Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 81
W tym miesiącu: 172
W tym roku: 14851
Ogólnie: 295749

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Fotograf z Dywizjonu 309. Cz. 2. Dziennik podróży do Anglii

Autor: Marian Cieslinski
29-10-2013

Wspomnienia zamieszczone poniżej nie były dotychczas nigdzie publikowane. Autor wspomnień – Marian Cieśliński (ur. 1907) był w czasie wojny fotografem
w Dywizjonie 309.

7 grudnia 1939 r.
W małej grupie (18-tu osób) wyjechaliśmy z Bukaresztu do Buzan, małej miejscowości pod Constancą. Statek miał być na drugi dzień, a myśmy spędzili tam pięć dni. Był tu jakiś budynek noclegowy, kilkanaście pryczy i piec żelazny na środku. Wszy nas tam oblazły, choć broniliśmy się jak się dało. Wieczorem urządzało się polowania i przygadywania: wojenki ci się zachciało, masz wojnę z wszami!
Mieliśmy łapać jakikolwiek statek do Bejrutu, ale choć odchodziły codziennie, nie było wolnych miejsc.
2.1.1940. Nareszcie wyjazd do Constancy. Nasz statek, pół-pasażerski, pół-towarowy, nazywał się „Alba Julia” i transportował budulec. Pasażerskich kabin było tylko kilkanaście, ale za to luksusowe. Piękne kabiny, pojedyncze lub podwójne.
Zaję1iśmy z Ottonem kabinę podwójną, a obok ulokował się kolega, Tadek Boraczyński, którego poznaliśmy już w Rumunii i później się okazało, że fajny kolega. Trzymaliśmy się razem we trójkę aż do Francji.
Ładowali to drzewo aż trzy dni, ale myśmy nie mieli nic przeciw temu, bo delektowaliśmy się tym luksusem.
Posiłki wśród dnia można było dostać w każdej chwili, ale obiad był uroczysty, w dużej sali jadalnej. Kiedy wszyscy zajęli już miejsca, drzwi się rozsuwały, w drzwiach stawał coś jakby mistrz ceremonii, lustrował całą salę i za chwilę rząd kelnerów wnosił półmiski. Obchodzili stoły i każdy nakładał sobie na talerz. Można sobie wyobrazić, jak myśmy się obżerali po tym wygłodzeniu. Zawsze w takich okazjach wspominałem z wdzięcznością dr Iwanowa.
Szkoda, że kolega Boraczyński źle się czuł, nie mógł jeść, bo statek lekko kiwał. Czasem nie chciał przychodzić na obiad, więc musieliśmy wyciągać go siłą, siedział więc tylko i jęczał: „Ojej, nie mogę patrzeć, jak wy się obżeracie” – „No to nie patrz – mówimy – patrz w okno”. Ale kiedy patrzył w okno, było mu jeszcze gorzej.
Aż dziw, jak nasi szybko dostosowują się do sytuacji. Skądś wzięły im się nawet dość znośne maniery, tylko jakiś wariat trochę się rozzuchwalił i zaczął pstrykać palcami na kelnera. Na szczęście, zanim kelner zauważył, jeden co siedział przy sąsiednim stole – duże chłopisko, a łapy miał jak łopaty – odwrócił się i powiada do niego:
„Hej, ty tam, jak cię pstryknę, to z krzesła zlecisz.” – Nie było już więcej pstrykania.
Z Constancy do Bejrutu

5. I. 1940 Wypłynęliśmy z Constancy do Bejrutu.
6. I, 1940 Przepłynęliśmy Bosfor i statek zatrzymał się na około pół godziny w Konstantynopolu.
Akurat wpłynęliśmy na morze Marmara, kiedy kolega Boraczyński wpadł do naszej kabiny z wiadomością, że znalazł wesz w bieliźnie. O rety! – a już myśleliśmy, żeśmy się ich pozbyli. Zaczęło się przeszukiwanie i wszyscy znaleźli po kilka. ale tylko w zapasowej bieliźnie. Prać nie było gdzie, więc trzeba było wyrzucić. Szkoda, bo zostały mi tylko 3 komplety bielizny, ale nie było rady. Poczekaliśmy, aż się ściemni, zwinęliśmy w kłębek i buch w Morze Marmara.
Już byliśmy w łóżkach i Otto zaczął się zastanawiać, czy taka rumuńska wesz może dopłynąć do brzegu. Dyskutowaliśmy na ten temat z piętnaście minut, ale kwestia pozostała nierozwiązana.
7. I. 1940. Przepłynęliśmy Dardanele.
9. I. 1940. Minęliśmy Cypr.
10. I. 1940. Przyby1iśmy do Bejrutu. Było tu już paręset ludzi, przeważnie z lotnictwa. Umieścili nas we francuskich koszarach i znowu zaczęło się czekanie na statek do Francji. Od czasu do czasu robili nam zbiórki, raz nawet przybył gen. Weygand i patriotycznie przemówił, ale na ogół nie było co robić. Łaziło się po mieście, trochę kąpaliśmy się w morzu, bo koszary były niedaleko morza., ale o 3-ciej trzeba było uciekać, bo robiło się chłodno, a w nocy trzęsło z zimna, mimo dwóch koców, Brak pieniędzy dawał się we znaki, bo nie było nawet na szklankę soku pomarańczowego. Z tego wszystkiego, sprzedałem Arabowi zegarek, ale na długo nie starczyło, bo było nas trzech do tej gotówki.
Na francuskim statku
25. I. 1940 Na francuskim statku „Patria”. Statek duży, trzy pokłady. Kabiny trochę ciasne, bo poprzerabiane tak, że każda kabina na trzech lub czterech. W mojej kabinie cztery marynarskie hamaki, ale przyzwyczaiłem się do nich szybko i spało mi się dobrze.
Szeregowi na dolnym pokładzie jedli z kotłów w menażkach; podoficerowie na środkowym pokładzie, gdzie była sala jadalna i obsługa kelnerska przy stołach (na stole butelka wina na dwóch); oficerowie na górnym pokładzie.
Otto był starszym szeregowcem, więc musieliśmy się rozdzielić. Wiedzieliśmy, że około tygodnia będziemy płynąć do Francji, więc kombinowałem, jakby go ściągnąć na nasz pokład. Schodzili się do nas na dół oficerowie na pogawędkę i raz przyszedł jeden kapitan, którego poznałem w Rumunii, a który miał dostęp do spisów ewidencyjnych. Zaczęliśmy go atakować, że mamy kolegę, który jest kapralem a jest na dole, bo zgubił swoje dowody osobiste. Najpierw nie chciał o niczym słyszeć, ale na drugi dzień zmiękł, tylko – powiada – musi mieć świadków. Świadkowie się znaleźli i Otto został kapralem. W normalnych warunkach nie byłoby to możliwe, ale wówczas nikt nie brał tego bardzo poważnie.
Pamiętam, we Francji, w Lyonie przydzielili lekarza w stopniu kapitana. Przez dwa tygodnie przyjmował pacjentów, wszyscy go chwalili, że taki dobry lekarz, aż któryś z oficerów go poznał, że to sanitariusz z jego dawnej jednostki w Polsce. To juz była poważniejsza sprawa.
30. I. 1940. Minęliśmy Sycylię
1.2.1940. Statek przypłynął do portu w Algierze. Po kilku godzinach odpłynęliśmy w kierunku Francji. Płynęliśmy na pełnych światach, bo Niemcy tak daleko nie latali, a Anglicy dobrze pilnowali w Gibraltarze przejścia na morze Śródziemne.
We Francji
3.2.1940. Przybyliśmy do Marsylii. Rozładowanie trwało prawie cały dzień. Ciężarówkami zawieźli nas do koszar. Znowu spisywanie ewidencji, już nie pamiętam po raz który. Tu nas podzieli na grupy. Czym się kierowano nie wiadomo, bo na drugi dzień, ci co mieli kolegów w innych grupach przechodzili z jednaj grupy do drugiej i nikt nie oponował.
15.3.1940. Przydział do bazy lotniczej w Lyonie. Tu dopiero zaczęła się organizacja. Tu znowu powróciłem do swego nazwiska. Podzielili nas według specjalności i mieliśmy rozjeżdżać się na różne kursy.
Niemcy wiedzieli, że prawie cały personel polskiego lotnictwa zgrupowany jest w Lyonie (było nas tam w tym czasie blisko cztery tysiące) i mieli nadzieję kilku nalotami nas wykończyć.
Nie pamiętam daty pierwszego nalotu, ale był to pierwszy atak lotniczy na Francję. Szkody wielkiej nie zrobili, ale zabili paru naszych, w tym jednego kolegę, który zajmował łóżko obok mnie. We czterech wylecieli poza lotnisko i położyli się w taką małą kotlinę. Bomba padła akurat w tę kotlinkę i wszystkich czterech zabiło. Dowiedziałem się o tym dopiero wieczorem, jak mnie i jeszcze kilku zawołali, żeby rozpoznać okulary. To wszystko, co po nim zostało – i szkła nawet niezbite. Poznałem łatwo, bo kilka dni przedtem uszkodził ramkę i razem zlepialiśmy plastrem. Już nie potrzebował nowej ramki.
Na drugi dzień jak tylko usłyszałem alarm wybiegłem spory kawał za lotnisko na dosyć dużą łączkę. Wybrałem miejsce lekko zagłębione, tak że kiedy się położyłem, byłem na jednym poziomie z terenem. Położyłem się na wznak i widzę, że trzy samoloty lecą akurat na mojej linii.
Bardzo się nie przejmowałem, bo do lotniska jeszcze daleko, a te cymbały zaczęli zwalać bomby na gołe pole. Jedna spadła za mną, jedna przede mną i jeszcze dwie z tej samej serii, ale żadna na lotnisko. Aż wierzyć się nie chce, co za wściekła siła w takiej bombie. Tak mną podrzucało, że wszczepiłem palce w trawę, żeby się utrzymać na równi z terenem.
Później ludzie wypracowali sobie różne metody. Jedna z nich to wskoczyć do świeżego leju po bombie – podobno nigdy nie pada bomba dokładnie w to samo miejsce.
Ja tylko dwa razy wylatywałem poza lotnisko, bo okazało się, że więcej bomb pada w pole, aniżeli na bloki lotnicze.
Był taki sierżant Kresowicz, który zarządzał kuchnią i miał wina całe beczki. Po alarmie w kilku zbieraliśmy się u niego, okna pozasłaniane, dzban wina na stole i co bomba padnie to Kresowicz: „Ażeby cię pokręciło, Szkopie!” – i łyk ze szklanicy. A że dr Iwanow powiedział, że czerwonego wina mogę pijać bez ograniczeń, miałem spokojne sumienie. Było to dosłownie „na zdrowie”.
W Lyonie pożegna1iśmy się z Nowosielskim i Boraczyńakim – wyjechali na swoje kursy, Boraczyński mechanik a Nowosielski radiota. Nigdy już się nie spotkaliśmy, choć musieli być w Anglii.
17.5.1040. Wyjazd do Clermont- Ferrand na kurs foto. Kurs prowadził kapitan Domaradzki, Jeden z najkulturalniejszych oficerów, z jakimi się spotykałem. Świetny specjalista i instruktor. Taki grzeczny dla wszystkich – zawsze zwracał się do nas przez „pan”. Chyba że kogoś nie lubił, wówczas było „wy”.

Pod angielską eskortą

18.6.1940 Kapitan Domaradzki dostał wiadomość, że Niemcy zrobili ofensywę i i posuwają się na zachód. Spakowaliśmy się w ciągu godziny. Francuzi mieli dać ciężarówkę, ale kiedy nie nadjeżdżała, kapitan zakomenderował „biegiem marsz”. Dolecieliśmy do dworca półżywi. Pociąg już stał, zapakowany przeważnie naszymi z lotnictwa, ledwie się wcisnęliśmy.
Wlekliśmy się do tego portu prawie sześć dni. Nasi motocykliści uwijali się po drogach i ·wypatrywali Niemców.
Pociąg czasem się zatrzymywał po parę godzin, a raz przestaliśmy w polu z wygaszonymi światłami przez całą noc.
Raz w nocy przesiadaliśmy się do innego pociągu, który miał iść do Bordeaux, ale w ostatniej chwili przyszła wiadomość, że statek czeka dalej na południe, w małym porcie St. Jean.
Kiedy przybyliśmy do portu zobaczyliśmy olbrzymi statek, ale daleko na morzu. Był to angielski statek pasażerski „Arrandora Start” przerobiony do transportu wojska. Port był mały, za mały, żeby taki duży siatek mógł bliżej podpłynąć. Motorówki już kursowały od statku do brzegu. Morze było wzburzone i strach oblatywał, jak się patrzało na te piętrowe fale. Kiedyśmy się już ładowali do motorówki, jeden z oficerów zrobił temu Francuzowi, który prowadził motorówkę uwagę, że jest pijany. A Francuz na to: „Czy Monsieur myśli, te gdybym był trzeźwy, to ryzykowałbym motorówkę na takie morze?”
Trochę, straciliśmy ducha, jak nam ten oficer przetłumaczył odpowiedź Francuza. Ale dopiero jak odbił od brzegu, zaczęła się „uciecha”. Chwilami motorówkę fale tak wyniosły, że patrzeliśmy na ten olbrzymi statek z góry, a za chwilę znowu walimy się w dół. Zdawało się niemożliwe, żebyśmy z tego wyleźli.
Ktoś na łódce krzyknął, że potopimy się jak szczury, a kapitan Domaradzki, który był z nami odpowiada: „nie bój się, jak masz zginąć od kuli albo bomby, to się nie utopisz”. Też pociecha. Wreszcie załadowaliśmy się, ale, choć marynarze stali na sznurowych drabinach i nas wciągali, to dużo worków i walizek poszło w morze.
Statek czekał jeszcze na maruderów około pół godziny i jeszcze w ostatniej chwili motorówka przywiozła kilku.
24.6.1940. Wreszcie „Arrandora Star” wypłynęła. na morze. Nie byłem tego świadkiem, bo taki byłem zmordowany, że tylko znalazłem jakiś wolny kąt na pokładzie i spałem do rana jak kamień. Zresztą nie ja jeden, bo ludzie walili się, gdzie kto stał.
Dopiero nad ranem zaczęliśmy się organizować. Marynarze roznosili gorącą herbatę w kotłach, chleb i konserwy.
To miejsce, gdzie pierwszą noc spałem okazało się idealne, pod takim olbrzymim kominem, więc już przez całą podróż je zatrzymałem. Chodzić nie było gdzie, bo taki tłok wszędzie, że trzeba było się przeciskać. Całe zajęcie polegało na obserwowaniu, nie tyle morza, co okrętów, które nas konwojowały. Widzieliśmy czasem cztery, czasem pięć. Od czasu do czasu znikały gdzieś zupełnie i już niepokój nas ogarniał, że nas zostawili, ale za chwilę znów się pokazały.
W dzień był spokój, ale prawie co noc dochodziły do nas wybuchy min głębinowych, to znaczyło, że łodzie „podwodne gdzieś koło nas się kręciły. Najwięcej dodawały nam otuchy dwie małe kanonierki. Podchodziły zupełnie blisko i zataczały w koło nas koła na dużej szybkości.
Później dopiero uświadomiliśmy sobie, dlaczego nas tak pilnowali – przecież płynęło do nich pięć tysięcy wyszkolonego chłopa wszystkich specjalności, zalążek na 14 dywizjonów lotniczych. Nie było to byle co. „Po co ma Anglik ginąć, kiedy w jego miejsce może zginąć Polak” – jak miał później z goryczą napisać w jednym ze swoich wierszy Marian Hemar.
Ale na cynizm miał być czas później. Na razie byliśmy wdzięczni Marynarce, że nas szczęśliwie dowiozła do Angii.

27.6.1940. Dopłynęliśmy do Liverpoolu. Rozładowanie trwało blisko dwa dni. Porozmieszczano nas po prywatnych domach i delektował się człowiek błogim spokojem.

27.12 (?) 40. Blackpool. Prawie wszystkich przerzucili tutaj i zaczęło się na gwałt formowanie dywizjonów. Tu utworzyli nasz „Polski 309 Dywizjon współpracy z Armią”.
CDN