Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 12
W tym miesiącu: 1827
W tym roku: 17179
Ogólnie: 256287

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Święty Stanisław od starszych braci w wierze

Autor: Jan Turnau
16-01-2014

Jego miłość do starszych braci w wierze nie była żadną miarą pogonią za nowinkami, tylko prawdziwą troską o człowieka, współczuciem dla ludzi upokorzonych antysemicką pogardą.

Na wstępie naszej znajomości zezłościł mnie. Błagał przedtem telefonicznie, bym przyjął w Warszawie jego gościa zagranicznego i „nadał” go potem do Krakowa. Zrobiłem to z pewnym trudem i dzień później wybrałem się sam pod Wawel na tenże zjazd Żydów i chrześcijan. Były to początki podobnego dialogu w Polsce, miłe i ważne, ale organizator, jezuita Stanisław Musiał sprawił mi zawód. Obiecywał, że nocleg to fraszka, bom jest jego dobroczyńcą, „lecz gdy przyszło co do czego, jakoś nic nie było z tego” (Boy): zachowywał się, jakby mnie nie było.
Potem jednak zrozumiałem, że tam jego w istocie nie było. Stanowił wyłącznie cielesną powłokę: cały należał do zgromadzenia, które organizował, czy wręcz do jego żydowskich uczestników.
A swoją drogą wiadomo, że ksiądz Stanisław był w ogóle dystraktem. Przecież będąc sekretarzem, czyli fundamentem organizacyjnym międzynarodowej komisji katolicko-żydowskiej zajmującej się ciężkim sporem o Karmel oświęcimski, zgubił prawie wszystkie dokumenty. Nic więc dziwnego, że narażał się wielu duchownym nie tylko swoim serdecznym filosemityzmem. Choć tym oczywiście bardzo. Nawet starł się swego czasu bardzo ostro z biskupem Tadeuszem Pieronkiem, który wtedy nie rozumiał jeszcze racji Żydów i ich katolickich dialogantów. Inna rzecz, że również ksiądz Musiał dojrzał tu do dialogu nie od razu. Nie pojmował początkowo, co jest złego w tym, że obok miejsca Zagłady modlą się katolickie zakonnice. W wywiadzie książkowym udzielonym Witoldowi Beresiowi i Krzysztofowi Burnetce wspomina, że na protesty odpowiadał: „modlitwa nikomu nie zaszkodziła, a Karmel nie mieści się dokładnie na terenie obozu, tylko przy obozie. I że istnienie klasztoru nie jest wymierzone przeciw komukolwiek”. Myślał tak długo, aż usłyszał taki argument drugiej strony: „Polacy mają niemal wszędzie swoje miejsca martyrologii, a Żydzi mają tylko jedno miejsce, które jednocześnie jest największym, powszechnie rozpoznawalnym symbolem Szoah.”
Był ideowy do szpiku kości: gdy się do czegoś przekonał, poszedłby za tym czymś w ogień. Takie rzeczy jak kariera, zaszczyty w ogóle dlań nie istniały. Zakon liczył, że siedząc długo za granicą, zrobi doktorat. Nie zrobił. Tłumaczył, że przygniotła go psychicznie objętość zebranego materiału. Każdy inny nie zrobiłby doktoratu z braku materiału, on – przeciwnie. Władze zakonne widziały w nim przyszłego profesora, proponowały pomoc – on nie chciał i już. A przecież żaden zakonnik nie ślubuje, że nie będzie ważny... Ten dziwny brak ambicji sprawiał, że wiele lat potem nie narzekał na karne mianowanie go kapelanem w zakładzie dla staruszek. Nie narzekał też pewnie dlatego, że czuł się rzeczywiście kapłanem, pasterzem dusz. Był głęboko pobożny. Nie wyobrażam sobie, by mógł zrzucić sutannę czy raczej zakonny habit. Ci, co go znali, mówią, że to byłoby dlań niemożliwe: gorszył się podobnymi decyzjami księży.
Był uparty, a jakże. Przychodzi mi na myśl taki przykład: przysłał kiedyś do „Gazety Wyborczej” ogromny tekst o szaleństwach antysemityzmu w dawnej Polsce. Owszem, nie tylko nad Wisłą, ale tutaj też działały potworne posądzenia o mord rytualny. Aż tak, że musiała interweniować Kuria Rzymska. Otóż artykuł był znakomicie udokumentowany, ale długi, a autor odrzucał zasadniczo możliwość skrótów. W końcu jednak tekst ukazał się w dwóch częściach – i nie żałuję tego. Może komuś otworzył oczy. Po latach też uważam, że niesłusznie zasugerowałem kiedyś, jakoby był ekstremistą: na skraju przeciwnym niż ks. Henryk Jankowski. Chyba że za skrajne uważa się stanowisko Stolicy Apostolskiej.
Niepokorny krytyk braci w kapłaństwie był również po swojemu pokorny. W cytowanym wywiadzie książkowym wspomina o sporze z Pieronkiem – i żałuje, że się tak starli. A profesor Joanna Tokarska-Bakir wspomniała w miesięczniku „W drodze” (nr 1/2008), że tuż przed śmiercią uwierzył w prawdziwość oskarżeń, że niepotrzebnie narozrabiał w sprawie antysemickich obrazów w katedrze sandomierskiej.
Był otwarty na inną religię, ale swoją, jej doktrynę kochał wiernie. Pamiętam jakąś jego wypowiedź o Eucharystii, w której trzymał się twardo trudnej wiary katolickiej, że w opłatku jest całkiem realnie, nie symbolicznie Jezus. Mógłby ktoś powiedzieć, że był konserwatystą. Jego miłość do starszych braci w wierze nie była żadną miarą pogonią za nowinkami, tylko prawdziwą troską o człowieka, współczuciem dla ludzi upokorzonych antysemicką pogardą.
Był całą duszą przeciw antysemityzmowi, ale równie twardo przeciw wojnie w Kosowie i Iraku. Miał niebywałą wrażliwość moralną.
Dziwaczył, owszem, ale nie były to fochy starego kawalera. Jego radykalizm przypominał starotestamentowych proroków. Albowiem prorok to nie tyle ten, co widzi przyszłość: raczej ktoś, kto na teraźniejszość patrzy przenikliwiej niż inni. Ksiądz Musiał miał duchowy wzrok sokoła.

Tekst ma się ukazać w tomie wspomnień zebranych przez Jacka Maja dla wydawnictwa „Słowo/Obraz/Terytoria”.