Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 55
W tym miesiącu: 146
W tym roku: 14825
Ogólnie: 295723

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Niewesołe myśli nad książką o generale Sosnkowskim

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
08-11-2013

Ireneusz Wojewódzki opublikował – można rzec śmiało – dzieło, budzące szacunek swym rozmiarem oraz dociekliwością oraz obfitością wykorzystanych źródeł, pod tytułem: „Kazimierz Sosnkowski podczas II wojny Światowej. Książe niezłomny czy Hamlet w mundurze” (2009, ss. 631).
Sosnkowski, dzisiaj w Polsce niemal zapomniany, był niewątpliwie wybitną postacią. Odegrał znaczną rolę przy boku Piłsudskiego w Legionach i w wojnie 1920 roku, lecz po maju 1926 r. był spychany na margines polskiego życia politycznego, ponieważ nie wykazał ślepej wierności Komendantowi podczas rokoszu majowego, próbując co więcej popełnić „honorowe” samobójstwo! Dlatego, zapewne, pozostał, podobnie jak gen. Sikorski bez przydziału wojennego we wrześniu 1939 r., lecz w przeciwieństwie do niego objął faktycznie dowództwo nad resztkami rozbitej armii Południa, przebijając się dzielnie do Lwowa. Po inwazji sowieckiej przekrada się w małej grupie wojskowych przez Karpaty na Węgry i dostaje się wkrótce do Francji, zbyt jednak późno, by zostać prezydentem Polski na obczyźnie (zgodnie z konstytucją kwietniową z 1935 roku). Nie ubiega się zresztą o zaszczyty czy władzę; wykazał się jednak nieskazitelną postawą w II RP i udziałem w walkach Września, zostaje więc Naczelnym Wodzem odradzającego się wojska polskiego na obczyźnie i w Kraju, współpracując lojalnie z premierem rządu Władysławem Sikorskim i prezydentem RP Władysławem Raczkiewiczem.
Osobowość bohatera książki, jak przedstawia ją autor jest złożona: wykształcony lepiej niż przeciętny polski generał, o zainteresowaniach literackich, w tym i poezją, wybitnie inteligentny o analitycznym umyśle, w konsekwencji pełen wahań, co utrudnia mu niekiedy podjęcie decyzji; jednocześnie legalista, przywiązujący wagę do dokumentacji, pism i memoriałów, co jeden z jego współpracowników tłumaczy wrażliwością w kwestii własnej historycznej roli (s. 251). Wykazuje jednak realizm w ocenie polityki zagranicznej Związku Sowieckiego, lecz i nadmierną wiarę w zasady moralne i imponderabilia w polityce państw zachodnich, oskarżając je w końcu o zdradę polskiego sojusznika (!), zaś jego odwoływanie się do sumienia świata (jakby ten miał sumienie!) trąci utopijnością, podobnie zresztą jak i wiara w wybuch III wojny światowej, która zapewni Polsce pełną niepodległość, z… Lwowem i Wilnem! Było to zresztą powszechne niemal przekonanie całego społeczeństwa polskiego, typowe „myślenie życzeniowe” (wishful thinking), wynikające ze słabej znajomości zarówno polityki międzynarodowej jak i mentalności Anglosasów. W przypadku polskich polityków, budujących na tym swe koncepcje i działania, stanowiło dowód ich niedojrzałości politycznej. Lecz takie było właśnie psychologiczne podłoże stałej opozycji Sosnkowskiego wobec układów z Rosją Sowiecką (Sikorski-Majski – 30 lipca 1941 r.) i spodziewanej utraty Lwowa i Wilna (22 lutego 1944 r. Churchill oświadczył w Izbie Gminy, a wiec oficjalnie, że Wielka Brytania nigdy nie gwarantowała Polsce jej granic, a ustalenie ich na linii Curzona jest słuszne, pisze autor (s. 373), gdy Sosnkowski uznawał jedynie za legalną granicę ustaloną w traktacie pokojowym w Rydze w 1920 r. Dodajmy, iż ten polski brak realizmu politycznego w I połowie XX w. występował i poprzednio, w XIX w., skoro np. powstańcy z 1863 r. domagali się granicy na Wschodzie z 1772 r., a więc sprzed I rozbioru. Lecz Sosnkowski wysuwał dwa merytoryczne argumenty przeciwko ugodzie Sikorski-Majski: po pierwsze, układ ten czyni otwartą sprawę granicy wschodniej; po drugie, zwalnia Wielką Brytanię „dobrowolnie i za darmo z zobowiązań moralnych i politycznych do obrony polskiego stanu posiadania sprzed wojny” (ss. 259-260).

Wśród potępieńczych swarów emigracyjnych w Anglii Sosnkowski buduje powoli swój autorytet popierany przez tych, którzy krytykowali Sikorskiego i jego zwolenników, oraz byli przeciwni porozumieniu z Rosją; wśród nich znaczną rolę odgrywali, powiązani przeszłością, piłsudczycy, którzy mieli zresztą za złe Sosnkowskiemu, że odcinał się od sanacyjnej przeszłości.

Podział na zwolenników dwóch „trumien”: Dmowskiego i Piłsudskiego silniej charakteryzował obraz polityczny londyńskiej emigracji niż istniejące oficjalnie 4 partie: PPS, ludowcy (Mikołajczyk), Stronnictwo Pracy (Popiel) i endecja (Bielecki). Dla zwolenników drugiej trumny Sosnkowski był za mało (!) piłsudczykiem (zbliżał się nawet faktycznie do narodowców Bieleckiego), domagając się od niego, by „uderzył wreszcie pięścią w stół” (podobnie jak czynił to niekiedy Piłsudski – Red.), nie precyzując jednak, w jaki stół, bo od międzynarodowego, a ściślej alianckiego, Polacy byli już całkowicie wyłączeni; a uderzenie w „stół emigracyjny” było, oczywiście, bez znaczenia: Alianci nawet nie raczyli ze względów kurtuazyjnych informować emigracyjny rząd polski o wynikach różnych narad czy konferencji np. w Jałcie! Pozostały nasze puste gesty lub co gorsze takie, niestety, wobec miękkiej polityki emigracyjnych władz, protesty jak publiczne spoliczkowanie Prezydenta Raczkiewicza przez jednego z „prawdziwych” Polaków (s. 606, przyp. 1589). Odpryskiem tych emocji są próby tworzenia przez młodych oficerów organizacji konspiracyjnej (owo znane „liberum conspiro”, tak potępiane przez krakowską Szkołę Historyczną przed I wojną), z czym zwrócono się o „patronat” do Sosnkowskiego, który oczywiście odmówił swego poparcia; jeszcze gorszym odpryskiem była agresywność polityczna grupy oficerów sanacyjnych (m.in. skompromitowanego we wrześniu 1939 r. gen. Dąb Biernackiego), których Sikorski musiał nawet internować w jednym z obozów wojskowych w Szkocji (lecz o nieporównywalnie łagodniejszym reżimie niż przedwojenny w Berezie Kartuskiej). Lecz opozycyjna postawa Sosnkowskiego wobec zawartego porozumienia z Rosją Sowiecką staje się dla wielu Polaków „symbolem honoru i niepodległości” Polski.
Nie popierali go natomiast Polacy deportowani do Związku Sowieckiego, bo dla nich Sikorski a nie Sosnkowski był wybawicielem i nadzieją powrotu do Polski. Ich tęsknota za nią była autentyczna i silniejsza niż „londyńska”, w której partyjne rozgrywki i frustracje antysanacyjne zaciemniały często zdrowy rozsądek a niekiedy nawet osłabiały polski zmysł państwowy (pomijając tu naszych żołnierzy walczących na różnych frontach wojny).

Ogólnie można zaryzykować, na podstawie książki Wojewódzkiego, tezę, iż stan emigracji londyńskiej dobrze oddają gorzkie słowa Norwida: „Jesteśmy żadnym społeczeństwem, jesteśmy sztandarem narodowym”, bo cała emigracja była solidarna w jednym: antyniemieckości i antyrosyjskości, o motywacji głównie emocjonalnej. Warto jeszcze zacytować tu słowa samego Sosnkowskiego, który dostrzegając szerzącą się wśród emigracji demoralizację, proponuje rozsądne wspieranie emigrantów przez dawanie wędki a nie ryby, oburzając się, jak relacjonuje to jego adiutant płk Demel, że „Skarb Polski… w swoim budżecie umiał znaleźć 173 tys. funtów na opiekę nad rozleniwioną emigracją, a odmawia kilkunastu tysięcy… dla tych, którzy pełnią w kraju bohaterską i pełną poświęceń służbę” (s. 157). Generał grozi więc swoją dymisją… A szerzące się zło ostro piętnuje: „Cóż za wstrętne świństwa dzieją się na tej emigracji… kiedyś za to wszystko składać będą ciężkie rachunki” (s. 157; i tu się niestety mylił – Red.).

I na marginesie: emigracja londyńska jest ciekawym socjologicznie zjawiskiem. Pomijając tu skrywaną starannie chęć zapewnienia sobie stanowisk w przyszłej wolnej naprawdę Polsce (chęć zresztą zrozumiała, choć nie zawsze zasługująca na usprawiedliwienie), co z kolei zależało od przyszłego układu w niej sił polityczno-partyjnych, to zapewne decydowały tu dwa emocjonalne czynniki (pomijając znowu przypadki skrajnej nienawiści do sanacji, np. zwolnionego przed wojną z Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Kota): pierwszy, to brak pewnej wielkoduszności ze strony grupy skupionej wokół gen. Sikorskiego wobec swych przedwojennych przeciwników politycznych, odsuniętych na emigracji od rządzenia, a w przypadkach ich agresywnego zachowania izolowanych – jak już wspomniano – w obozie w Szkocji; drugi, to brak u po-sanacyjnych polityków nawet śladu pewnej skruchy za pomajowe brutalne rządy oraz za zaniedbania przygotowań do obrony kraju, przy butnych zapewnieniach, iż ograniczenie w II RP wolności i praw obywatelskich jest ceną za militarne przygotowanie kraju na przypadek wojny. A gdy czytelnik w Kraju ma przed oczyma jego walkę o przetrwanie, często na pograniczu śmierci, to opis emigracyjnych „potępieńczych swarów” musi budzić nawet oburzenie. Tym bardziej, ze na emigracji londyńskiej żyło się bezpiecznie, a niektórzy Polacy potrafili nawet nieźle materialnie się urządzić.

Sam Sosnkowski był głęboko przekonany o doniosłej i uzdrowieńczej roli wojska (w tym i Związku Walki Czynnej – ZWZ, przekształconej 14 lutego 1942 r. w Armię Krajową), mimo przecież drastycznego przykładu nieudolności rządów wojskowych w II RP. Lecz, paradoksalnie, nieustępliwie i słusznie walczył przeciwko próbom upartyjnienia ZWZ i AK, nie wierząc w ich rzekomą „sanacyjność”, o czym było z kolei przekonanych wielu emigracyjnych polityków skupionych wokół Sikorskiego jak np. prof. Kot, lub poza nim np. Grabski czy Mikołajczyk.

Odwoływanie się w tej drażliwej kwestii do raportów konspiracyjnych z kraju bądź nawet prób sondaży politycznych, wydaje się dzisiaj mało poważne, choćby ze względu na trudne wojenne warunki łączności Londynu z krajem, oraz minimalną znajomość sporów emigracyjnych, i to w warunkach walki społeczeństwa o biologiczne przetrwanie.

I tu autor książki ujawnia sprawę ważną dla charakterystyki gen. Sosnkowskiego: jego troskę o ochronę biologicznej substancji narodu. Był zdecydowanym przeciwnikiem powstania w okupowanej Polsce m. in. mówiąc: „Anglicy chcą, abyśmy robili powstania w Polsce na korzyść Rosji Sowieckiej”. Jakże trafne słowa dzielnego i mądrego żołnierza i dowódcy, tak odmienne od rozpalonych patriotyzmem (bez „współczynnika racjonalnego”) przywódców AK w kraju. Niestety, zabrakło polskiemu „Hamletowi w mundurze” odwagi cywilnej, by wydać zakaz urządzania powstania w Warszawie bez uzgodnienia z dowództwem sowieckim (!). Wykazał tu zmysł realizmu obcy na ogół naszym cywilnym i wojskowym politykom w Kraju…. Lecz obie te sprawy, przede wszystkim jednak opór wobec pro-sowieckiej polityki Sikorskiego, budziły niechęć Anglików do Sosnkowskiego a sympatię do kompromisowego Sikorskiego. Bezwarunkowe popieranie Związku Sowieckiego, również kosztem Polski, pozwalało oszczędzać krew obywateli Imperium Brytyjskiego. I Sosnkowski spotykał się nie tylko z krytyką czy złośliwymi uwagami w mediach amerykańsko-angielskich, lecz nawet z próbami dyskryminacji (np. odmowa wizy angielskiej przy powrocie na Wyspę z wizyty prywatnej u synów kształcących się w Kanadzie).
Lecz stanowcza opozycja wobec Związku Sowieckiego, która przysparzała mu popularności wśród polskiej emigracji w Anglii i USA, czyniła go mało popularnym wśród setek tysięcy Polaków deportowanych do Rosji. Ewentualny brak porozumienia z drugim okupantem Polski zagrażał dłuższą niewolą czy śmiercią Polakom więzionym w Rosji. Nie było dobrego rozwiązania i odwieczny dylemat polskiej polityki, czy bronić nieugięcie zasad i prawa międzynarodowego z myślą o przyszłości (zwykle dalekiej i niepewnej), czy iść na kompromisy dla doraźnych korzyści nadal był aktualny; pierwsze stanowisko reprezentował Sosnkowski, drugie – Sikorski.
Niespodziewana tragiczna śmierć gen. Sikorskiego, która zapewni mu miejsce w grobach królewskich na Wawelu (czy słusznie?), wyniosła Sosnkowskiego ponownie, choć przejściowo, do najwyższych godności w rządzie emigracyjnym. Ostatecznie jednak, pod cichym naciskiem angielskiego sojusznika, zdymisjonowany z funkcji naczelnego wodza, wyjechał do Kanady, gdzie ciężko pracując na zakupionej małej farmie, wspomagany jednak, na szczęście materialnie przez przyjaciół, nie wyłącza się z udziału w życiu publicznym i nie zmienia swego stosunku do Związku Sowieckiego; przewiduje dobrze najbliższe losy Polski, lecz już nie rozkład imperium Sowieckiego od wewnątrz, a więc bez III wojny światowej, w którą tak jaki inni Polacy, gorąco wierzył. Zmarł w Kanadzie w 1969 r. Dobrze swym życiem zasłużył się Polsce.

Zbigniew T. Wierzbicki