Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 80
W tym miesiącu: 292
W tym roku: 14971
Ogólnie: 295869

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Halina Ilinicz - Wreszcie w Moskwie, cz. XX

Autor: admin
21-01-2014

Kolejny odcinek wspomnień Haliny Ilinicz (pierwszy opublikowano w nr 20 „Buntu”) obywatelki radzieckiej narodowości polskiej, zamieszkałej w Moskwie od 1929 r., aresztowanej przez NKWD w r. 1936 (ojca aresztowano nieco wcześniej, o czym Halina nie wiedziała) i skazanej na 8 lat „obozu pracy”, a bezprawnie więzionej 16 miesięcy dłużej. Wspomnienia spisał red. Z.T. Wierzbicki podczas jej pobytu w Warszawie w latach 70-tych.

W Moskwie byłam jeden rok. Spotkałem tu Ninę, która mnie ubrała. Po doprowadzeniu zębów do porządku zaczęłam pracować. Lecz już 25 IV 1948 r. zostałam ponownie aresztowana.

Z. T. W.: – Jak do tego doszło?

Autorka: Otóż mówiąc po kolei: przyjechałam do Jurka, który mieszkał w 6 pokojowym mieszkaniu (bez kuchni!) razem z 17 innymi osobami. W długim korytarzu były dwa piecyki gazowe, zlew i ubikacja. Drzwi wejściowe były zawsze otwarte, przy czym pokoik zajmowany przez Jurka i ciocię był tak szczęśliwie usytuowany, iż można było względnie niepostrzeżenie wejść lub wyjść. Naszym postrachem był stróż, który przez swoje okno często obserwował, kto przechodzi przez podwórze i wchodzi do klatek schodowych. Bałam się zawsze, gdy musiałam wyjść z domu. Ale ciocia, choć pracowała wtedy w jednym z uniwersytetów, też drżała ze strachu. Trzeba było, by ktoś sprawdził, czy stróż obserwuje. O zameldowaniu się nie było mowy. Sąsiedni pokój zajmowała młoda kobieta, zamężna, ale jej mąż nie był u niej zameldowany, choć u niej często mieszkał; ale nie chciał się wymeldować z dawnego mieszkania, w którym mieszkał z chorą matką, by nie stracić prawa do pokoju.
Tymczasem kontrole paszportowe odbywały się często, zwykle koło północy lub później, a z milicją przychodził zawsze stróż domu. Jeśli się miało paszport i było się zameldowanym w tym mieszkaniu to wszystko było w porządku i milicja bez słowa odchodziła. Jeśli zaś było się zameldowanym w Moskwie lecz na innej ulicy, to płaciło się karę l00 r. (po wymianie pieniędzy 10 r.)
Mąż tej młodej kobiety płacił stale kary. A ponieważ „kontrolę” było słychać (sakramentalne słowa: „Prowierka dokumentów”), to wyskakiwałam z łóżka i chowałam się za szafę, która stała ukosem w rogu pokoju.

Powolna stabilizacja

Trochę się ubrałam w ciuchy amerykańskie, odżyłam, wyleczyłam zęby i zastanawiałam się, co robić dalej. Dokąd jechać?
Na step? Ale jak zdobyć zameldowanie w Moskwie? Jedynym wyjątkiem dla czasowego chociaż zameldowania się była praca stróża lub administratora domów (miał zwykle kilka domów pod opieką), ale nim zostać mógł tylko członek Partii. Administrator podlegał bezpośrednio tzw. Radzie Dzielnicowej (Ispołkom). Każdy administrator miał kancelarię, bo musiał stale wydawać różne zaświadczenia (sprawki) dla władz i instytucji, nawet gdy chciało się korzystać z biblioteki, oczywiście państwowej, bo innych nie było.
Ten administrator, z którym się poznaliśmy, nazwiskiem Zbarski, był emerytowanym majorem – inwalidą i miał wolny etat dla stróża. Przyjął mnie na ten etat, a pracowałam w jego biurze. A ponieważ mój nowy szef miał dobre stosunki z naczelnikiem Dzielnicowej Milicji, w której mieli nawał pracy z wydawaniem paszportów, Zbarski zaofiarował pomoc biurową swemu znajomemu naczelnikowi lokalnej Milicji. Została przyjęta chętnie, a polegała na tym, że codziennie szłam do Milicji na 2-3 godziny, gdzie wypełniałam paszporty.
Przed podjęciem tej pracy ów naczelnik wypytywał mnie o wiele rzeczy. Ten „egzamin” jakoś wypadł zadowalająco, bo zgodził się na moją bezpłatną pomoc.
Dzięki temu udało mi się wreszcie załatwić w 1948 r. wymianę mojego paszportu, ważnego tylko l rok, na nowy paszport, ważny 5 lat. Lecz musiałam podać miejsce mego urodzenia: a więc Warszawę, co bardzo komplikowało moją sytuację i uzyskanie nowego paszportu. A urzędniczka milicyjna, moja nieformalna zwierzchniczka, gadając ze mną podczas wypisywania mojego paszportu, przez pomyłkę zamiast Warszawy wpisała Moskwę. Ja nic, oczywiście, nie powiedziałam i nie sprostowałam…

Obroża administracyjna i ponowne aresztowanie

W Moskwie każdy „cyrkuł” (uczastok) miał w tym czasie swego milicjanta, do którego obowiązków należało znać każdego mieszkańca swojego kwartalu w dzielnicy, co najmniej z twarzy! Księga „domowaja”, a więc meldunkowa była trzymana w sejfie, w dzielnicowej komendzie i była dokumentem tajnym. Było w niej zamieszczonych wiele szczegółów, jak np. data przybycia do Moskwy i skąd przybył do miejsca obecnego zamieszkania (adres), miejsce pracy i wszelkie jej przerwy z ich wytłumaczeniem itp. A co pół roku (! trzeba było dostarczyć zaświadczenie z miejsca pracy dla dokonania wpisu do księgi meldunkowej. A milicjant z danego kwartału był obowiązany stale studiować tę księgę.
Któregoś dnia „mój milicjant”, nabrawszy widocznie zaufania, mówi do mnie poufnie: „na Braskiej ulicy powinien już przyjechać z więzienia do matki syn. Ja czuję, że ten sukinsyn już tam jest, a ja go nie mogę zastać”. Co więcej, wysyła mnie tam, instruując, że mam zobaczyć, czy jest w tym mieszkaniu mężczyzna, a on będzie czekał w cyrkule.
Poszłam więc wbrew woli pod wskazany adres i po wejściu do mieszkania mówię do obecnej tam staruszki: „przychodzę w sprawie komornego”. A wychodząc szepczę do niej:
– Wami interesuje się „uczastkowyj” – i szybko wychodzę. A milicjantowi powiadam, że była tylko staruszka. A on: „Płocho, ale będziemy ich mieć na oku”.
Dozorca w naszym domu był szewcem i pijaczyną. Jurek dawał mu trochę pieniędzy a czasami i wódkę. Pewnego dnia poinformował on Jurka: „Wami się interesują”. Wiedzieliśmy, co to znaczy.
Po kilku dniach, oczywiście w nocy, znowu kontrola. Ja z łóżka za szafę, inni wstają i czekają. Wchodzi dwóch milicjantów, a na stole stała maszynka do pisania, którą ciocia zapomniała schować. A nie wolno było wtedy zarabiać przepisywaniem na maszynie bez zezwolenia.

Z. T. W.: – A czy i kiedy wolno było przepisywać na maszynie do pisania bez zezwolenia?
Autorka: – Chyba nigdy przed i po wojnie, w każdym razie ja nie pamiętam, by kiedyś było wolno. Milicjanci od razu zainteresowali się maszyną do pisania; jeden ją ogląda a drugi obchodzi pokój i zatrzymuje się przy szafie, ogląda ją, po czym obaj wychodzą.
Na drugi dzień przychodzę do pracy i widzę, że w kolejce interesantów stoi dwóch trochę podejrzanie wyglądających bubków. Gdy podchodzą do mnie, mówią: „Sprawki nam nie nada, nam was nada”. Jeden z nich szepce coś mojemu przełożonemu – administratorowi domów, ten staje się blady jak papier i odbiera ode mnie klucze. Zabierają mnie najpierw do mieszkania Jurka, gdzie robią rewizję, a wszyscy sąsiedzi w naprężeniu jakby już miał zapaść wyrok. A mnie wypytują o nieścisłości w paszporcie (miejsce urodzenia i w nazwisku „miękki znak” – z alfabetu). Pod wieczór, już po uwięzieniu, wszystko od początku, jak 12 lat temu. Te same męki i udręki, lecz gorzej znoszone niż za pierwszym razem; a już był z powrotem ostry reżim na Łubiance.