Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 63
W tym miesiącu: 154
W tym roku: 14833
Ogólnie: 295731

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Losy wykluczonych bez retuszu

Autor: Aleksandr Zorin
29-10-2013

Problem rehabilitacji przestępców w więzieniach jest wyjątkowo trudny i to we wszystkich cywilizowanych krajach, niezależnie od ustroju, również w Polsce. Publikujemy kolejny szkic literacki Aleksandra Zorina na ten temat. Autor jest członkiem Związku Pisarzy Rosji, poetą i tłumaczem; napisał głośną książki o ojcu Mieniu, wybitnym kapłanie prawosławnym, pt. „Anioł czarnej roboty”. Mieszka w Moskwie

Augustyna Aleksiejewna Kolcowa

Augustyna Aleksiejewna Kolcowa, wice-dyrektor Domu Adaptacji Społecznej (DAS) w Jarosławiu. Kobieta zdecydowana, trochę szorstka, która potrafi zażartować: „A my wszystkich bierzemy – i obrzezanych, i nieobrzezanych. Żeby tylko nie zarażali. Gruźlików teraz w bród!”
Dom Adaptacji Społecznej pracuje bez przerwy. Przychodzą tu i bezdomni, i biedacy, którzy dopiero co wyszli z więzienia. Pierwszym stopniem znajomości jest zaświadczenie lekarskie. Nawet jeśli “flurka” (zaświadczenie o fluorografii) jest w porządku, płuca i tak są sprawdzane. Szpital miejski – zgodnie z umową – wykonuje wszystkie analizy bezpłatnie. A przecież każda kosztuje nie mniej niż pięćdziesiąt rubli. Ci, którzy zawitali do DAS bez dokumentów, są kierowani do specjalnej placówki, gdzie w ciągu 10 dni personel wszystkiego się o nich dowiaduje i wystawia im zaświadczenie. I dopiero potem wyrabia się im paszport, * i emeryturę, i inwalidztwo – kto czego potrzebuje. Całą tę pracę powinna wykonać administracja więzienna na pół roku przed upływem kary, ale w więzieniu brakuje pieniędzy nawet na formularz paszportowy, który kosztuje 80 rubli. DAS znajduje pieniądze, a częściej umawia się na zniżki. I wielu wychodzi im naprzeciw: stołówka, szpital, zakład fotograficzny… W mieście istnieje organizacja zatrudniająca inwalidów, często z polecenia Augusty Aleksiejewny.
Dzisiaj jest poniedziałek, dzień przyjęć. Wice-dyrektor siedzi przy swoim biurku, zastawionym pudełkami z kartoteką, a obok pielęgniarka.
– Wchodzimy!!! – donośnym, wojskowym głosem zaprasza A. A. kolejnego interesanta, a za drzwiami czeka ich jeszcze nie mniej niż dziesięciu.
Pracuje tu od pierwszego dnia.
„Na początku, kiedy dopiero ruszyliśmy, zaczęli do nas walić drzwiami i oknami bezdomni. Zaniedbani, niechlujni. Nocą nie chciało im się iść do toalety i załatwiali się do słoiczka. A grubsze sprawy – na gazetkę. Na podwórku pijali czifir**… Popatrzyłam na cały ten bałagan i mówię do tych, co wyszli z więzienia (a ich było coraz więcej): a wy, panowie, co się gapicie, miło wam tak mieszkać w gównie? I oni ich w „trymiga” zresocjalizowali, wszystko samo się ułożyło. W więzieniu – swoją drogą – przyzwyczajają do porządku”.
Zapewne można by sięgnąć po pomoc milicji, która ulokowała się za ścianą… Ale instynkt podpowiedział, że proces wychowawczy lepiej jest rozpocząć od wewnątrz. W samym środowisku powinien powstać organizujący impuls.
[Zachodzi tu pewna analogia do wojskowej fali i jej pierwowzoru – doktryny zbliżonej pod względem socjalnym – w Gułagach. I jedna, i druga pełniły funkcję (fala pełni ją dotychczas) kija, wprowadzającego porządek. Ale jest też zasadnicza różnica. Odmienny cel. Tam porządek jest wymagany przez system, żeby się nim wygodniej i korzystniej kierowało. Tutaj, na wolności, porządek jest przede wszystkim potrzebny ludziom, żeby uczyli się sami sobą kierować, i żeby zrodził się w nich nawyk do samokierowania i samoświadomości. Jest to wynikiem przemian w naszym społeczeństwie, zmiany systemu wartości.]
Oczywiście, potrzebna tu jest nie tylko służba dyscyplinarna, lecz również duchowa, żeby jaśniej widać było cel. Ale, jak zostało powiedziane w Ewangelii: „Żniwo jest wielkie, ale robotników mało” [Mt. 9, 37]). „Robotników” na niwie duchowej katastrofalnie brakuje. W zakładach karnych, ci nieustraszeni „robotnicy” są na wagę złota… Takich sprawujących obrzędy jak ojciec Wiktor*** nie warto brać w rachubę. A cóż dopiero mówić o Centrach Rehabilitacji. Chociaż w nich prościej byłoby zorganizować katechizację, włączając do tej pracy doświadczonych parafian.
W ogóle doświadczonych parafian można posyłać jako misjonarzy do placówek wychowawczych. Tak robią Kościoły protestanckie; zdecydowana większość tych, którzy są posłani, by głosić Słowo więźniom, to nie pastorzy.
A. A. pamięta wszystkich, którzy przeszli przez DAS. Dowolną kartę z kartoteki potrafi uzupełnić takimi szczegółami, których w dokumentacji się nie zamieszcza, a które w ludzkim życiu mają wielką wagę. Przydałby się komputer… I ona, odgadując moje myśli, wzdycha: „Bez techniki jest trudno…” „A umie pani pracować na komputerze?” „Nauczymy się. Skoro nawet niedźwiedzi uczy się jazdy na rowerze…”. Jej zarobki, na stanowisku wice-dyrektora, nie sięgają tysiąca (rubli – Red.). A o wynagrodzeniu pielęgniarek i salowych wstyd wspominać. A przecież pracują z tymi samymi ludźmi, co zatrudnieni w służbie więziennej, którzy mają pagony i stopnie. „Wczoraj był – mówi A. A. o swoich podopiecznych – pod nadzorem wartowni, karabinu maszynowego – a dzisiaj jest u nas. Ale psychika przecież się nie zmieniła. Różne rzeczy tu się słyszy: „Spotkam cię w zaułku, przepuszczę, i wsadzę kosę pod żebro…” A ja i sama mogę prześwięcić. Ale na początku płakałam i brałam walidol”.

„Czeczeniec” Winokurow

Wieczorem wszedłem na górę do mieszkańców, którzy o 1900 wracają do domu, na swoje wyro. Jeden z nich to „Czeczeniec” Winokurow. Służył jako najemnik w kontraktowych wojskach w Czeczenii. Został kontuzjowany pod Wedeno. Groziła mu 3. grupa inwalidzka, a to znaczy, że na wojnę już go nie wezmą. A on bardzo chciał się tam dostać, bo nie miał ani rodziny, ani domu: rozwiódł się i wszystko zostawił córce. Zresztą i pensja – 1000 zielonych (dolarów – Red.) miesięcznie, gdzie jeszcze taką dostanie? Tutaj przyszedł bez paszportu, bez książeczki wojskowej – wszystko spaliło się w czołgu razem z mundurem i rannym żołnierzem, którego Winokurow zdążył opatrzyć, a wyciągnąć już nie…Zarządzając częścią spożywczą, pomagał pielęgniarzom i lekarzom. „Prawie wszystkie leki przeterminowane. A OMON ma dobre, ma regularne dostawy, a my… Piramidon, na ten przykład, należałoby wyrzucić już cztery lata temu. Robię rannemu zastrzyk, nie pomaga. Poprosiłem u OMON-u, wstrzyknąłem i tyle – ranny odjechał – ulga.”
Winokurow ma zaświadczenie potwierdzające tożsamość. Na paszport trzeba jeszcze czekać i czekać. „A z zaświadczeniem do pracy nikt nie przyjmie. Zresztą i do szpitala jak się pójdzie – piguła się tylko gapi… Żeby ją tak zlać po gębie!” – i wyraziście poruszył lekko uniesioną nogą.
Aleksander Siergiejewicz Puszkin (tak, właśnie tak!) przed miesiącem został wypuszczony z tego zakładu, gdzie ostatnio odbywała się konferencja i gdzie odprawia, a dokładniej „sprawuje posługę”, ojciec Wiktor.
– Kiedy wychodziłem, kierownik dał mi minimalkę – 25 rubli. I zaświadczenie. Mówi, pójdziesz do GISW*, a oni postarają się o paszport dla ciebie. A załatwienie paszportu kosztuje 80 rubli. Wyszedłem – nie mam ojca ani matki, nie mam ojczyzny ani sztandaru. I gdzie ja mam się podziać z tym zaświadczeniem? Do zwierząt tyrać nie pójdę, oni mogą nie zapłacić. Zwierzęta, w zasadzie, zawsze bujają.
– Kim są „zwierzęta”?
– Gospodarze. Narodowość kaukazka. Harujesz cały dzień, on ci wciska butelkę wódki, a mnie – pijanego – tu na noc nie wpuszczą. Mówię: „Ja potrzebuję na żarcie, po co mi wóda?” A on: „Nie chcesz, to nic nie dostaniesz”. Zresztą i teraz wisi ogłoszenie. Do obozu pionierskiego potrzebny od zaraz palacz i cieśla, wynagrodzenie 400 rubli i darmowe wyżywienie. Ale kto mnie, kryminalistę, weźmie do dzieci! A gdybym miał paszport, popracowałbym z całego serca, najadłbym się… Tutaj, oczywiście, można się przebujać. Ale zimą inwalidzie jest źle. Na dzień wypędzają go z domu. Kuśtyka po lodzie z laską, jeszcze po wylewie, szuka pracy. A komu on jest potrzebny, z laską... Na klatkę schodową się nie wejdzie, bo wszystkie pozamykane. Piwnice też. Albo – bywa – że na klatce chłopaki wygrzmocą. Na Pionierskiej dwóch lumpów ukatrupili. Tak po prostu, by się pośmiać, za dużo sił mają.

Sergiusz Wladilenowicz Szatrow

Opowiem o jeszcze jednym mieszkańcu, Sergiuszu Wladilenowiczu Szatrowie. 34 lata, wychowanek domu dziecka, chodził do szkoły dla osób upośledzonych umysłowo. Ze względu na to i na wzrok (-8) nie wzięli go do wojska. Ma paszport, ale nie ma mieszkania. Matka umarła w 1995 roku, a on został skazany w 1994. I ustawa, gwarantująca zachowanie mieszkania, ominęła go, bo powstała później. W tym mieście mieszkają jego dwie ciotki. Jest czysto ubrany, ma wyprasowane dżinsy, porządnie składa bieliznę na wyrze, przebiera się. Też szuka pracy… Do charytatywnych organizacji cerkiewnych zwracać się nie chce. „Prawosławni za wszystko zdzierają – za chrzest, za pogrzeb. A w Biblii jest powiedziane: darmo otrzymaliście, darmo dawajcie.” [Mt. 10, 8]. Protestantów unika, ponieważ – jak piszą w gazetach – protestanci omamiają ludzi. Ale zarazem wątpi, sądząc, że to kłamstwo, że prawosławni obawiają się konkurencji w pomocy dla ubogich. A sami raptem karmią w soborze raz w tygodniu… Dobre i to. „Prawosławni – mówi – połączyli się z rządem i z tego wyszła taka oto pięść” – Sierioża pokazuje swoją mocno ściśniętą chudą piąstkę. Powinien chodzić po urzędach, domagać się mieszkania i szukać pracy. Ale tego nie da się połączyć. Transport kosztuje. A na piechotę nigdzie się nie zdąży. Najął się do gospodarza, a ten obiecał płacić mu raz w miesiącu. „Dałby przynajmniej 200 rubli zaliczki na pół miesiąca”… „A czy można się wyżywić za 200 rubli do wypłaty?!” „O, przywykliśmy przymierać głodem…”

Oto miejsce, gdzie potrzebny jest opiekun duchowy, pasterz, doradca w codziennych sprawach doczesnych. Niby to już nie więzienie, a wolność. Ale ona wydaje im się jeszcze bardziej bez wyjścia. Ponieważ człowiek nieznający prawdy nie może poczuć się wolny. Niemożliwy jest powrót do normalnego życia bez wsparcia duchowego. Tylko ono może wskazać, które wartości w życiu są fałszywe, a które prawdziwe. Oto miejsce, gdzie powołanie misyjne znajdzie podatny grunt. Ale, Boże uchowaj, od takich ojczulków, jak mój niegdysiejszy interlokutor (autor nawiązuje do poprzedniego swego artykułu, zob. „Bunt...” nr 4/56 – Red.)

Aleksandr Zorin Moskwa