Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 57
W tym miesiącu: 148
W tym roku: 14827
Ogólnie: 295725

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Jak w PRL-u aresztowano profesorów wyższych uczelni uznanych za „wrogów ludu”

Autor: admin
16-01-2014

(na przykładzie Feliksa Tadeusza Świątka – profesora Wolnej Wszechnicy Polskiej w Warszawie)
Dochodziła druga w nocy, z 24 na 25 listopada 1948 r., kiedy niespodziewanie obudził mnie niesamowity łomot do drzwi, jakiego nigdy dotąd, i nigdy później, nie słyszałem. Raptownie rozbudzony, wsłuchiwałem się w złowróżbny odgłos, a serce łomotało mi w piersi i podchodziło ze strachu do gardła. Z przerażenia bałem się nawet poruszyć. Pierwsza na ów odgłos zareagowała moja dwuletnia siostra – Ewa (ur. 8.11.1946), wybuchem spazmatycznego płaczu. Po chwili do pokoju, w którym spaliśmy wpadła nasza służąca Maria nerwowo mocując się z rękawami grubego szlafroka. Otrzymawszy od mamy polecenie otwarcia drzwi wycofała się, nie bez strachu, z powrotem do przedpokoju. Nim zwolniła drzwi z zasuwy, dały się słyszeć trzy strzały, wyraźnie w nie wycelowane, odbite echem z klatki schodowej. Kiedy ucichł odgłos strzałów, drzwi zostały otwarte z hukiem i do mieszkania wdarli się jacyś ludzie w białych prochowcach z gotowymi do strzału, odbezpieczonymi, rewolwerami w rękach. Myślałem, że zostaliśmy napadnięci?
Ojciec* musiał się ich chyba spodziewać, bo był już prawie ubrany. Poprawiał sobie przed lustrem węzeł krawata pod brodą. Mama, trzymając na ręku zanoszącą się spazmatycznym płaczem siostrę, wyszła do przedpokoju, by zobaczyć, kto wchodzi. Nie było żadnego powitania, tylko tupot podkutych wysokich butów. Zgraja UB-wców, która pod osłoną nocy wdarła się do naszego mieszkania rozpierzchła się po nim siejąc spustoszenie. Dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn otoczyło ojca i pośród zgiełku walących się na podłogę potrąconych krzeseł, wieszaków i waliz wyrzucanych z szafy oraz szuflad z komód, prowadzili z nim „konwersację”. Niestety nie słyszałem ani słowa z ich rozmowy, nie rozumiałem też tego, co się w ogóle stało.
Przetrząsali szuflady, wyrzucając ich zawartość na podłogę. Metalowymi szpikulcami pikowali tapicerkę miękkich mebli: otomany i krzeseł. Po takiej „operacji” wyglądały one jak po przejściu tornada. Spoza strzępów materiałów obiciowych wysuwały się sprężyny i końskie włosie. Nie oszczędzono nawet wiklinowego łóżeczka mej siostry, które dosłownie się rozleciało. Następnie ubowskie zbiry zabrały się za wiszące na ścianach obrazy, a nie chcąc tracić czasu na ich zdejmowanie ze ścian, zaczęli do nich po prostu strzelać, celując w haczyk na ścianie. Toteż w oka mgnieniu w całym mieszkaniu rozpętała się istna kanonada. Na nas, jako świadkach i obserwatorach, zrobiła piorunujące wrażenie…
Z tego incydentu pozostał mi w pamięci mały epizod. W pewnym momencie ze strachu przed strzelaniną schroniłem się do ciemnego pomieszczenia kuchennego. Pod żeliwnymi fajerkami blatu dogasał już ogień. Kiedy rozglądałem się po ciemnej kuchni, w której jedynym dźwiękiem było tykanie wiszącego na ścianie zegara, weszła do niej niespodziewanie, i w dodatku cicho jak zjawa, nasza służąca Maria. W pierwszej chwili się przestraszyłem. Gdy ochłonąłem, usłyszałem jej prośbę wypowiedzianą szeptem, żebym wziął od niej na chwilę papiery, skrywane pod szlafrokiem, a ona odsunie pogrzebaczem fajerkę, Ściskałem więc w rękach jakiś gruby pakiet kartek, czekając aż ona odsunie ową fajerkę i zacznie kartka po kartce wkładać je do dogasającego ognia. Szczęśliwie cała operacja się udała, nim ktoś raptownie otworzył drzwi do kuchni. Stanął w nich wysoki mężczyzna z bronią w ręku. W przyćmionym świetle żyrandola wiszącego w przedpokoju, wydawał się ogromny i niesamowity. Oswoiwszy się z ciemnością zobaczył nas i zapalił raptownie światło. Co to za spisek? – wrzasnął! Nic nie odpowiedzieliśmy, mrużąc jedynie oczy i drżąc z wrażenia. Służąca nerwowo dosunęła pogrzebaczem fajerki. Wtedy on zapytał, co żeśmy palili. Ja byłem sparaliżowany strachem, więc odpowiedziała mu służąca: że nic nie palimy, tylko wygaszamy ogień. Popatrzył chwilę na nas z niedowierzaniem i odszedł nie zamknąwszy za sobą drzwi. Po chwili Maria zgasiła z powrotem światło i w kuchni zapanował półmrok rozjaśniony dopalającymi się papierami i dochodzącym z przedpokoju światłem wiszącej tam lampy.
Nad ranem ludzie którzy nam to piekło zgotowali, nagle przerwali swoje czynności i odeszli. Zabierając ze sobą ojca. Pamiętam, że pobiegliśmy wszyscy do kuchennego okna, wychodzącego na ulicę, żeby zobaczyć jak idą przez podwórko. Przyklejony nosem do szyby klęczałem na krześle, za mną stała mama trzymająca na ręku siostrę, wykrzykującą w spazmatycznym płaczu swoje: pa, pa, tata, i służąca. W dole, w szarości budzącego się poranka, szedł ojciec w czarnej jesionce-dyplomatce, z obszytym czarnym aksamitem wąskim kołnierzem, w ciemnoszarym kapeluszu, odwrócony do nas plecami. Otoczony mężczyznami w białych prochowcach, z rewolwerami w dłoniach – przemierzał dzielące od ulicy podwórze. Kiedy na moment się zatrzymał, by zapewne spojrzeć w górę, ku oknu na drugim piętrze, w którym się tłoczyliśmy, został popchnięty przez jednego ze zbirów. W ułamkach sekund znalazł się przy furtce i wyszedłszy przez nią na ul. Belgijską, zniknął nam z oczu, wraz ze swoją eskortą. Po chwili za ową bramą rozbłysły reflektory, zrozumieliśmy, że czekały tam samochody. Momentu wsiadania do nich nie zobaczyłem, ale gdy ruszyły, pamiętam ich odjazd w kierunku Puławskiej. Dopiero kilka lat później, zapamiętane kształty owych aut, zacząłem identyfikować jako citroeny. Tej marki samochodami posługiwali się pracownicy Służby Bezpieczeństwa. Do dzisiaj budzą one we mnie grozę i odrazę, z której nie potrafię się wyzwolić...
Ojciec przeżył swoją katorgę, przeszedłszy przez więzienia: pod Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego u zbiegu Al. Ujazdowskich i Koszykowej, Mokotów (ul. Rakowiecka), Wronki i Rawicz. Zapadłe wobec niego wyroki, począwszy od 20 lat pozbawienia wolności, ulegały złagodzeniu, początkowo na 15 i w końcu 10 lat więzienia. Wkrótce po zapadnięciu tego ostatniego wyroku został zwolniony... „dla podratowania zdrowia, przed odbyciem dalszego ciągu kary”, niespodziewanie dla siebie samego oraz rodziny, 9 stycznia 1955 r. Zmarł 31 stycznia 1966 r., przeżywszy 59 lat, był odznaczony Krzyżem Walecznych i Złotym Krzyżem Zasługi z Mieczami, a pośmiertnie Warszawskim Krzyżem Powstańczym. Mama zaś urodzona w 1916 r. zm. w 2000 r. Pozostała bezpartyjna i nie dała się zastraszyć kolejnymi decyzjami wysiedlenia z Warszawy (1951, 1953, 1954), do której jej pradziad – Karol Fryderyk Rohde przybył w czasach panowania Augusta III Sasa.

Wspomnienie z dzieciństwa przysłał syn Feliksa Świątka, Tadeusz – Red.
Tadeusz Świątek
*Feliks T. Świątek, ur. 1906 prawnik, b. naczelnik wydziału narodowościowego przedwojennego MSW i dwukrotny delegat do Ligi Narodów w Genewie, wykładowca Wolnej Wszechnicy Polskiej (1935-1939), członek Delegatury Rządu na kraj,
ps. Bonawentura.