Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 9
W tym miesiącu: 1824
W tym roku: 17176
Ogólnie: 256284

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Bywam Żydówką zawsze wtedy, gdy trzeba przeciwstawić się antysemityzmowi

Autor: admin
16-01-2014


Wywiad z Elżbieta Ficowską, wybitną działaczka społeczną, żoną znakomitego poety i niezwykłego człowieka - Jerzego Ficowskiego (1924-2006). Rozmowę przeprowadził redaktor naczelny „Buntu...”, a przygotował ją członek zespołu redakcyjnego, Samuel Dombrowski.

Zbigniew T. Wierzbicki (ZTW) – Proszę nam opowiedzieć o pracy, którą Pani prowadzi w stowarzyszeniu „Dzieci Holokaustu”.
Elżbieta Ficowska (EF) – Moje stowarzyszenie skupia byłe dzieci żydowskie ocalałe z Holocaustu. Wydaliśmy teraz kolejny tom wspomnień. Są to wspomnienia pisane przez różnych ludzi, na ogół celowo nie redagowane, żeby miały ten walor autentyczności, świeżości. Jest jeszcze bardzo charakterystyczna rzecz, że niektórzy ludzie, wracając do tych strasznych przeżyć z dzieciństwa, opowiadają je dzisiaj językiem dziecka – to jest niesamowite! Oczywiście, że są ludzie, którzy mają większą czy mniejszą łatwość opowiadania, w zależności od tego te wspomnienia bardzo się od siebie różnią. Ale są też takie, jakby dziecko opowiadało, czyli oni przenoszą się w tamten czas, nawet używają takiego języka – to jest bardzo autentyczne. Teraz wyszedł już trzeci tom wspomnień.
ZTW – A pod jakim tytułem został wydany?
EF – „Dzieci Holokaustu mówią”
ZTW – Chciałbym się dowiedzieć, ile stowarzyszenie zrzesza osób, ilu ma członków?
EF – Teraz jest ok. 700.
ZTW – To bardzo dużo.
EF – Myślę, że jest jeszcze dużo więcej dzieci żydowskich uratowanych, które o tym nie wiedzą. Bo gdyby mój los potoczył się troszkę inaczej, gdyby nie ten przypadek, że moja koleżanka mnie o to zapytała, to prawdopodobnie nic bym nie wiedziała o całej historii mojego życia.
ZTW – Stowarzyszenie jest duże, to pewnie uratowanych było wiele dzieci w różnym wieku. Pani jako niemowlę, ale pewnie były dzieci, które miały 5, 6, 7 i 10 lat. Ja z takim przypadkiem się spotkałem.
EF – Tak, tak to było. To jest Stowarzyszenie, które robi różne dobre rzeczy. Po pierwsze jest jak rodzina, rodzina, którą łączy wspólnota losu – taka wspólnota losu jest czasem ważniejsza niż wspólnota krwi, ponieważ wszyscy, którzy jesteśmy w tym Stowarzyszeniu mamy świadomość tego, że byliśmy skazani na śmierć i dostąpiliśmy cudownego ocalenia – i to jest to, co łączy tych ludzi. Pomagamy sobie wzajemnie, to jest na pewno bardzo ważne. To nie jest taka organizacja kombatancka. Moim zdaniem jest to bardzo twórcze Stowarzyszenie. My bez przerwy się kształcimy i robimy rzeczy, o których naszym równolatkom się nie śniło. Tworzymy projekty edukacyjne już od wielu lat. Te projekty muszą być opracowane intelektualnie, poza tym, żeby taki projekt zrealizować, trzeba zdobyć na to fundusze. Dzisiejsi młodzi ludzie wiedzą, jak się takie fundusze zdobywa. Trzeba pisać aplikacje, trzeba wiedzieć, do kogo się zwrócić, potem jest bardzo żmudne rozliczanie pieniędzy, a na ogół starsi ludzie nie posługują się komputerem, bo uważają, że jest to zbyt skomplikowane. Myśmy się tego wszystkiego nauczyli.
ZTW – A na czym polega opracowanie projektu edukacyjnego? Przecież nie łączy się to z jakimiś systematycznymi wykładami?
EF – Z wykładami nie. Postawiliśmy na emocje. Działamy bardziej w sferze uczuć niż intelektu. Np. jeden duży projekt edukacyjny polegał na tym, że zgłaszały się szkoły z całej Polski, które na podstawie naszych książek wybierały sobie autora wspomnień, który ich szczególnie zainteresował i próbowały nawiązać z nim kontakt.
ZTW – Zaczynały korespondować?
EF – Nie, to był bezpośredni kontakt. Czasem trzeba pojechać do szkoły, czasem oni przyjadą tu. To był bardzo ciekawy projekt. Nie uczestniczyła w nim cała szkoła, tylko nieduża grupa młodzieży, która pracowała ze swoim nauczycielem oraz z osobą uratowaną z Holocaustu cały rok. Spotykali się, on im opowiadał o swoich losach. Bywało tak, że taki człowiek, który jest nieprzygotowany intelektualnie do tego, żeby sobie poradzić z archiwami i szukać śladów swojej rodziny, mówił im o tym: „gdzieś mnie znaleziono, w takiej i takiej miejscowości, ale ja nic o sobie nie wiem”. I te dzieci jechały do archiwum w tej miejscowości i szukały śladów, i często znajdowały ślady rodziny tego konkretnego człowieka. A szukali tak, jakby szukali własnych korzeni!
Ten projekt adresowany był do szkół średnich. Był czas, że byłam przewodniczącą Stowarzyszenia i spotykając się z młodzieżą mówiłam im, że każdy z nich mógłby się znaleźć w takiej sytuacji, jak ja się znalazłam mając lat 17, że każdy z nich teraz, dzisiaj, mógłby się dowiedzieć, że jego babcia jest uratowanym z Holokaustu żydowskim dzieckiem i pewnie chciałby wiedzieć, jakich miał przodków. I rzeczywiście oni się identyfikowali z tymi ludźmi. Takie spotkania miały o tyle znaczenie, że jak się przychodzi do szkoły z wykładem, to wykład jest nudny, wykładu się słucha 20 minut i potem już dzieciom trudno się skoncentrować. Natomiast jak przychodzi człowiek, który mówi, co się z nim działo, jak był taki jak oni, jak był dzieckiem, to oni z tym człowiekiem mogą się identyfikować – i robią to. Zbierali rodzinne pamiątki tego człowieka, szukali śladów; różne to były aspekty działalności. Na zakończenie projektu mieli napisać na podstawie tych losów krótki scenariusz telewizyjnego filmu. I oni pisali te scenariusze, dostaliśmy tych scenariuszy czterdzieści kilka – z tego trzeba było wyłonić cztery najciekawsze. Była komisja, która tym się zajmowała, no i w nagrodę te cztery scenariusze były zrealizowane przez publiczną telewizję i były wyemitowane w telewizji. W czasie, kiedy była emisja tych filmików zrobionych przez dzieci, byłam w telewizji i miałam dyżur razem z z ambasadorem Izraela i mogliśmy rozmawiać o tych filmach i o tych dzieciach, i o tych bohaterach. No i w sumie był to bardzo interesujący projekt, który trwał rok. Te projekty przeważnie trwają rok.
Był też projekt związany ze „Sprawiedliwymi wśród narodów świata”. Prosiliśmy młodzież, żeby nawiązywała kontakt ze Sprawiedliwymi wśród narodów świata, projekt był zatytułowany „Sprawiedliwi są wśród nas”. Dzieci pisały o tych Sprawiedliwych. Potem była zorganizowana wystawa w synagodze związana z dziejami tych ludzi sprawiedliwych. Przyjeżdżały ją oglądać dzieci z całej Polski. I to było niesłychanie ważne. Bo tak jak Żydzi, którzy przeżyli wojnę, niechętnie wracają do tych tragicznych wspomnień, tak Sprawiedliwi mają potrzebę opowiadania, tylko nie ma kto ich słuchać. Ich dzieci, wnuki mówią: „aj, dziadku, już mi to mówiłeś, nie mam czasu, może kiedyś”. Tu przyszły obce dzieci, usiadły na podłodze, miały notesiki i prosiły: „proszę nam opowiedzieć”. Uważam, że to się znakomicie udało. Więc takich projektów robimy dużo. W tej chwili nie pamiętam wszystkich, bo było ich wiele. Na każdy taki projekt musimy mieć pieniądze. Bo czasem trzeba np. pojechać na drugi koniec Polski, trzeba mieć na hotel, albo dzieci tutaj przyjeżdżają, trzeba je gdzieś umieścić, trzeba za to zapłacić, trzeba je nakarmić, a jeżeli oni jeżdżą do archiwum, no to też muszą mieć na bilety, na jakiś obiad. Poza tym jak jest finał, jak oni robią filmy, to trzeba mieć na kamery, na różne rzeczy, na to wszystko są potrzebne pieniądze.
ZTW – A w jakim przeważnie wieku są dzieci, które się angażują w ten projekt?
EF – Tak przeciętnie biorąc to jest liceum.
ZTW – to jest akcja, która rzeczywiście wychowuje. To jest wyjątkowa i wartościowa akcja. Mam znajomą, która też ratowała dzieci, bo brała udział w akcji Sendlerowej, p. Niemczykowa, córka Cata-Mackiewicza, która też bardzo chętnie by o tym opowiadała. I tak jak Pani powiedziała, dzieci nie bardzo chcą już słuchać...
EF – To Stowarzyszenie i inne rzeczy robi. Te byłe dzieci uratowane mają potrzebę kontaktów z tymi Sprawiedliwymi wśród narodów świata. I my się z nimi spotykamy od czasu do czasu. Stowarzyszenie pamięta o nich zawsze na Wielkanoc i na Boże Narodzenie – szykujemy paczki, duże 5-cio kilowe paczki. Kiedyś to miało większy sens, ale i dziś ma znaczenie. Niektórzy z tych starszych osób są zadowoleni, jak dostają taką świąteczna paczkę, bo to im przypomina św. Mikołaja. Oczywiście, najważniejsze są życzenia, ale do tych życzeń jest właśnie dołączona paczka, tam są jakieś smakołyki. I my to sami im rozwozimy. Dlaczego sami? Dlatego, że chcemy mieć kontakt, chcemy zobaczyć, czy czegoś im nie trzeba. Czasem okazuje się, że z kimś trzeba pójść do lekarza, że trzeba mu załatwić lekarstwa. Zdarzyło się ostatnio, że pewni starsi państwo prosili, żeby im np. pomóc wypocząć, że oni chcieliby gdzieś wyjechać, ale nie mają na to pieniędzy. I my wówczas stworzyliśmy swój własny nieduży fundusz, zresztą od czasu do czasu ktoś ten fundusz nam wesprze. Jeszcze jest jeden nurt Stowarzyszenia bardzo ważny. To jest psychoterapia – w Stowarzyszeniu od wielu lat są prowadzone zajęcia psychoterapeutyczne, i to jest rzeczywiście bardzo potrzebne. Bo ludzie, szczególnie na starość, po takiej traumie, którą przeżyli w dzieciństwie, wracają do tego, a często są już osamotnieni. Dzieci sobie poszły, oni skończyli życie zawodowe, zostali sami i nie mogą się z tym uporać. Dlatego psychoterapia jest niezbędna. Jest i terapia grupowa i indywidualna.
Ale jest jeszcze inny problem, mianowicie jest spora grupa ludzi, którzy się dowiedzieli o tym, o czym ja się dowiedziałam mając lat 17; oni się dowiedzieli mając lat 50, 60. A dowiadywali się często w takich okolicznościach, że gdy umierali ich przybrani rodzice, to mieli wtedy potrzebę wyjawienia prawdy. Ta prawda stała się właściwie nieszczęściem dla tych ludzi, coś im odebrano, natomiast nie dano im niczego w zamian, bo powiedziano, że mają taką historię, no i teraz człowiek trochę przerażony zaczyna szukać, próbuje coś znaleźć, ale niby czego ma szukać, jak on nie ma żadnej wiedzy o sobie. Bo ci ludzie, jego rodzice przybrani, też nie mieli żadnej wiedzy, np. znaleźli dziecko pod płotem czy gdzież w krzakach i nic o tym dziecku nie wiedzieli, wiedzieli tylko, że jest to żydowskie dziecko. Nie mówili mu o tym całe życie, dopiero na łożu śmierci uznali, że jednak powinni mu o tym powiedzieć. No i teraz ten człowiek zostaje sam z tą wiedzą, a właściwie tajemnicą, i próbuje szukać, skąd on jest, kim on jest, jak nazywali się jego rodzice. No i tu jest potrzebna psychoterapia.
ZTW – To dla nich lepiej już by było, gdyby o tym nie wiedzieli, chociaż mogą się zawsze przypadkowo dowiedzieć, i wtedy może stać się nieszczęście.
EF – Tak, ale muszę Panu powiedzieć, że są ludzie, którzy uważają, i też mają swoje racje, że każdy człowiek ma prawo do własnej historii, i że on ma prawo się dowiedzieć, że to tak było. Kiedyś przyszedł do nas jakiś pan i powiedział, że jego brat cioteczny jest właśnie takim dzieckiem. Ta ciotka, czyli matka tego człowieka, już nie żyje, nie żyje jego ojciec. I on jest właściwie jedynym człowiekiem, który zna tajemnicę. I ten człowiek stawia pytanie: „czy ja mam mu to powiedzieć czy nie? On ma dzisiaj 60 lat”. I była wielka dyskusja, czy powiedzieć, czy nie powiedzieć. Ja mówiłam: „Nie mówić, dajcie mu spokój, żył tyle lat, no i po co mu to? Po to, żeby zburzyć mu spokój”. Ale w dyskusji brał udział rabin, który powiedział: „Nie masz racji, on ma prawo znać swoją historię. Jego rodzice zginęli, jego rodzina zginęła z nadzieją, że on przeżyje i przechowa pamięć o nich”.
ZTW – Bardzo to ludzkie
EF – Tak, bardzo ludzkie, ale on pamięci o nich nie może przechować, bo ich nie zna, bo nic nie wie, ale przechowa pamięć o narodzie, który zginął. Jest to bardzo, bardzo wszystko złożone.
ZTW – Jestem ciekaw, jak do takiej akcji odnoszą się inni ludzie, jak odnosi się społeczeństwo polskie tzn. ludzie z zewnątrz? Czy ma Pani jakieś przykłady, życzliwości albo niechęci, czy wręcz wrogości, jak wygląda ta sprawa od tej strony?
EF – Muszę powiedzieć, że ja miałam dużo szczęścia, ponieważ w moim życiu, taki długim już, nie spotkałam się z żadnymi przejawami niechęci. Spotykam wyłącznie ludzi serdecznych, ludzi, którzy starają się pomagać, którzy są uśmiechnięci, dobrzy; ale ja nie jestem idiotką, żyję na tym świecie już tyle lat i wiem, że takie nie jest całe społeczeństwo, wiem że jest różnie.
ZTW – Np. po tej książce Grossa czy się nie ujawniły jakieś przejawy niechęci, czy to odegrało w ogóle jakąś rolę w działalności Stowarzyszenia?
EF – Bardzo różne są na ten temat opinie. W dzisiejszej „Rzeczypospolitej” jest taki dodatek „Żydzi Polscy”. I tam poproszono mnie, żebym odpowiedziała na pytanie: jak to jest być Żydem i Polakiem? Odpowiedziałam, że jestem zdumiona, że to wszystkich tak bardzo zajmuje. Bo w Polsce żyją ludzie, którzy mają korzenie różne: litewskie, ukraińskie, białoruskie i nikt tak bardzo się tym nie interesuje. Wszyscy interesują się korzeniami żydowskimi. Przytoczyłam im opowiastkę, jak to przyjechała orkiestra symfoniczna ze Związku Radzieckiego do Nowego Jorku i dyrygent orkiestry radzieckiej powiedział: „u nas nie ma antysemityzmu, u nas jest 20 Żydów w naszej orkiestrze”, a dyrygent z Nowego Jorku mówi: „a ja nie wiem, ilu Żydów jest w mojej orkiestrze”. Poza tym powiedziałam, że są przecież Polacy pochodzenia francuskiego, niemieckiego, żydowskiego, litewskiego, którzy walczyli w powstaniach narodowych, którzy sławili Polskę odkryciami, osiągnięciami artystycznymi czy naukowymi.
ZTW – A czy nie ma tutaj znaczenia konflikt wyznaniowy?
EF – Na pewno ma, ale mnie np. to nie interesuje, dlatego że ja zostałam wychowana w katolickiej rodzinie, i to jest moja tradycja.
ZTW – Mama była wierzącą katoliczką?
EF – Tak, ale do kościoła nie chodziła, pilnowała, żebym ja chodziła. W niedzielę o 9 była msza św. dla dzieci i ja musiałam tam być. Poza tym moja niania zabierała mnie na nabożeństwa majowe, które uwielbiam do dzisiejszego dnia; chodzę rzadko, ale bardzo je lubię. I byłam jakby mała roślinką wyrwaną z korzeniami i przesadzoną na inny grunt. Gdybym się wychowała w mojej żydowskiej rodzinie, religijnej, to oczywiście byłabym Żydówką, polską Żydówką, kto wie, może religijną. Ale tak się nie stało. W związku z tym, zostałam wychowana w innej tradycji, na innej literaturze, w innej kulturze, w innej religii i jestem Polką. Jestem Polką żydowskiego pochodzenia. Gdyby nie wojna, byłabym polską Żydówką. W moim rozumieniu różnica między polskim Żydem a Polakiem żydowskiego pochodzenia polega właśnie na tym, że pierwszy utrzymuje tradycje żydowskie, mówi po żydowsku, czyta żydowską literaturę piękną. Bardzo żałuję, że nie zostało mi to dane, więc gdybym powiedziała o sobie, że jestem Żydówką, to powiedziałbym nieprawdę. Ale ja bywam Żydówką. Bywam Żydówką zawsze wtedy, gdy trzeba przeciwstawić się antysemityzmowi. Wtedy mówię głośno, że jestem Żydówką. Kiedy biją Żydów – mówię, że jestem Żydówką. Formalnie nie jest to prawda. A jeśli chodzi o religię – to ja teraz po kościołach prawie nie chodzę, aczkolwiek jestem osobą bardzo wierzącą w Boga. Natomiast urzędnicy Pana Boga nie specjalnie mi odpowiadają, w związku z tym poszłam na łatwiznę i porozumiewam się z Panem Bogiem bezpośrednio. Ale od czasu do czasu zaglądam do kościoła tak przypadkiem, nawet będąc na spacerze, idę po to, żeby przypomnieć sobie swoje dzieciństwo, bo zapach kadzidła, bo zapach majowych kwiatów, bo dźwięk organów, bo pieśni religijne śpiewane na tym nabożeństwie – to wszystko kojarzy mi się z moją matką ukochaną, z moją nianią ukochaną, z bezpieczeństwem, miłością, słowem z najcudowniejszym okresem w życiu.
Ale tak samo dwa razy w roku chodzę do synagogi, raz na Jom Kippur, drugi raz na Nowy Rok żydowski. Po co tam chodzę? Chodzę w imieniu tych wszystkich moich bliskich, którzy tam chodzili, ale już ich nie ma, więc ja, jako delegat rodziny, jedyny, który się uratował, chodzę w ich imieniu. Jom Kippur to jest święto, kiedy zapala się świece za zmarłych. Pierwszy raz zaprowadził mnie tam mój mąż, w ogóle zaprowadził mnie wtedy pierwszy raz do synagogi, dał świece i powiedział: „chodź, zapalimy świece, bo tak robili twoi rodzice i twoi dziadkowie”. I od tej pory zawsze tego dnia chodzę do synagogi i palę świecę za nich. Robię to jakby w ich imieniu, tylko, że ja w tej synagodze niczego nie znajduję dla siebie. Tam dla mnie wszystko, co się dzieje, jest egzotyką, która jest mi absolutnie obca. Wiem, że tam chodzili moi przodkowie, więc ja tam też idę i stoję, ale niczego nie rozumiem. Wiem, że tam jest ten sam Pan Bóg, do którego się modlę, bo on jest jeden i jemu jest pewnie wszystko jedno, gdzie się człowiek do Niego modli, On by tylko chciał, żebyśmy byli przyzwoitymi ludźmi; wiem, że pewnie gdzieś On tam jest, ci ludzie się do niego modlą w sposób, który dla mnie jest niezrozumiały, i wszystko, co tam się dzieje, jest nie moje, jest dla mnie obce.
ZTW – Pani mąż stał się wybitnym znawcą kultury cygańskiej, czy również interesował się kulturą żydowską, czy to było raczej przypadkowe?
EF – Mój mąż interesował się kulturą żydowską dużo wcześniej, zanim mnie poznał. Był po prostu bardzo wrażliwym człowiekiem. Widział w czasie wojny, co się działo z Żydami, co się działo z Cyganami. Mój mąż przede wszystkim był znakomitym poetą. Napisał „Odczytanie popiołów” i to jest w całości poświęcone ludziom, którzy zginęli podczas Holokaustu. Pisał te wiersze kilkadziesiąt lat, to nie są wiersze pisane wtedy, kiedy była moda na Żydów. Wiersze te były tłumaczone na wszystkie najważniejsze języki świata. Jest bardzo dobry przekład niemiecki.
ZTW – Proszę Panią o podsumowanie, proszę powiedzieć, co Pani sądzi o stosunkach polsko-żydowskich, jak to wszystko będzie się układać?
EF – Mam nadzieję, że to wszystko wynormalnieje, że nie będzie takich problemów, że kiedyś to nastąpi. Że nastąpi normalność.
ZTW – Daj Boże. Dziękuję za tę tak interesującą
i wzruszającą rozmowę. Wiele się dowiedziałem i nauczyłem.