie urazić, następnie przemówiłem po polsku. Po wszystkich przybyli oddzielnie dwaj przedstawiciele Prus. Również i żołnierze złożyli mi życzenia i wręczyli pismo, w którym wyrazili pragnienie zjednoczenia z Wielką Litwą.”
Nazajutrz, jeszcze w Kownie, spotkał się z przedstawicielami kapituły wileńskiej, złożonej gównie z księży pochodzenia polskiego, aby omówić sprawy organizacji ingresu.
„Powiedziałem, że według mnie pro-bulla powinna być czytana także po litewsku i po białorusku, ja zaś przemówię po polsku, a następnie po litewsku. I Białorusini i Rada [Litewska Rada Państwowa Taryba, pod protektoratem Niemców — Red.], prosili pisemnie, żeby koniecznie było coś i dla Białorusinów. Ponieważ białoruskiego nie znam, nie ośmieliłbym się po białorusku mówić, to chciałbym, żeby przynajmniej pro-bulla była czytana po białorusku. Ksiądz kanonik Lubianiec bardzo mocno zaprotestował przeciwko temu: Białorusinów nie ma, jest tylko grupa ludzi przekupiona przez Niemców i sztucznie stworzona przeciwko Polakom; Polacy wezmą mi za złe taką rzecz, uczynię pierwszy fałszywy krok. Ja jednak powiedziałem, że nawet polskie pismo «Dziennik Wileński» przyznaje, że Białorusinów jest przynajmniej 17% i do nich należy prawie cały rejon. (…) Prosiłem, żeby kapituła dobrze tę rzecz rozważyła, żebym nie uraził części swoich owieczek i od siebie, i od Kościoła nie odepchnął.”
Po przyjeździe do Wilna 8 grudnia dowiedział się, że kapituła ustaliła jednogłośnie, żeby po białorusku nie przemawiać, ale nawet pro-bulli nie czytać, „ponieważ nie ma ani jednej parafii, w której ten język byłby w użyciu. Ale jeśli rozkażę, to można ją przeczytać, ale z tego mogą wyniknąć niepożądane skutki”.
8 grudnia 1918 roku w dniu ingresu w katedrze i na ulicach wokół były tłumy. Ks. Jerzy Matulewicz pisze w dzienniku: „Po nałożeniu szat biskupich rozpocząłem zwyczajne obrzędy ingresu. Przemówiłem najpierw po łacinie do księży, następnie z ambony najpierw po polsku, później po litewsku. Przed przemówieniami kanonik przeczytał Ewangelię tylko po polsku. Skończywszy przemówienie po polsku zapytałem, czy będzie czytana Ewangelia po litewsku. Odpowiedział, że tutaj nie ma takiego zwyczaju. Mnie się zdawało, że przed litewskim przemówieniem należało przeczytać Ewangelię po litewsku. W takiej sytuacji nie podejmując dyskusji, przemówiłem po litewsku. Mówiłem do ludzi gorąco i jak tylko potrafiłem — serdecznie. Zdaje się, że i Polacy i Litwini byli zadowoleni.”

Pierwsze miejsca u stołu…

Po sumie, już w drodze na uroczyste śniadanie zorganizowane w domu arcybiskupim rozpoczęły się przetargi i zabiegi o pierwsze miejsca: „Podszedł do mnie kanonik Kukta [z pochodzenia Litwin — Red.] i powiedział, że jeśli kapituła zgadza się w pierwszej kolejności dopuścić przedstawicieli Rady, to oni przyjdą mnie powitać, a jeżeli nie, to nie będą wcale się pokazywać. Odpowiedziałem, że ks. prałat Hanusowicz zapewnił, że nie będzie się im sprzeciwiał. Wówczas ks. kanonik Kukta posłał dorożkarza, aby przywiózł przedstawicieli Rady. Gdy usiadłem do śniadania, przyszedł ks. kanonik Lubianiec i ostro zaprotestował przeciwko temu, żeby przedstawiciele Rady przemawiali pierwsi. Został bowiem ustalony porządek, że przedstawiciele polskich delegacji mają przemawiać pierwsi, a litewskich po nich, dlatego trzeba się tego trzymać. Odpowiedziałem że moim zdaniem chodzi tu o akt grzeczności w stosunku do władzy cywilnej. W kościele przemawiałem najpierw po polsku, a potem po litewsku, ponieważ jest większość Polaków. A tutaj Rada jest jakąś władzą, ją pozdrawiał nawet Ojciec Święty, z nią prowadził układy nawet nuncjusz Pacelli z Monachium, jej przekazali Niemcy część swej władzy, ona reprezentuje znaczną część kraju. Tak więc biorąc pod uwagę wymagania ogólnie przyjętej grzeczności należałyby się im pierwsze miejsce, tak mi się wydaje. (…) Lubianiec powiedział, że może by ich przyjąć w jakimś oddzielnym pokoiku. Odpowiedziałem, że lepiej ich wcale nie przyjmować, jeśli ma się ich znieważać”.
W końcu na skutek różnych nieporozumień przedstawiciele Litewskiej Rady nie byli obecni ani w katedrze, ani podczas uroczystego śniadania. Biskup podsumowuje: „Nie wiem dlaczego, ale nigdy tak jak teraz nie ukazały mi się marnymi, godnymi pogardy, wszystkie narodowościowe spory, zawziętość i nienawiść. Wydaje mi się, że przy odrobinie dobrej woli i ustępliwości można by było wszystkich pogodzić w Chrystusie. Zdawało mi się, że dużo winy było po stronie niektórych księży. Mianowicie dowiedziałem się, że kapituła i polscy księża zupełnie nie uznają Rady. Później dowiedziałem się, że przez dwa tygodnie mówiono i spierano się w Wilnie tylko o to, w jakim języku pierwej przemówię i jeślibym ośmielił się najpierw przemówić po litewsku, jak obstawała przy tym Rada, to Polacy uczyniliby w kościele bardzo wielki zgiełk i zamieszanie. Ponieważ przemówiłem najpierw po polsku, byli bardzo zadowoleni.” (Dziennik, 8.12.1918 r.)
Fety i laudacje trwały jeszcze kilka dni i odbywały się w podobnej atmosferze: „Polscy ziemianie zaprosili mnie na godzinę drugą dnia 9 grudnia na obiad. Przedstawiciele Rady zaprosili mnie również na obiad. Zapytałem, na którą godzinę, odpowiedzieli — na szóstą. Widząc więc, że będzie można to pogodzić, przyjąłem zaproszenie Polaków. Lecz Litwini swój obiad odwołali.”
„W czasie obiadu polskiego ziemiaństwa wzniesiono toast za moje zdrowie. Była to dla mnie bardzo niebezpieczna sytuacja. Mianowicie wyrażono nadzieję, że ja się przyczynię do odnowienia unii pomiędzy Polską i Litwą. Odpowiedziałem, że będąc w Polsce, całym sercem służyłem ludziom i tutaj będę wszystkim służył. Co z mojej pracy wyjdzie, nie wiem. Będąc księdzem i biskupem mogę głosić ludziom jedynie miłość, braterstwo i jedność i muszę ludzi godzić, a jeśli chodzi o unie polityczne, to one ode mnie nie zależą i nie są w mojej mocy. Tak więc odnośnie do tej sprawy nie mogę i nie chcę dać odpowiedzi. To przemówienie podobało się Polakom.”

„Doprawdy w mieście wrze jak w garnku…”

W styczniu 1919 roku zapisał w Dzienniku: „W Wilnie było mi bardzo ciężko. Droga naprawdę wyłożona cierniami. Społeczeństwo polskie bało się mnie, nie miało zaufania, przyglądało się, co będę robił; nawet w czasie ingresu jedna paniusia życzyła mi, żebym dla Polaków nie był ojczymem, ale ojcem. Litwini również się bali, żebym się nie skłonił w stronę Polaków. Nie było wiadomo, jak jednym jak i drugim dogodzić. Jest tutaj straszna nienawiść narodowościowa. Polacy po prostu nie uznają tutaj ani Litwinów, ani Białorusinów, sami zamierzają wziąć i biorą w swoje ręce władzę. Litwini znowu mówią, że niewielu jest tutaj prawdziwych Polaków: lud to Białorusini, a więc nie ma co zwracać uwagi na polskich posiadaczy ziemskich i nacjonalistów. Przywódcy Białorusinów znowu chcieliby, żeby i Białorusinom coś przypadło. (…) Żydzi znowu bardziej skłaniają się w stronę rosyjską i chcieliby przyłączyć się do Rosjan. Poza tym są jeszcze różne stronnictwa polityczne. Doprawdy w mieście wrze jak w garnku, a nienawiść przelewa się. (…) Przyrzekłem wszystkim bez różnicy jednakowo służyć, chociażbym nie wiem ile nieprzyjemności miał doświadczyć”. (Dziennik, 5.01.1919 r.)
Na wiosnę 1919 r. do miasta wkroczyli bolszewicy. Część księży wyjechała z Wilna bądź się ukryła. Wiele osób namawiało go, żeby opuścił diecezję, gdyż groźba aresztowania przez komunistów była bardzo realna. „Takie zachowanie nie przystoi biskupowi” — odpowiadał.
15 marca 1919 r.: „Dwaj litewscy przedstawiciele przyszli mi donieść, jakoby mieli prawdziwe wiadomości, że 20 bieżącego miesiąca wojsko litewskie obejmie Wilno i chcieli się poradzić jak spotkać i przyjąć zwycięzców. Chcieli, żebym i ja wziął udział w uroczystościach. (…) Prosiłem, żeby mnie Litwini nie wciągali do żadnych politycznych obchodów i manifestacji, żeby nie zapominali, że tutaj w Wilnie ja muszę wszystkim służyć, nie tylko Litwinom, ale i Polakom i Białorusinom, że przede wszystkim muszę się troszczyć o sprawy Kościoła. (…) Poza tym postawiłem przedstawicielom i to pytanie: Panowie, jak byście sobie życzyli, żebym się zachował, jaką rolę byście mi wyznaczyli wówczas w uroczystościach, jeśliby przypadkiem polscy legioniści pierwsi zajęli Wilno? Odpowiedzieli, że to niemożliwe”.
Miesiąc później napisze w Dzienniku: „Walki trwały od 19 do 21 kwietnia. W końcu Polacy zajęli miasto.”
We wrześniu 1920 roku zwierza się w liście do przedstawiciela Watykanu – Achille Rattiiego:
„Nie upłynęły jeszcze nawet dwa lata, jak jestem w Wilnie, a już po raz szósty zmienił się rząd i władza. (…). Czuję się bardzo zmęczony tym, co przeszedłem i przecierpiałem”.

Skażony narodowym grzechem pierworodnym

Mimo prób łagodzenia sytuacji i niemieszania się w sprawy polityczne cały czas był narażony na ataki, szczególnie ze strony Endecji. W 1923 roku na audiencji u papieża dowiedział się, że Polacy mają przeciwko niemu właściwie tylko jeden zarzut — że jest Litwinem. Niechęć do niego nasiliła się, gdy w 1925 roku stolica apostolska postanowiła podnieść Wilno do rangi arcybiskupstwa; Polacy słali delegacje do Rzymu, domagając się jego ustąpienia bądź przeniesienia do innej diecezji (proponowano Częstochowę, bo biskup marianin i taki maryjny), nie wyobrażali sobie, żeby Litwin został pierwszym arcybiskupem wileńskim odrodzonego państwa polskiego. Ówczesny minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego — Stanisław Grabski powiedział na spotkaniu Stronnictwa Narodowego, że rząd w żaden sposób nie zgodzi się, żeby biskup Litwin został podniesiony do godności arcybiskupa wileńskiego i rząd korzystając z praw, jakie mu daje konkordat, złoży veto.
Znękany napaściami, oszczerstwami i groźbami, w końcu w czerwcu 1925 roku złożył na ręce papieża Piusa XI prośbę o odwołanie go z biskupstwa w Wilnie. Tak to argumentował w liście do papieża: „To że jestem Litwinem czyni mnie niemiłym w oczach Polaków i skażonym swego rodzaju grzechem pierworodnym. Z tego powodu zarówno do mnie, jak i do moich poczynań odnoszą się oni z nieufnością, łatwo podejrzewają i tłumaczą stronniczo. Najbardziej zaś chodzi Polakom o to, by w Wilnie mieć biskupa swojego — jak mówią — człowieka. Mnie zaś, jako Litwina, uważają za stałą przeszkodę i zawadę własnych celów, do których zdążają. Z wielką przykrością przyjęli fakt zastania mnie jako biskupa w Wilnie, a już w żaden sposób nie chcą nawet dopuścić takiej ewentualności, abym pozostał w Wilnie jako arcybiskup wtedy, gdy stolica ta zostanie podniesiona do godności arcybiskupstwa. (…)
Równocześnie nie pomijają żadnej okazji, aby mi uczynić życie jak najbardziej gorzkim i nieznośnym, a wykonywanie mojego posługiwania jak najbardziej trudnym lub wprost niemożliwym. Stwarzają mi ciągle różne utrudnienia, w rozmaity sposób próbują mnie przestraszyć, nie wykluczając nawet gróźb zabójstwa. Lud zaś w różny sposób przeciwko mnie usposabiają i pobudzają. W rzeczy samej czuję się i widzę coraz bardziej skrępowany w swoich duszpasterskich czynnościach. Często bywa tak, że takimi jestem zewsząd otoczony trudnościami, że padłbym bezsilny, gdyby mi podporą nie był Chrystus i krzyż jego, i wobec Stolicy Świętej posłuszeństwo. Czymkolwiek to jest, jest niemożliwe by ta walka — przeciwko ordynariuszowi miejscowemu skierowana — nie przyniosła ze sobą tym żałośniejszych owoców, im dłużej będzie trwała. Bóg bowiem jest obrażany, umysły wielu rozjątrzają się i ulegają zepsuciu, godność biskupa jest pomniejszana i jego powaga rujnowana, a nawet sama Stolica Święta z tego powodu szarpana. To wszystko może tylko się przyczynić się do szkody Kościoła i Rzeczpospolitej.” (Wilno, 27.06.1925 r.) .
Po odwołaniu Papież mianował go arcybiskupem tytularnym i wizytatorem apostolskim Litwy. Krótki koniec jego urzędowania w Kownie wiąże się z kolejnymi cierpieniami — na mocy konkordatu z Polską Wilno zostało włączone do polskiej administracji kościelnej. Litwini uznali to za nieprzyjazny gest ze strony Stolicy Apostolskiej i zaczęli występować przeciwko papieżowi. Kościołowi groziła tu nawet schizma i wypowiedzenie posłuszeństwa Piusowi XI. Arcybiskup Matulewicz znów musiał przyjmować ataki, łagodzić pretensje, studzić gorące głowy — tym razem swoich współziomków Litwinów.
Zmarł 13 stycznia 1927 r. w Kownie po nieudanej operacji w wieku 56 lat. Pochowany najpierw w krypcie katedry kowieńskiej po kilku latach jego doczesne szczątki zostały przeniesione do klasztoru księży marianów w maleńkim Mariampolu, miejscu, w którym został przez chrzest święty włączony w społeczność Kościoła i w którym pragnął pracą społeczną i apostolską temu Kościołowi w spokoju służyć.

Dorota Giebułtowicz
Wszystkie cytaty pochodzą z „Dziennika biskupiego” zamieszczonego w: bł. Jerzy Matulewicz, Pisma wybrane, Wydawnictwo Księży Marianów, Warszawa 1988.