Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 637
W tym miesiącu: 4524
W tym roku: 72594
Ogólnie: 547004

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Zygmunt Komorowski - Obrazki z zapomnianej wileńskiej partyzantki, cz. 2

Autor: admin
09-01-2014

Autor wspomnień z walk partyzanckich na Wileńszczyżnie, ojciec obecnego Prezydenta RP, urodził się w 1925 r. na Litwie Kowieńskiej, jako młody chłopak brał udział w walkach przeciwko Niemcom w 26 pp AK; dosłużył się stopnia podporucznika i trzech krzyży: Walecznych, Armii Krajowej i Partyzanckiego, a w III RP - Złotego Krzyża Zasługi. Przez przypadek uniknął aresztowania przez Niemców, lecz zamiast niego Niemcy aresztowali młodszego, 16-letniego brata, Bronisława, i po okrutnym śledztwie rozstrzelali go w Ponarach. Zygmunt wymknął się Sowietom dzięki napotkanemu oddziałowi „Kościuszkowców”, z którym dostał się na zachodnie ziemie Polski, gdzie się początkowo ukrywał. Ukończył socjologię, a po pracy habilitacyjnej już jako profesor pracował na UW w Instytucie Krajów Rozwijających się – Studium Afrykanistycznym; opublikował książkę „Kultury Czarnej Afryki”. Pasjonował się Afryką i podróżami, które rzadko udało mu się realizować w PRL-u. Publikował wiersze. W 1990 r. został ambasadorem w Rumunii. Zmarł w 1992 r.

Tuż po zachodzie słońca, wieczorem z dziewiętnastego na dwudziesty, pluton „Zygmunta” odłączył się od głównych sił. Przemierzył parę kilometrów mokrych, łąkowych, a później piaszczystych drożyn i pod przykrywą zmierzchu, wszedł na szosę. Nie przyzwyczajone od miesięcy do tego, nogi chłopców znalazły się raptem na twardej, równej nawierzchni. Stojące w regularnych odstępach słupy telefoniczne szemrały tutaj opowieść o urządzeniach sprawnych, o lampach elektrycznych i łazienkach, o dziewczynach ubranych po miejsku, autobusach i pociągach... Wijąca się w mrokach wstęga wiodła stąd kędyś w cywilizowany świat.
„Rozbitek” szedł na szperacza. Przygięty, bezszelestny, ze wzrokiem kocim, z odbezpieczonym karabinem w ręku. W lewo od szosy, za pasemkiem wolnej przestrzeni majaczył las. Wionęły stamtąd oddechy ciepłej, wiosennej wilgoci – i niosło się śpiewanie słowików…
Pluton posuwał się rzędem, gęsiego – zasłuchany i skupiony w sobie. Niekiedy tylko stuknął kopnięty nieostrożnie kamyk, albo zgrzytnęła, pod czyjąś podeszwą, gruboziarnistość żwiru.
Zatrzymano się dopiero przy bielejącym płocie jakiejś mrocznej zagrody – w miejscu, w którym szosa, wpadłszy w niewielki zagajnik, z nagła wykręcała literę „S”. Szybko, bez hałasu zajęto i ubezpieczono przygodną kwaterę, przyszłą pozycję. Zasięgnięto informacji. Gospodarzowi polecono uciszyć rozszczekanego psa. Po czym posilono się kwaśnym mlekiem i zabrano do prac przygotowawczych.
Leżące przy chlewie bierwiona budulcowe przeniosły się w ciemnościach pod płot, nad drogę, tworząc tam świetnie zamaskowany wał ochronny. Na strych domu mieszkalnego wjechały worki z ziemią. Ułożono z nich, przy koślawym okienku, kunsztowną osłonę gniazdo dla obsługi „Balbinka”. Na wprost zaś otwartych wrot, na podwórzu, stanął wóz załadowany długimi belkami – czekająca na wytoczenie „kołowa” zapora. Równocześnie, jedna drużyna partyzantów przeszła na drugą stronę szosy – na przewidywane tyły nieprzyjaciela. Wykopała tam sobie, o kilkadziesiąt metrów w krzakach, coś w rodzaju okopu.
Po skończonej robocie, chłopcy pokładli się, gdzie który mógł i posnęli lub leżeli starając się zasnąć. Warowały tylko czujki i obserwatorzy – alarmowi. Do ranka trzeba było czekać i wypoczywać. Przejazd Niemców przewidywany był bowiem, dopiero około godziny dziesiątej lub nawet jedenastej. Jak mówił gospodarz kwatery, Niemcy jeździli tędy codziennie, czasem jednym, a czasem dwoma samochodami – z Radunia do kładki, przy spalonym moście nad Pelasą... Wymieniali tam pocztę i jakieś ładunki ze swoim patrolem przybywającym naprzeciw, z drugiej strony, od Zabłocia. Uzbrojeni byli zawsze dobrze w karabiny maszynowe i automaty.
Czas płynął, księżyc wzeszedł, słowiki śpiewały. Potem świtało i rozjaśniło się. Zaczęło grzać słońce.
Od godziny ósmej zaczęto się niecierpliwić. „Zygmunt” co chwilę spoglądał na zegarek, a chłopcy nieustannie wspinali się do punktu obserwacyjnego, na strych, gapić się na perspektywę szosy. Wreszcie rozległ się krzyk:
– Alarm! – Samochód widać!
Porwali się wszyscy i popędzili na zawczasu wyznaczone stanowiska. Przypadli tam odbezpieczając broń...
Warkot, niczego nie przeczuwającej ciężarówki zbliżał się. Szosą w obłoku kurzu, podskakując na wybojach, toczył się potężny „Mercedes”. „Zygmunt”, schylony za sążniem pniaków, uniósł się:
– Na moją komendę – pluton – ognia!...
Sypnęły się strzały, zagdakał erkaem. „Rozbitek” pociągnął cyngiel raz – niewypał. Zarepetował, wymierzył – znowu niewypał – Pech! A dowódca już wołał – Za mną! – i przeskakiwał płot. Umilkła strzelanina, skoczyli chłopcy. Skoczył i „Rozbitek”. Miał długie nogi. Rwał przed siebie nie oglądając się – wprost na auto, które stało przechylone na bok, nad rowem. Drzwiczki szoferki były otwarte... Na szosie leżały dwie postacie ludzkie. Jedna nieruchoma – ktoś zabity i druga szamocząca się w bólu – ktoś ranny.
Z samochodu, nad krawędź szarozielonej skrzyni, podniosło się kilka par dłoni. Niewidoczni, skryci tam na dnie żołnierze-okupanci prosili o „pardon”.
– Rozbrajać! – komenderował skądś zziajany głos.
Jakiś rudy Niemiec podał „Rozbitkowi” parę granatów. Spieszył się, a ręce mu się trzęsły. „Rozbitek” chciał się rozejrzeć jeszcze za czymś lepszym – za jakimś pistoletem dla siebie, ale w tejże chwili do wozu dopadli i inni chłopcy, a „Zygmunt” wydał nowy rozkaz:
– „Laufer” i „Rozbitek” – opatrzyć rannych!
Oczywiście chodziło tu o postrzelonych wrogów, gdyż ze swoich nikt nie miał nawet draśnięcia. Jedyna, przedagonijna seria niemieckiego kaemu ugrzęzła ślepo w ścianach chałupy, nikomu nie szkodząc – szybko przerwana przez walącego z góry „Balbinka”.
A wobec rozbrojonych wrogów – wobec ich rannych i zabitych, okazano tyle bezinteresownej rycerskości, że Niemcy, zrazu tylko roztrzęsieni i wylękli, później dziękowali z prawdziwym podziwem w oczach.
Dowódca nieprzyjacielski poległ. Szofer miał przestrzelone kolano i siedząc na ziemi, wył na pół zwierzęcym głosem. Niefortunny zaś celowniczy karabinu maszynowego leżał na platformie cicho, z przestrzeloną klatką piersiową i dziurą w plecach...
Polowy łapiduch „Laufer” wyjął z torby bandaże i obaj z „Rozbitkiem” zaczęli zakładać opatrunki. Następnie, już także i przy pomocy sanitariusza niemieckiego, młodego, może dziewiętnastoletniego chłopca, przenieśli ostrożnie rannych do domu i ułożyli na łóżkach. Tam zrobiono im zastrzyki kamforowe – poświęcając dwie, z nielicznych, posiadanych w oddziałowej apteczce, ampułek tego cennego środka. Zajęto się również zabitym.
Gospodarz chałupy otrzymał polecenie opiekowania się Niemcami i odwiezienia – po upływie godziny – obu rannych i trupa, na posterunek do Radunia, który właśnie tego samego dnia (o czym jednak nasi chłopcy nie wiedzieli) miał być zdobyty wypadem innych polskich oddziałów.
Tymczasem „Zygmunt” nie marudził, wskoczył na samochód i popędził do odległej o kilka kilometrów kładki, na spotkanie drugiej grupy Niemców. Tylko zakurzyło się na szosie i porozumiewawczo chrząknął klakson. Reszta plutonu pospieszyła z tyłu pieszo.
Tym razem nie udało się pełne zaskoczenie. Wróg był już zaalarmowany odgłosem poprzednich strzałów. Gdy partyzanci wyskoczyli nad rzeczką z maszyny, z drugiego brzegu natychmiast przywitano ich ogniem na szczęście nerwowym i niecelnym.
Ale to nic. Zwycięski impet nie łatwo jest powstrzymać. Oddziałek „Zygmunta”, choć liczebnie słabszy, na ogień odpowiedział również ogniem – i nie przestając strzelać, z miejsca natarł.
Naprzód! – Poszli jak w dym – przez kładkę, przez wodę. To zdecydowało o zwycięstwie, gdyż Niemcy niepewnie czujący się z dala od swojej bazy, w obcym terenie, nie wytrzymali nerwowo. Paru rzuciło się zaraz do ucieczki, reszta podniosła ręce. Na ziemi leżeli znowu ich ranni i zabici. Po stronie polskiej nie było żadnych ofiar. Udało się.
Z wyprawy pluton wracał od wsi Sołtaniszki na podwodach. Chłopcy byli zmęczeni, dumni i szczęśliwi... Konie parskały na pomyślność.
I wtedy „Rozbitek” przypomniał sobie. – Noc majowa z dziewiętnastego na dwudziesty – pierwsza rocznica aresztowania brata.
Wówczas, przed rokiem, na przedmieściach Wilna, nad Wilią, także śpiewały słowiki. Potem, zapewne rano, Gestapo przesłuchiwało polskich żołnierzyków z konspiracyjnej kompanii „San”. Brat miał lat szesnaście i był bezbronny – bezbronni byli też wszyscy jego koledzy... Dziwny zbieg okoliczności.
Zmierzchało się. Podwody trzęsły. „Rozbitek” patrzył na rozkwitające łunami zachodu niebo. Obok siedzący „Laufer” wybębniał jakiegoś marsza na pokrywie swojej pękatej, sanitarnej torby. Kędyś, od kępy olszyn, dobiegło znowu kląskanie słowika.
W czerwcu rozkwitały łąki. Szły upały. Wtedy – wspólnie z batalionem „Krysia” brygada uderzyła na pograniczne obszary włączone do tzw. Reichu. Wśród huku eksplodujących min moździerzowych, padły umocnione posterunki Grenzschutzu w Kaszetach i Rudawie.
Niemcy próbowali pomścić się za to, przy pomocy lotnictwa. Zbombardowali las, do którego wieczorem skryły się partyzanckie kolumny unosząc łup. Bomby strzaskały kilka pni sosnowych, rozrzuciły mchy i igliwie – i tyle. Partyzanci zobaczyli tylko jak wygląda nalot.
Potem, aż do lipca były koncentracje, przeglądy i przemarsze. Wrócono znowu na stare, znajome tereny, gdzie teraz gospodarzem był „Szczerbiec”. Szumiała tam „Zmotoryzowana Rzeczpospolita” licznych patroli samochodowych.

Wreszcie rozpoczęła się z dawna wymarzona akcja na Wilno.
Co prawda Brygada nie wzięła w niej bezpośredniego udziału, stając w obronie sztabu w Wołkorabiszkach, ale i tu jednak zdarzała się robota. Dochodziło do starć z przewalającymi się z frontu, od wschodu, grupami nieprzyjaciela. Trzecia kompania rozbiła na szosie oszmiańskiej konwój i wyzwoliła przeszło tysiąc jeńców – żołnierzy rosyjskich, włoskich i jugosłowiańskich. Zwiad konny pod Kamionką, wsparł krytycznie zagrożony przedni zagon armii sowieckiej... Z daleka entuzjazmowano się przewagami innych brygad – „Szczerbca”, „Pala”, „Uderzenia” i „Nietoperza”... i gryziono się wielkimi stratami. Obserwowano z ukrycia eskadry wrogich samolotów – ach, żeby mieć choć parę zenitówek!
Wilno zostało wreszcie zdobyte. Front przeleciał i oddalił się. Do Brygady przyjeżdżali teraz sowieccy wyżsi oficerowie z komplementami.
Siły rosły. Przybywali nowi ochotnicy – przybywała broń ze zdobytych magazynów. Radowano się samochodami, działami, ba, nawet jednym starym czołgiem... Tłumy mieszczuchów przypinały sobie teraz białoczerwone opaski. Wojsko partyzanckie mnożyło się – rozśpiewane, buńczuczne.
„Przebojem iść, a los musi iść z nami,
A jeśli nie, to przełamiemy los...”
Nużąca i denerwująca była tylko nastała nagła bezczynność. Dziwna cisza bez akcji i jakichkolwiek przedsięwzięć. Śpiew – bez cekaemów bicia. Wciąż te same kwatery. Wciąż te same koleżeńskie dyskusje – i dziwne, niezrozumiałe odcięcie od dalekiego świata, od boju i od oczekiwanych sprzymierzeńców.
Z nudów opowiadano sobie kawały, grano w karty, śpiewano.
,, O Marianno...
Gdybyś była zakochaną
Nie spałabyś w tę noc...”
– zaciągał „Biały” sentymentalnym głosem.
„bo wszy by ci nie dały.” – wpadał „Mruk” w tok melodii, nie przerywając zawziętego polowania w swojej koszuli.
Aż raptem wszystko prysło. Posypały się zawody, ciosy i klęski – i trzeba było odłożyć broń i pójść w niewolę lub rozsypkę. Zamierzenia i nadzieje zgasły. Zapewniający zdradzili. Ostatnim jeszcze błyskiem siły było przerwanie się części paru brygad do Puszczy Rudnickiej, ale tam musiano zostawić tabory z bronią ciężką i amunicją i zejść na ścieżki dzikiego zwierza, na trzęsawiska i bezludne, głodne gąszcze.
Las nie był teraz dawnym sprzymierzeńcem. Odwracał się od pokonanych, straszył. Spod nóg zrywały się, z łopotem skrzydeł, ogromne, ciemne głuszce. Spalenizną cuchnęły pożary wśród rojstów. Knieja wiała zawodem i beznadziejnością.
Jeszcze ostatni raz, na łąkach, w puszczy, pod Sobakińcami, w miejscu pamiętnym z powstania styczniowego – „Zygmunt” poprowadził cały swój pluton do natarcia i spędził wrogów zaczajonych w zasadzce. Ale nie był to już triumf – tylko przebicie się.
Czternastego sierpnia odprawiono w leśnym uroczysku ostatnią mszę polową, w której uczestniczyło jeszcze zebranych razem kilkuset partyzantów. Modlono się o przetrwanie.
Piątego września zginął polski erkaem „Balbinek”. W obronie jego padł tylko jeden strzał – i to nie celny. Może zresztą nawet i lepiej, że nie celny.
„Zygmunt” w samokilku podobno przebił się pod Warszawę...
Zgasło partyzanckie ognisko. Płomień zdławił but przemocy – zarzewie rozwiała wichura historii. Rozsypały się iskry, poleciały po świecie – potoczyły nowymi, nieznanymi drogami...
„By stał się twierdzą nowej siły
Nasz dom, nasz kraj…!”
Zygmunt Komorowski
11 marca 1953 r. Dolny Śląsk
Zdjęcie na okładce numeru przedstawia pożegnanie z Matką przed odejściem Autora do partyzantki