Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 79
W tym miesiącu: 170
W tym roku: 14849
Ogólnie: 295747

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Wspomnienia żołnierza polskiego, „gente Ruthenus”, spod Lenino

Autor: Piotr Zahajko
29-10-2013

Wspomnienia żołnierza polskiego, „gente Ruthenus”, spod Lenino

Walki nad Miereją

Drużynami, w tyralierze biegniemy bliżej rzeki. Minęliśmy mokradła Mierei. Pod naszymi nogami ziemia zryta od bomb i pocisków. Doszliśmy już do brzegów rzeki. Próby przedostania się na drugą stronę z ciężkimi moździerzami i amunicją spełzły na niczym. Okazało się, że Miereja była niewielką rzeką, ale za to głęboką. W niektórych miejscach jej głębokość dochodziła nawet do 4 m. Przeprawa na drugą stronę bez mostu czy pontonu, nie była możliwa.
W tej sytuacji d-ca kompanii, wydał rozkaz prowadzenia ognia z miejsca, w którym się znaleźliśmy.
W niedługim czasie do rzeki zbliżył się oddział naszej piechoty i dźwigał na plecach drewnianą tratwę, po której żołnierze przekroczyli Miereję. Późnym popołudniem saperzy zbudowali prowizoryczny most i w ten sposób czołgi i artyleria wraz z piechotą ruszyły szturmem na okopy niemieckie.
Sytuacja w naszym plutonie, stawała się tragiczna. Brak amunicji do moździerzy uniemożliwiło nam prowadzenie dalszej walki, szczególnie w tym momencie, kiedy polska piechota poszła szturmem na okopy niemieckie.
Niemcy wykorzystali ten moment, i rozpoczęli huraganowy ostrzał z karabinów maszynowych w naszym kierunku. Na domiar złego, samoloty nieustannie zrzucały bomby na nasze pozycje. Dla zwiększenia strachu i wywołania paniki w naszych szeregach lotnictwo niemieckie zrzucało puste beczki, które spadając na ziemię wydawały przeraźliwe wycie.
Dziwnych sytuacji na froncie mieliśmy wystarczająco dużo, jak np. ta, która zaskoczyła nas bardzo: kiedy oddziały radzieckie, okopane, stały przy naszych pozycjach i nie ruszyły się z pomocą. Oni patrzyli na nasze zmagania ze śmiertelnym wrogiem ze stoickim spokojem jak widzowie w teatrze. Żaden rozkaz ze strony dowództwa radzieckiego nie padł do przystąpienia udzielenia nam wsparcia. Żaden radziecki samolot nie pojawił się na horyzoncie podczas bombardowań naszych pozycji.
Do dziwnych zjawisk, muszę zaliczyć i ten fakt, kiedy nagle zniknął z pola walki d-ca drużyny plutonowy Szarpański. D-ca plutonu chorąży Halicki wydał mi rozkaz natychmiast objąć stanowisko d-cy drużyny.
Tu mała dygresja: Kiedy cała nasza Dywizja Piechoty wycofywała się z pola walki spod Lenino, nagle pojawił się były d-ca drużyny Szarpański. Dowództwo nasze za dezercję z pola walki chciało postawić go przed plutonem egzekucyjnym. Ale przyszło tajne polecenie, aby Szarpańskiego odesłać do d-cy frontu. A wiosną 1946 roku w Warszawie spotkałem go w Ministerstwie Obrony Narodowej w Departamencie Personalnym w stopniu majora z wieloma orderami na piersiach. Widocznie otrzymał je „zasłużenie” za „wybitne bojowe zasługi na polu walki pod Lenino”. Dowiedziałem się później, że wyjechał on z Polski do Izraela.

Wracając do walki nad rzeką Miereją. Z braku amunicji, d-ca batalionu wydał rozkaz wycofania się do pozycji wyjściowej, z której ruszyliśmy do ataku. Zapadał już zmierzch, robiło się chłodno i ciemno. Tylko w rejonie wsi Trygubowo i Połzuchy trwały zacięte walki. Raz po raz rozbłyskiwały ognie spowodowane wybuchami pocisków i ręcznych granatów.
Ranni żołnierze byli transportowani z pola walki do punktów sanitarnych. W milczeniu mijali nas z zamkniętymi oczami. Kilku z nich miało jeszcze odrobiny siły aby opowiedzieć nam o strasznych walkach na przedpolach palących się wsi. Dowiedzieliśmy się również o śmierci naszego pierwszego d-cy kompanii por. Wysockiego.
Ostry wiatr wiał w naszą stronę od rzeki. Niósł ze sobą zapach dymów i dokuczliwy smród spalonego prochu z pocisków. Ciężko oddychaliśmy, a kilku z nas zaczęło kaszleć. Na ziemi obok siedzących żołnierzy leżały trupy zabitych naszych kolegów i kilku ciężko rannych.
Jesteśmy bardzo zmęczeni i głodni. Od zeszłej doby nie otrzymaliśmy żadnego pożywienia ani wody. Ktoś, przyniósł ze spalonego domu upieczone, na wpół zwęglone kartofle. Rzuciliśmy się do tych ziemniaków jak do najdroższych skarbów świata. Kilku żołnierzy z naszego batalionu chyłkiem podeszło do leżących zabitych koni i wykroili z nich parę kawałków mięsa z tylnych nóg. W okopach zaczęli w menażkach gotować koninę. Na ten moment nadszedł d-ca kompanii ppor. Krasiński. Podbiegł do ogniska i w jednej sekundzie nogami zdusił palenisko, wyzywając przy tym siedzących przy rozgrzanych jeszcze ochłapach niefortunnych „kucharzy”. Kilka przekleństw poleciało przy okazji i w naszym kierunku.
W tych nietypowych chwilach na froncie wśród żołnierzy wciąż zdarzały się różne zjawiska, często nie do wyjaśnienia, po prostu – cuda. Tak jak ten fakt, którego byłem świadkiem: Za ścianą spalonego budynku, wybuchł pocisk moździerzowy, dokładnie w środku pokoju w którym siedziało czterech naszych kolegów. Trzech z nich po prostu zostało zmasakrowanych, nawet trudno było rozpoznać ich twarze. Czwarty nie był nawet ranny. Tym szczęściarzem był Rosjanin Piotrowski, polskiego pochodzenia. Jak to można wytłumaczyć?
Nastała noc. Ucichły odgłosy walki. Strach i przerażenie zmieniły się teraz w okropne zmęczenie. Oczy nasze same się zamykały i każdy zapadał w głęboki sen. Nie jestem w stanie odtworzyć teraz, jak długo spaliśmy. Pamiętam tylko potężny wybuch. Ziemia uniosła się wysoko nad nami i spadające błoto i piach zasypało nasze okopy. Na oko oszacowaliśmy, że musiał to być potężny pocisk artyleryjski lub bomba lotnicza o dużej sile rażenia. Natychmiast poderwaliśmy się i pospiesznie zajęliśmy inne stanowisko bojowe, bliżej wsi Mojsiejewo.
Dzień, jak na tę porę roku zapowiadał się słoneczny i bardzo ciepły. Jest 13 października 1943 roku. O godzinie 6.00-tej nad ranem rozpoczęliśmy jak poprzedniego dnia przygotowaniem artyleryjskim z wszystkich dział, jakie posiadaliśmy jeszcze w Dywizji. Niemcy, odpowiedzieli niemalże w tym samym czasie również ostrzałem z armat. Ziemia pod naszymi nogami drżała od wystrzałów i wybuchów pocisków. Na horyzoncie pojawiły się niemieckie „Sztukasy”. Tym widokiem byliśmy załamani. Rozglądaliśmy się rozpaczliwie po niebie, gdzie są te słynne „łastoczki”, radzieckie myśliwce. Niemcy bezkarnie fruwali nad naszymi głowami i zrzucali na nas grad bomb.
W rejonie wsi Trygubowa i Połzuch, trwały już ciężkie boje. Od rannych żołnierzy, którzy resztkami sił wycofywali się z miejsca walki, dowiadywaliśmy się o potężnych stratach w ludziach. Opowiadali nam, choć nięchętnie, drżącym głosem, o tym, jak nasi, nie mając już amunicji poddawali się Niemcom do niewoli. Mówili również o chaosie, jaki wkradł się w dowodzeniu naszymi jednostkami. Dowiedzieliśmy się też o d-cy pułku ppłk. Derksie, który „nagle” znikł z pola walki.

Nastroje w wojsku polskim


Te przykre dla nas relacje i wiadomości przekazywane na żywo, nie nastrajały optymizmem.
Pamiętałem jeszcze, kiedy byliśmy w Sielcach nad Oką, nasze nocne rozmowy wśród żołnierzy. Dyskusje były prowadzone na jeden dla nas ważny temat: status i położenie polityczne naszej armii w ZSRR. Były różne dywagacje i stwierdzenia na temat polityki rosyjskiej wobec Polaków i Polski. Ale jeden był wówczas wspólny wniosek, że nikt tak naprawdę nie wierzy w dobre i uczciwe intencje Rosjan. W tej rozmowie były i takie wypowiedzi, że nie zgodzimy się, aby Związek Radziecki traktował nas jak armatnie mięso w walce o komunizm w Europie i na świecie. Nie będziemy walczyć za bolszewików... najlepiej postąpimy jak poddamy się Niemcom.
Takie skrajne nastroje, wywoływały jeszcze niedawne przeżycia, wygnania nas z własnych domów rodzinnych przez czerwonoarmiejców. Głód, choroby, terror i okrucieństwo oddziałów NKWD wobec Polaków robiły swoje.
Łagodzili nastroje wśród żołnierzy nasi i rosyjscy „politrucy”, którzy głosili propagandę o wspólnym wrogu, o rychłym zakończeniu wojny i o drodze, najkrótszej i najprostszej, po której idziemy wraz z Armią Czerwoną do wolnej Polski. Reforma rolna, która zostanie wprowadzona w Polsce Ludowej, obdzieli każdego rolnika ziemią, a domy i pałace panów i kułaków zostaną oddane we władanie całemu ludowi pracującemu miast i wsi. Polska poszerzy swoje granice aż do Odry i Nysy Łużyckiej. Wreszcie staniemy się krajem ludzi szczęśliwych i bogatych, miłującym pokój narodem. Ta propaganda w pewnym sensie zrobiła jednak swoje. Nastroje wśród żołnierzy polskich pomału łagodniały. Te słowa dla niektórych były motorem do działania i mobilizowały do dalszej walki z wrogiem.
Wróćmy jeszcze do dnia 13 października 1943 roku. Ta noc była znacznie zimniejsza od poprzedniej. Byliśmy już na wyczerpaniu sił. Nagle usłyszeliśmy rozkaz d-cy Dywizji gen. Berlinga o wycofaniu się wszystkich żołnierzy z linii frontu. Ten rozkaż natychmiast dodał nam sił i bez zatrzymania poszliśmy na wschód w kierunku Smoleńska.
Nie pamiętam, kto rozsiewał fałszywe plotki wśród żołnierzy, że Niemcy przerwali front i posuwają się za nami w pościgu. Ta plotka nie wytrzymała próby czasu, ponieważ oddalając się od miejsca walk, odgłosy wojny stawały się coraz słabsze i słabsze aż wreszcie całkiem ucichły.
Nad ranem 14 października, znaleźliśmy się w terenie porośniętym zagajnikami w rejonie wsi Słon, czy Słom – nie pamiętam dzisiaj dokładnej nazwy.
Po krótkim odpoczynku, stanęliśmy wszyscy w szeregu do apelu. D-ca batalionu kpt. Pluto pożegnał się z nami, dziękując za wspólną bohaterską walkę i odszedł do d-ctwa dywizji. Po tym poinformowano nas o reorganizacji niektórych kompanii i drużyn i rozdzielono pracę na najbliższy czas poszczególnym grupom żołnierzy.
W niedługim czasie na teren naszego obozu, wjechał potężny samochód w którym była zamontowana polowa łaźnia zwana „woszobajka”. Drużynami podchodziliśmy nago do środka łaźni, a nasze mundury i bielizna zostały poddane dezynfekcji bardzo gorącym powietrzem. Taki zabieg musiał nastąpić, ponieważ całymi tygodniami nie rozbieraliśmy się i nie myliśmy się. Przemoknięci deszczem i własnym potem rozsiewaliśmy zapach, powiedzmy, „swojski”. Śmialiśmy się z tego, że jedna nasza onuca swoim zapachem potrułaby pół tuzina Niemców.

Własne refleksje i przemyślenia

Kiedy już po wojnie wróciliśmy do naszych domów, kiedy odnaleźliśmy nasze rodziny i naszych bliskich, a czasy wojenne stały się tylko wspomnieniami, rozpoczynaliśmy życie na nowo. Ciekawy byłem tylko, jak historia oceni okres wojny a szczególnie l DP im. Tadeusza Kościuszki w ZSRR.
Czytałem wydane już po wojnie różnego rodzaju, wspomnienia wojenne, pamiętniki, dokumenty, artykuły, byłem zapraszany na spotkania z uczestnikami wojny w środowiskach młodzieżowych, redaktorami, historykami, naukowcami. Wszyscy mówili na temat II-ej Wojny Światowej z wielką znajomością faktów historycznych, mówili prawdę lub opowiadali mity przez siebie wymyślone i wygłaszali je w zależności od potrzeb propagandy politycznej. W ten sposób usłyszałem kilka wersji bitwy pod Lenino. A ja znam tylko jedną, tę, w której brałem udział osobiście.

Skład narodowościowy żołnierzy l Dywizji Piechoty

Interesuje mnie jeszcze jedna sprawa, a mianowicie: nikt do tej pory nie podał pełnej informacji o składzie narodowościowym żołnierzy w l D.P. im. Tadeusza Kościuszki. Po wielu latach małą wzmiankę na ten temat zamieścił w swoim wydawnictwie Główny Zarząd Związku Sybiraków w Polsce.
Statystyka sporządzona po wojnie przez Związek Sybiraków wykazuje, że 1.5 mln osób została wysiedlona przymusowo z rodzinnych domów w odległe strony ZSRR W tym, aż 30% Polaków pochodzenia ukraińskiego. Około 10% – pochodzenia białoruskiego i żydowskiego.
Na „spec posiołku” Andrejewskiej w Krasnouralsku, gdzie przebywałem z rodziną, praktycznie około 30% stanowili Ukraińcy. Spory między naszymi narodami o prawdę historyczną, Podola, Wołynia, Lwowa, Przemyśla, zniknęła z życia tych ludzi. Cierpienia i fizyczna zagłada, która zawisła nad głowami Polaków i Ukraińców, zjednoczyła ich ze sobą i pomogła im w przetrwaniu w sytuacjach tragicznych.
Przykładem prawdziwej przyjaźni i wzajemnego zaufania może być fakt, że od sierpnia 1941 roku, NKWD namawiało wszystkich Ukraińców do przyjęcia obywatelstwa radzieckiego i wstąpienia do Armii Czerwonej. Na około sto rodzin, które zostały wywiezione wraz z naszymi sąsiadami Polakami, tylko jedna rodzina przyjęła obywatelstwo ZSRR. Ten fakt mówi sam za siebie.
Później na moim szlaku frontowym spotykałem mnóstwo swoich ziomków – Ukraińców w polskim wojsku. Walczyli razem pod Lenino, nad Wisłą, Odrą i Nysą Łużycką, na Wale Pomorskim i na ulicach Berlina.
Dzieje historii Polski i Ukrainy, są bardzo skomplikowane. Przelało się dużo bratniej krwi z obu stron, w wyniku czego w moim odczuciu oba narody po II-ej Wojnie Światowej przegrały swoje sprawy narodowe.
Mam nadzieję, że czas zagoi rany. Młode pokolenia Polaków i Ukraińców zbudują przyjazne relacje sąsiedzkie i będą sobie wzajemnie pomagali w każdej niebezpiecznej sytuacji politycznej i życiowej, tak jak my to robiliśmy w obliczu śmierci i cierpienia na Syberii. Byliśmy sobie bliscy i potrzebni: Polacy i Ukraińcy.
Jestem Ukraińcem, albo jak kto woli – Polakiem pochodzenia ukraińskiego. Zawsze podawałem w dokumentach: narodowość – ukraińska. Należę do dużej rodziny Sybiraków. Jestem majorem Wojska Polskiego w stanie spoczynku, odznaczony wieloma orderami i odznaczeniami.
– Krzyżem Walecznych – 2 krotnie;
– Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski;
– Srebrnym i Brązowym medalem Zasłużonym na Polu Chwały;
– Czechosłowackim Krzyżem Walecznych;
– Dyplomem Weterana Walki o wyzwolenie Polski
oraz szeregiem innych medali i odznaczeń.
KONIEC
PIOTR ZAHAJKO
mjr Wojska Polskiego