Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 60
W tym miesiącu: 151
W tym roku: 14830
Ogólnie: 295728

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Rozwodnicy

Autor: Jan Turnau
08-11-2013

Są dwa sposoby uznania przez Kościół drugiego małżeństwa: katolicki i prawosławny. Ten drugi wydaje mi się właściwszy

Z majątku „obszarniczego” W. do innych zaprzyjaźnionych przejeżdżało się, bo tak było najprościej, przez podwórze „pańskie” w S. Ale właściciel S. zmienił żonę na młodszą, mając z poprzednią ślub, a jakże, katolicki, więc trzeba było jego dwór omijać łukiem. „Rozwodników” kwalifikowano używając terminologii łacińskiej: żyją w permanentnym grzechu. To było przed wojną, po wojnie jednak również pewna była ziemianka miała problem moralny, bo jej syn się rozwiódł i ożenił ponownie „cywilnie” z wdową – niemniej i ona przecież winna, więc zgodzić się na ich wspólną wizytę czy nie?

„Miłość z odzysku”

By myśleć mądrze o Kościele katolickim dzisiaj, trzeba znać jego historię, także najnowszą. W sprawie „rozwodników” przełom na szczycie watykańskim nastąpił na początku pontyfikatu Jana Pawła II. Po Synodzie Biskupów na temat rodziny, w opracowanej na jego materiale dokumencie papieskim, zwanym fachowo „adhortacją apostolską”, papież z Polski napisał, że rozwiedzeni nie mogą czuć się odłączeni od Kościoła. Zaczął się jeszcze jeden swoisty proces ekumeniczny.

Dwaj redaktorzy „Tygodnika


Powszechnego”, Maciej Müller i Tomasz Ponikło wydali w Znaku książkę zaprawdę znakomitą: pod tytułem „Miłość z odzysku. Nowy związek – jak żyć w Kościele”. Misterna konstrukcja przeplata wykłady wiedzy z przykładami z życia. Wątek pierwszy dostarcza wiadomości historycznych, teologicznych i prawnych na temat katolickiej koncepcji małżeństwa i stwierdzania jego nieważności. Mamy tu też dużo informacji o dyskusji na ten temat w Kościele katolickim, między innymi o wspólnym nowatorskim stanowisku trzech biskupów niemieckich. Wątek drugi zawiera obfity materiał narracyjny i jest pasjonujący. Przedstawia historie ludzkie bardzo różne. Opowieści o rozpadaniu się pierwszych małżeństw i tworzeniu się nowych, o staraniach o kościelną akceptację tych drugich, staraniach skutecznych i nieskutecznych. O różnych ludzkich postawach: od buntu przeciw rygorom do zgody na „białe małżeństwo” jako warunek dopuszczenia do sakramentów. O działalności coraz liczniejszych duszpasterzy małżeństw niesakramentalnych.
W książce jest też rozdział bardzo ważny: jak sprawa wygląda w prawosławiu. Kwestia istotna, bo wprawdzie tak prawosławni, jak i protestanci dopuszczają rozwody, ale ci pierwsi legitymują się równie starą, jak katolicy tradycją, też uważają małżeństwo za sakrament, Watykan nie odmawia im kościelności, w ogóle są partnerem dyskusji znacznie dla Kościoła katolickiego poważniejszym. A są właśnie innego zdania.

Co mówi Pismo Święte?

Wszyscy chrześcijanie powołują się na Biblię. Dla rozwodów można tam znaleźć właściwie tylko jeden argument, tylko w jednej księdze Nowego Testamentu: Ewangelii Mateusza. W tekście analogicznym do zakazu rozwodów u Marka (10,11-12) i Łukasza (16,18) mamy nawiasowy dodatek, którego nie ma w dwóch pozostałych ewangeliach ani w odpowiednim miejscu Pawłowego 1 Listu do Koryntian (7,10-11).
Wersja Mateuszowa brzmi zatem tak (cytuję przekład ekumeniczny 11 Kościołów polskich, w tym rzymskokatolickiego, wydany przez Towarzystwo Biblijne w Polsce): „Powiedziano także: «Kto chce oddalić swoją żonę, niech jej wręczy list rozwodowy». A ja wam mówię: każdy, kto oddala swoją żonę, poza przypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo, a kto oddaloną poślubia, cudzołoży” (5,31-32). Ewangelia Mateusza wraca do tej sprawy w rozdziale 19,3-12 i tu wypowiedź Jezusa jest nawet obszerniejsza. Cytuję całą: „Wtedy przyszli do Niego faryzeusze i chcąc wystawić Go na próbę, pytali: – Czy wolno mężczyźnie rozwieść się z żoną z jakiegokolwiek powodu. On im odpowiedział: – Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku uczynił ich «jako mężczyznę i kobietę». I oznajmił: – Dlatego mężczyzna opuści ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem. Tak więc już nie są dwoje, lecz stanowią jedno. Co zatem Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Oni jednak zapytali: – To dlaczego Mojżesz pozwolił dać żonie list rozwodowy i się rozwieść? Opowiedział im: – Mojżesz pozwolił wam na rozwód z powodu zatwardziałości waszych serc. Na początku jednak tak nie było. Mówię wam: kto oddaliłby swoją żonę z innego powodu niż nierząd i poślubił inną, cudzołoży. Wtedy odezwali się Jego uczniowie: – Jeśli tak przedstawia się sprawa między mężem a żoną, to nie warto się żenić. On jednak im odpowiedział: – Nie wszyscy to rozumieją, ale tylko ci, którym jest dane.”

Można by sądzić, że Jezus przyznaje, iż Jego zakaz rozwodów jest trudny do pojęcia, ale z dalszego ciągu tekstu wynika wyraźnie, że chodzi Mu o trudną do pojęcia wyższość celibatu nad małżeństwem. Jeżeli gdzieś tu mamy jakiś „luz” moralny, to w słowach o nierządzie: to właśnie jest ten dodatek Mateuszowy, o którym napisałem. Tyle tylko, że jest on różnie rozumiany. Czy ów „nierząd” to po prostu cudzołóstwo (ewentualnie z mnogością owych cudzych łóżek), czy też to małżeństwo z punktu widzenia żydowskiego prawa nielegalne (a takie były). Na tę drugą ewentualność wskazywałby fakt, że ów dodatek „liberalizujący” jest tylko w Ewangelii Mateusza, pisanej dla Żydów.

Prawo czy miłość?

Mamy zatem w chrześcijaństwie w tej sprawie (jak i w wielu innych) dwie drogi. Zgodziłbym się je nazwać rygorystyczną i liberalną, gdyby nie to, że sprawa wydaje mi się głębsza. Jest bowiem oczywiste, że Zachód (w tym przypadku tylko katolicyzm) w przeciwieństwie do Wschodu jest w sprawach duchowych o wiele bardziej prawniczy. W końcu prawo rzymskie rzymskie jest! Stąd też dwa sposoby ułatwiania życia ludziom, którym się ono okropnie pokręciło. Kościół rzymskokatolicki znalazł sposób w prawie, prawosławny – w miłości. W znakomitej książce dwóch autorów mamy taki akapit również znakomitego teologa prawosławnego ks. Henryka Paprockiego. „Najważniejsza różnica między katolickim a prawosławnym rozumieniem małżeństwa dotyczy materii sakramentu. W katolicyzmie jest nią przysięga. W prawosławiu miłość małżonków. W wiekach V i VI toczyły się w chrześcijaństwie spory o definicję małżeństwa. Dla katolicyzmu istotną rolę odegrała definicja rzymskiego prawnika Modestyna, podkreślająca zobowiązujący charakter przysięgi, która miała dbać o majątek małżonków. Ta forma przysięgi jest niemal taka sama jak w pogańskim Cesarstwie Rzymskim. Natomiast definicja, według której to miłość czyni sakrament małżeństwa, jest autorstwa wcale nie duchownego czy teologa, ale wschodniorzymskiego cesarza Justyniana. A więc nie ma miłości, nie ma sakramentu.
Prawosławie przyjmuje, że ze względu na ułomność człowieka małżeństwo nie może być prawidłowo realizowane. Chrystus wypowiada tak zwaną klauzulę nierządu. Nierząd to szerokie pojęcie: greckie słowo porneia to nie zdrada małżeńska wprost, ale też na przykład chorobliwe zainteresowanie przeciwną płcią. W prawosławiu zdrada niszczy małżeństwo, bo podważa lub przekreśla miłość. Kościół może wtedy skonstatować ustanie łaski sakramentalnej. Małżeństwo przestało być małżeństwem chrześcijańskim: czyli związkiem opartym na łasce Bożej i miłości dwojga ludzi. Ta praktyka funkcjonowała na Wschodzie od początku istnienia chrześcijaństwa na tych terenach. Istnieją świadectwa rozwiązywania małżeństw nie tylko z powodu zdrady, ale też wieloletniej nieobecności, zaginięcia. Oczywiście, jeśli małżonkowie decydują się trwać w małżeństwie po zdradzie, ich związek nadal istnieje.
Kiedy małżonkowie czują, że ich miłość się wypaliła, informują o tym swojego proboszcza. Sprawa trafia do kurii, która decyduje, czy faktycznie można powiedzieć, czy miłość w tym związku się wypaliła i czy w wyniku tego nie jest to już małżeństwo. Prawosławie zezwala po rozwodzie na zawarcie nowego związku, który jednak już nie jest sakramentalnym małżeństwem, ale błogosławionym związkiem. Ceremonia jego zawarcia nie ma wówczas charakteru radosnego, ale pokutny (...) Warto podkreślić, że prawosławie dopuszcza tylko trzykrotny związek.”
To ostatnie istotnie warto podkreślić, bo dwie pomyłki to nie jedna i owa potrójność psuje mi trochę koncepcję prawosławną. Nie bardzo jednak: w końcu jeśli zasadą jest miłość a nie prawo, to można nawet pytać, czemu trzy a nie cztery. Nie ironizuję. Koncepcja prawosławna wydaje mi się mądrzejsza. Rzecz w tym bowiem, że mój Kościół również zdaje sobie sprawę, że ciągnięcie małżeństwa „na siłę” nie ma sensu. Stwierdzanie nieważności związku, szczególnie po obecnym poluzowaniu, pomnożeniu przyczyn owej nieważności, też przecież służy usankcjonowaniu nowego „cywilnego” małżeństwa. Zapewne nie może być to tak łatwe, jak w prawosławiu, ale furtek nie brak. A samo ujęcie owej tak skomplikowanej, głębokiej psychicznie i duchowo sprawy w sztywne rygory prawnych paragrafów wydaje mi się szczytem owego jurydyzmu, który prawosławni zarzucają mojemu Kościołowi. Chodzi mi nie tylko o to, że w takich sprawach trzeba więcej czegoś, co się w prawosławiu nazywa „ekonomią”, a co jest przeciwieństwem rachunkowego, zimnego rozumienia tego słowa w terminologii zachodniej. Po prostu odbieram rzymskokatolickie procedury w tej materii jako przysłowiowe „jezuickie wykręty”.

Wolę wersję prawosławną

Co więcej, wydaje mi się, że nowy sposób traktowania „rozwodników” nieuchronnie prowadzi do zmiany całej teologii małżeństwa. Bo jeżeli – jak się dziś z uporem podkreśla – „rozwodnicy” są dalej w Kościele, Eucharystia jest sednem Kościoła, a ekskomunika eksmisją zeń, to dlaczego nie mogą uczestniczyć w Komunii? Jest tu jakaś logiczna sprzeczność. W książce, którą tu po swojemu omawiam, ks. Jacek Prusak SJ pisze przytomnie tak:
„Odpowiedzialność za rozpad małżeństwa ponoszą zawsze dwie strony, choć z pewnością w różnym zakresie. Ponieważ nowego związku Kościół nie błogosławi, to życie w nim może być oceniane z perspektywy wiary jako „pokuta”. Tylko że jej zakończeniem, poza przypadkiem śmierci, jest albo opuszczenie takiego związku, albo potraktowanie go jako „białego małżeństwa” – na co większość takich osób się nie decyduje. Pokuta powinna mieć charakter pedagogiczny i leczniczy a nie karny – jak wyrok z dożywociem.”
Otóż to! A u odważnego zawsze współredaktora „Tygodnika Powszechnego” jest też takie oczywiście prawosławne zdanie: „Wydaje mi się, że powinno się podkreślać, że materią sakramentu jest miłość małżonków a nie przysięga.”
Rozumiem: wierność jako wielka cnota. Rozumiem też mądrą myśl mojej kuzynki Maryjki (nie radiomaryjnej jednak), że gdy człowiek zakłada, że małżeństwo jest nierozerwalne, to tak sobie je układa, żeby się nie rozerwało. Tyle że właśnie w żelazną nierozerwalność żaden Kościół już nie wierzy.
Oczywiście powyższe poglądy nie wynikają z książki Müllera i Ponikły, gdzie katoliccy księża mówią niemal jednogłośnie to, co mój Kościół hierarchiczny. A zabierają tam głos głównie bardzo otwarci duszpasterze małżeństw niesakramentalnych i to pionierzy tego ruchu, jak np. ks. Mirosław Paciuszkiewicz SJ. Oraz mój przyjaciel mądry a odważny, Józef Puciłowski OP, kończy wywiad dla lutowego „Listu”, poświęconego w całości niesakramentalnym, zamykającym sprawę akapitem: „Nie sądzę, żeby Kościół zmienił nauczanie w tej kwestii. Dzięki Bogu od kilkuset lat trzyma się tradycji, owszem, rozwija nauczanie, ale w pewnych sprawach na pewno nie powinien ustępować, bo nie może!” A może jednak może i powinien?
Jan Turnau