Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 22
W tym miesiącu: 168
W tym roku: 6015
Ogólnie: 316276

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Szofer Miłosza

Autor: Ignacy Swiecicki
27-02-2014

Cenne wspomnienie Ignacego Święcickiego, kolegi Czesława Miłosza z czasów wileńskich
Od Redakcji
W lutym 2008 r. zmarł w USA Ignacy Święcicki , ur. w 1911 w Zakalużu, pow. Borysów; uczeń wieleńskiego gimnazjum im. króla Zygmunta Augusta i kolega szkolny Czesława Miłosza; absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Warszawskiej; pilot RAF Dywizjonu 318, trzykrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych; po wojnie mieszkał w Yorku nad rzeką Susquehanną w USA, pracował jako inżynier projektujący turbiny elektrowni wodnych.
Ignacy Święcicki był człowiekiem o licznych talentach i wielkiej dociekliwości. W „Listach znad Susquehanny” (Warszawa, 2006), z których pochodzi publikowany przez nas tekst, nie tylko wspomina ciekawe epizody ze swego długiego życia, ale także stawia wiele trudnych dla nas, Polaków, pytań.

Szofer Miłosza
Siódmego listopada 1990 r. Miłosz wziął mnie na swego szofera na trzygodzinną jazdę do University Park, Pensylwania. (...)
Miłosz jest starszy ode mnie o jakieś trzy miesiące, a ma takie niespożyte siły i taki program działalności, że na przykład teraz, w ciągu miesiąca, objął on Paryż, Pragę, Kraków, Sztokholm, Berkeley, Boston, Iowę i Pensylwanię. Odkąd Miłosza pamiętam, był on zawsze bardzo pracowity, nie marnował czasu, co w rezultacie zaowocowało ogromnym dorobkiem literackim i zdobytą pozycją w świecie.
Na liście luminarzy, których obecność na kampusie dodaje splendoru uniwersytetowi, wspomaga samookreślenie się moralne i społeczne czy też pobudza życie intelektualne, Miłosz stoi wysoko; w skali dolarowej niżej niż pułkownik Oliver North, ale chyba na równi z byłym prezydentem Geraldem Fordem, a może nawet na równi z Kissingerem?
Nie to jest ważne dla poety, ale fakt, że podróżując dużo, może tu i ówdzie znaleźć rodzynkę zdolną do odczucia wartości, których nie może przecież dzielić ze swoim byle szoferem.
W dzisiejszej dobie osłabło poczucie hierarchii, jak gdyby szlachcic na zagrodzie naprawdę był równy wojewodzie. A przecież nie tak dawno, bo w czasie wersalskiej konferencji pokojowej, arystokrata angielski Sir Harold Nicolson odnotował w pamiętniku następującą rozmowę z Józefem Potockim na temat Paderewskiego: „Yes, a remarcable man, a very remarcable man. Do you realise that he was born in one of my own villages? At Chepetowka, actually. And yet when I speak to him I have absolutly the impression of conversation with an equal” (Tak, człowiek godny wielkiego szacunku. Czy sobie wyobrażasz, że urodził się w jednej z moich wsi? W Szepetówce. A kiedy rozmawiałem z nim, miałem absolutne wrażenie, że rozmawiam z kimś mi równym.).

Czterdzieści lat temu Poeta jasno określał swoje wartości:
W służbie polskiej poezji żyć postanowiłem,
Choćby przyszło mi zostać nieznaczącym pyłem
Na tej górze, skąd idą nieśmiertelne błyski.
Trudniej, myślę, ją zdobyć, niż paszport brytyjski.

Teraz jednak pisze: „Po siedemdziesiątce odbywa się w nas wielkie przewartościowanie i coraz częściej zdarza się nam wątpić, czy literatura ma w ogóle coś do powiedzenia” („Rok myśliwego”, Instytut Literacki, Paryż 1990, s. 167).
Jeżeli Poeta ma trudności z wartościowaniem, to cóż dopiero jego szofer?
Ostatnią, właśnie wydaną, książkę „Rok myśliwego”, Miłosz pisał wykorzystując czas w samolotach lub w poczekalniach lotniskowych. Jest ona w dużym stopniu autobiograficzna, sięga tych siedmiu lat, które spędziliśmy razem w tej samej klasie legendarnego gimnazjum imienia króla Zygmunta Augusta w Wilnie.
Piszę legendarnego, bo w ciągu ubiegłych sześćdziesięciu lat wypełnionych licznymi opisami młodości wykluwającego się Poety nabrało ono, w zacierającej się pamięci weteranów, cech inkubatora posiadającego wyłączną licencję na produkowanie, w tamtych latach, wileńskich znakomitości. I tak, na przykład, nasz Poeta umieszcza w tym gimnazjum bohatera swego poematu Toast, Czesława Jeśmana (rozmowy z Aleksandrem Fiutem), podczas gdy Jeśman, od początku do końca, był wychowankiem gimnazjum jezuitów. Ksiądz Walerian Meysztowicz (Gawędy o czasach i ludziach) wsadził do Zygmunta Augusta Henryka Dembińskiego, największą ówczesną gwiazdę życia akademickiego, a jego religijne ukształtowanie przypisał „głęboko wierzącemu, wymagającemu, niezwykle pobożnemu, choć nie zawsze szczęśliwie taktownemu kapelanowi, księdzu Leopoldowi Chomskiemu”. Akademickie stowarzyszenie Odrodzenie, którego ks. Meysztowicz był kuratorem, opierało się na licznych wychowankach gimnazjum Zygmunta Augusta i jego prefekta ks. Chomskiego, ale gwiazda pierwszej wielkości i prezes stowarzyszenia Odrodzenie, Dembiński, zjawił się na Uniwersytecie wprost z gimnazjum powiatowego.
Dla potomności i dla jakiegoś przyszłego Jarosława Marka Rymkiewicza piszącego nowy „baket” o międzywojennych latach w Wilnie, czyli o czasach w sto lat po oryginalnym „bakecie”, warto zrobić trochę notatek o tej klasie gimnazjum Zygmunta Augusta, którą Miłosz opisuje w „Rodzinnej Europie” i następnych publikacjach, i poprawić niektóre błędy pamięci Czesława, jak na przykład, że nauka łaciny zaczynała się od drugiej klasy gimnazjalnej; poprawić czystą fantazję Czesława, kiedy pisze o naszym prefekcie:
„Chomik przechadzał się korytarzem i uchylając drzwi znienacka, jak to lubił robić, zerknął na kredowe koła i elipsy. Wystarczyło to, żeby zapalił się jednym ze swych najciemniejszych rumieńców i pobiegł do dyrektora, gdzie złożył raport, że zastał wyrysowane na tablicy narządy płciowe”.
Fantazją Czesława jest to „uchylanie drzwi znienacka, jak to lubił robić”, bo opisane wydarzenie miało miejsce na zakończenie lekcji religii w klasie. Tablica nie była starta po poprzedniej lekcji i kiedy po religii, utartym zwyczajem, klasa i ksiądz klękli do odmówienia pacierza, ksiądz znalazł się odwrócony twarzą do tablicy, nad którą wisiał święty obrazek. W czasie tego pacierza diabelskie moce poniosły wyobraźnię księdza w rejony, o których nam się nie śniło:
Pełnomocnicy księdza – pisze Miłosz – rekrutowali się z jego przybocznej gwardii: Sodalicji Mariańskiej... Na jego sprawiedliwość trzeba powiedzieć, że nie organizował donosicielstwa. Jeżeli zdarzały się wypadki, to wynikały z lizostwa czy religijnej gorliwości sodalisów.
Z przykrością czytam te inwektywy spod pióra Czesława, bez podania żadnych konkretnych wypadków, o rzekomym lizostwie czy donosicielstwie sodalisów. Są one w tym samym stylu, co niegodne inwektywy o Czesławie, innego zygmunciaka, przeciwnika politycznego Czesława, Wiktora Trościanki, piszącego w londyńskiej prasie o szkolnych czasach Miłosza.
Cytowałem powyżej zdania z rozdziału „Wychowanie katolickie” z książki „Rodzinna Europa”. Warto przy tym wspomnieć, że ten nasz szeroko dyskutowany w tym rozdziale prefekt był wychowankiem seminarium petersburskiego, założonego dla Polaków przez Katarzynę Wielką, a system sprawdzania za pomocą kartek, kto przystąpił do spowiedzi, nie był wynalazkiem naszego księdza. W zabytkowych papierach mojej rodziny mamy świadectwo z Imperialnego Uniwersytetu Wileńskiego mego pradziadka, Ignacego Święcickiego, który w roku 1824 studiował tam wymienione na świadectwie przedmioty, użyteczne dla przyszłego hreczkosieja. Na tym świadectwie jest odnotowanie, że Ignacy przystąpił do spowiedzi wielkanocnej.
Czesław dużo miejsca poświęcił w swym piśmiennictwie księdzu Chomskiemu. W końcu czuje się z nim pogodzony. Ale w szkolnych czasach Czesław burczał: „On włazi do mojej duszy z kaloszami”.
Czesław pisze: „Gdyby nie moja pobożność dziecka wychowanego w katolicyzmie i zdolność do modlitwy w wieku dojrzałym, nie dałbym rady... wierzyłem, że mam miejsce w boskim planie, i prosiłem o zdolność wypełnienia czekających mnie zadań”. Więc Bóg Czesława nie jest Bogiem „tego stworzenia, co pełza. On lubi szum podniebnych ptaków, a rozhukanych koni On nie kiełza”. On jest też Bogiem, do którego „prośby są zanoszone o zdrowie i pomyślną podróż”.
W tych szkolnych czasach ja, sodalis, miałem zupełnie odmienne przeżycia religijne, kiedy przed szkołą o szóstej rano biegałem do kościoła na mszę, jak Miłoszowa Elżbieta („Dzwony w zimie”):

Cóż lata, jeżeli widzę śnieg i jej buciki,
Śmieszne, spiczaste, zapinane z boku.
A ja ten sam, choć zaczyna się i kończy się
Pycha ciała.

(...) Nie słyszałem o żadnym i nie wydawało mi się, żeby którykolwiek z moich klasowych kolegów po cichu, tak jak ja, chadzał przed szkołą o szóstej rano do kościoła albo żeby miał jakieś intensywne przeżycia w czasie czterdziestogodzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu, kiedy sodalisi w białych komżach parami na zmianę po godzinie klęczeli przed wystawioną monstrancją nieraz w zupełnie pustym kościele.
Żeby mieć kogoś, z kim mógłbym dzielić przeżycia, próbowałem pracy misyjnej. Za swój obiekt wybrałem naszego zastępowego, Adala Jentysa. O parę lat starszy od nas, Jentys był uczniem szkoły technicznej w Wilnie. Jego zastęp Puchaczy w Błękitnej Jedynce gimnazjum Zygmunta Augusta w większości składał się z uczniów naszej klasy: Alchimowicz, Mujżel, Straszyński, Święcicki, Zawadzki. Jentys wyraźnie wolał nasze towarzystwo niż chłopców w jego własnym wieku. Brałem go pod pachę i godzinami spacerowaliśmy po chodnikach pustych ulic, podczas gdy ja starałem się go przekonać o radościach zostania kuglarzem Najświętszej Marii Panny. Moje usiłowania nie przynosiły najmniejszych rezultatów. Okazało się, że moje wartości są nieprzekazywalne, stąd zwątpienie w ich uniwersalność.
Rodzina moja mieszkała w tym czasie w samym mieście, przy ul. Makowej nr 8; tuż obok, na rogu Węglowej stały wielopiętrowe czynszowe kamienice, zamieszkane przeważnie przez emancypowanych Żydów mówiących po rosyjsku. Makowa nr 8, jednopiętrowy dom murowany, nie tylko nie miał kanalizacji, ale również nie miał doprowadzonej wody. Nosiło się ją wiadrami ze stróżówki ogrodów warzywnych pani prezydentowej miasta, Bańkowskiej. W pewnym momencie, może nie dlatego, że rodzinie zaczęło się powodzić odrobinę lepiej, ale z powodu potrzeby pomożenia potrzebującemu, wodę zaczął nosić zamiast nas wyrostek mieszkający samotnie w jakiejś szopie nieopalanej przy Drewnianym Rynku. Po nanoszeniu wody siadał w kuchni i opowiadał, opowiadał; dobrze to robił i obrazowo. Codziennie bywał w Ostrej Bramie i miał sny i widzenia apokaliptyczne: anieli z ognistymi mieczami, trąby i święci. Straszno było patrzeć, do jakich aberacji może człowieka doprowadzić niekontrolowana jego własna głowa. Zmarł wkrótce zimą. Był on najbardziej godnie wyglądającym nieboszczykiem, jakiego kiedykolwiek widziałem. W czterech ścianach swej nieopalonej izby leżał bez trumny na prostym stole, przy którym ktoś postawił dwie palące się świece. (...)
W tych najmłodszych klasach starałem się zdobyć przyjaźń Czesława zapraszając go na ul. Makową, gdzie z frankotki przez otwarty lufcik strzelaliśmy do wron w ogrodach pani Bańkowskiej. Ale moje wczesne próby zdobycia przyjaźni Czesława spełzły na niczym.
Był on typowym outsiderem, samotny, rodzina w Suwałkach, mieszkając na stancji u państwa Biszewskich, Czesław spędzał czas pozaszkolny ładując swoją głowę w bibliotece im. Tomasza Zana.

Czesław nie kopał piłki, nie odznaczał się w grze w siatkówkę, nie cierpiał gimnastyki. Kiedy przyszło do zapisywania się do harcerstwa, nie poszedł z resztą klasowych kolegów do zastępu Puchaczy, lecz trafił do zastępu prowadzonego przez druha Aścika. „Owijałem się w samego siebie – pisze Czesław – powołanego, jak sądziłem, do wielkich zadań”.
Wiele z działalności zastępu Puchaczy było nietypowe dla reszty drużyny Błękitnej Jedynki gimnazjum imienia króla Zygmunta Augusta. Jentys znalazł na ulicy bezrobotnego, Wójtkiewicza. Zastęp zaadoptował Wójtkiewicza i jego żonę. Chadzałem potem z dużym bochenkiem chleba pod pachą do sutereny na Nowym Świecie, gdzie Wójtkiewiczowie mieszkali; a bardzo śmiesznie było, kiedy Wójtkiewicza prowadzałem po żydowskich sklepach przy ulicy Niemieckiej, żeby tanio kupić mu spodnie, w których mógłby zaprezentować się szukając pracy. Nic z tej pracy nie wyszło. Wójtkiewicz był nałogowym pijakiem i wkrótce umarł.
W adwencie zastęp miał wigilię przy ul. Makowej nr 8. Na Zielone Świątki (dwa dni wolne od szkoły) 1926 roku zastęp pojechał na Nowogródczyznę nad rzeczkę Serwecz, złożyć wśród grobów różnych Wereszczaków w Worończy na cmentarzu, przy ładnym murowanym kościółku, wianek na mogile zmarłego na tyfus podczas poprzednich wakacji mego serdecznego druha, siedzącego w klasie w jednej ze mną ławce, Mietka Mujżela.
Przy okazji byliśmy nad Świtezią i oglądaliśmy Tuhanowicze. Te, pokryte okopami jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej, nie zmieniły chyba wiele swego wyglądu nawet do czasu, kiedy w 1961 roku odwiedzała je Barbara Wachowicz (Malwy na lewadach, Warszawa 1985).
Kiedy Miłosz z wrażenia nie spał w nocy przed harcerskim egzaminem z węzłów, zdobywając złotą lilijkę, zastępu Puchaczy już nie było; rozsypał się, poznajdowaliśmy inne niż harcerskie upodobania. Mnie w tym czasie absorbowała Sodalicja, nie ze względu na osobę moderatora, ks. Chomskiego, ale ze względu na starszych kolegów, których wpływ i przyjaźń dużo dla mnie znaczyły. Wielu z nich trafiało do seminarium duchownego. Tam, zamkniętych przy kościele św. Jerzego, odwiedzało się w rozmównicy w niedziele po południu: Lucjan Sołtan, Stanisław Radkiewicz, Sucharewicz, Matusewicz i inni. Sołtan był potem proboszczem w Kolonii Wileńskiej; chyba jemu właśnie Tadeusz Konwicki służył do mszy.

Czesław musiał czekać wiele lat, zanim spotkał Józefa Sadzika, człowieka w sutannie, którego mógł nazwać przyjacielem.
Na zebraniach Sodalicji wygłaszane były referaty. Gwiazdą, która co tydzień mogła mieć referat na dowolny temat, był Stanisław Stomma, zwany Pterodaktylem przez wtajemniczonych.
Sodalicja, harcerstwo to jeszcze nie wszystko, jeżeli chodzi o zrzeszenia osób ciążących nawzajem do siebie. Na przykład trzeba wspomnieć o takiej czwórce do preferansa: z mego szkolnego rocznika: Edward Borowski, Stanisław Kownacki, Jan Meysztowicz i na dodatek o rok młodszy jezuiciak, Czesław Jeśman. Oprócz kart, prowadzili oni wyszukane rozmowy i snobowali się w znajomości historii nowożytnej Francji. Edward znał dzień po dniu wydarzenia na dworze Ludwika XIV. Jego francuski był doskonały, a pozostałych bardzo dobry.
Ja, będąc w ósmej klasie, często towarzyszyłem starszemu bratu, Józefowi, o szóstej rano na zebrania Ludzi Dobrej Woli. Była to grupa przygotowująca akcję polityczną na gruncie akademickim. Zbierała się ona o dwa domy od miejsca, gdzie myśmy wtedy mieszkali, w lokalu akademickiego Koła Rolników przy ul. Objazdowej nr 2. Zebrania odbywały się tak wcześnie, żeby nikomu nie przeszkadzały w innych zaangażowaniach. Grupa była fascynująca ze względu na obecność Henryka Dembińskiego. Po tych przygotowaniach przez Ludzi Dobrej Woli, w następnym roku akademickim Dembiński został wybrany prezesem Bratniaka. Mój brat Józef, a potem młodszy brat, Andrzej, byli prezesami Koła Prawników.
Poza tym wszystkim istniała jeszcze organizacja tajna, o której można było dowiedzieć się i dostać do niej tylko po uprzednim zaprzysiężeniu zachowania tajemnicy. Tajemnica utrzymywała się na tyle dobrze, że zanim zostałem zaprzysiężony, nic nie wiedziałem, że mój starszy brat do niej należał. Kiedy przychodził odpowiedni czas, najczęściej młodszych braci wciągało się też do organizacji. I tak byli w Pecie bracia Bujniccy: Teodor i Bolesław, Nowodworscy: Witold i Gustaw, Święciccy: Józef i Ignacy („Pet” – tajna organizacja młodzieżowa – Red.)
Mnie zaprzysiągł najpierw, a wtedy wtajemniczył ówczesny prezes Sodalicji, Bolesław Bujnicki. O zgrozo, kiedy tajemnica istnienia Petu została wydana władzom kościelnym przez wtajemniczaną kandydatkę z gimnazjum Orzeszkowej, nasz prefekt odkrył, że dwóch kolejnych prezesów i takie filary Sodalicji, jak Stanisław Stomma i Jan Rudski, są członkami konspiracji.
Podówczas ja jedyny z naszej klasy byłem członkiem Petu. Wkrótce uzyskałem aprobatę na wtajemniczenie Czesława. Ten odludek, co się „owijał w samego siebie”, nie był znany w odpowiednich sferach i poza naszą klasą. Wtajemniczenie Czesława było wysoce pomyślnym wydarzeniem dla Petu i dla Czesława, który wielokrotnie entuzjastycznie pisze o tym: „przeżywałem rozkosze koleżeństwa w Pecie... szczęście bycia w zespole »wybranych« przy końcu szkoły i w początku Żagarów, niby w gronie Filomatów”.
Robiąc powyższe notatki dla jakiegoś przyszłego Jarosława Marka Rymkiewicza znalazłem się już na 13 stronie tej epistoły. To nieprzyzwoicie, to nadużywanie wytrzymałości adresatów, zwłaszcza teraz, kiedy otrzymują zewsząd nadmierną ilość korespondencji Bożonarodzeniowej.
A mnie chodziło o pisanie o wartościowaniu, na temat prawie jeszcze nie napoczęty poza wzmiankami o Józefie Potockim i Stanisławie Auguście. Gdybym ja, szofer, znalazł się na wystawie i nie wiedząc nic o historii nazwisk tych malarzy, zobaczył obok siebie bukiet ściętych kwiatów Marii Skoczylasówny-Urbanowiczowej, który widziałem w domu jej syna, i obraz słoneczników Van Gogha, myślę, że wybrałbym pierwszy, bo bardzo mi się podobał; a przecież w skali dolarowej drugi obraz jest parę tysięcy razy więcej niż pierwszy wart.
Renata Gorczyńska w „Kulturze” (paźdz., 1990) zastanawia się, co decyduje w Ameryce o trafieniu książki na listę bestsellerów. Czy omówienie książki w telewizyjnym dzienniku czy temat, dla fiction – gdzieś tam z pogranicza parapsychologii i science-fiction.
W dziedzinie nonfiction, bez przerwy od paru lat, znajduje się popularna książka A brief history of time, napisana przez słynnego uczonego angielskiego Stephena W. Hawkinga wkrótce po posiedzeniach w Castel Gandolfo dla uczczenia jubileuszu Galileusza.
Tak mało ludzi czytuje poezję, że do poetów trudno przyłożyć dolarową skalę. Bohdan U. mówi, że każdy człowiek ma swego poetę. „Moim poetą – mówi on – jest Miłosz”. Zastanawiałem się, czy dlatego tak mówi, że Miłosz to były jego kolega, i że Bohdan też gdzieś tam z Litwy zza Suwałk.
Można by rzec, że temat książki Hawkinga nasz poeta zawarł w strofie:

Wąż wczoraj drogę przebiegał o zmroku.
Starty oponą wił się na asfalcie.
A my jesteśmy i wężem, i kołem.
Dwa są wymiary. Tu niedosięgalna
Prawda istoty, tutaj, na krawędzi
Trwania nie-trwania. Dwie linie przecięte.
Czas wyniesiony ponad czas przez czas.

Przepisałem kiedyś tę strofę w liście do Bohdana. Bohdan nie poznał, że to Miłoszowskie, ale skomentował, że strofa mu się podobała.
Dla mnie, szofera, przywykłego do operowania śrubami i nakrętkami, strofa ta ma tyle „głębi”, że staje się niezrozumiała.
Niedawno czytałem list syna Władysława Montwiłła. Pochował on ojca, a na nagrobku wypisał strofę z wiersza Wyprawa do lasu:

Drzewa ogromne, że nie widać szczytu,
Słońce zachodząc różowo się pali
Na każdym drzewie jakby na świeczniku,
A ludzie idą ścieżką, tacy mali.

Taki wiersz, oczywiście, nawet szofer może zrozumieć.
W Roku myśliwego czytamy: W sierpniu 1987 Miłosz bierze udział w seminarium papieskim o Europie. Jan Paweł II udziału w dyskusji nie bierze, ale siedzi z boku za biurkiem z papierami i przysłuchuje się. Z Polaków obecni są ks. Tischner, Kołakowski, Jacek Woźniakowski i inni. Na zakończenie wieczór autorski. Miłosz czyta swoje poezje. Przy jakiejś okazji Jan Paweł mówi do Miłosza:
– „Bo Pan zawsze tak, jeden krok do przodu i jeden krok do tyłu”.
Miłosz odpowiada:
– Bo w obecnym wieku inaczej nie można”.
Miłosz pisze: „Mój kryzys religijny nie odbył się jednorazowo, nie zakończył się jasnym »tak« lub »nie«” (str. 67); i dalej: „Kierunek mojej poezji różni mnie od moich współczesnych jej głębokim przeżyciem” (str. 78).
Ostatnio czytany przeze mnie wiersz Miłosza Albo albo jest próbą siedzenia na dwóch stołkach, z konkluzją:

Ależ gdzież tam! Jakie albo-albo?
Od wieków żyją razem ludzie i bogowie.
Prośby są zanoszone, o zdrowie, o pomyślną podróż.
Nie żeby stale rozmyślać nad tym, kim był Jezus.
Gdzież nam, zwyczajnym ludziom, do Tajemnicy.

15 listopada 1989 Miłosz był podejmowany przez Radę Miejską i College Bostonu. Otrzymał klucze miasta. Udzielił wywiadu pismu studenckiemu, przedrukowanemu później w jezuickim czasopiśmie „America” (May, 12, 1990). Czytamy tam: „Wiara w dwudziestym wieku jest czymś zupełnie odmiennym niż w przeszłości wiara, na przykład, średniowiecznego człowieka. Dlatego, jeżeli ja mam wiarę, jest ona zaprawiona ironią, żartem i różnymi elementami nie do uniknięcia, kiedy się jest poddanym konfrontacji ze światem nauki odziedziczonym z XIX wieku”.
„Panie, pan się religijnie bałamuci. Pan tę maskę jutro zrzuci” – mówi Miłoszowi Kisiel.
Wkrótce po Miłoszu na katedrę Wszechnicy Jagiellońskiej wstąpił o. Józef Maria Bocheński, również odbierając doktorat honoris causa. Mówił on o „duchowej sytuacji czasu”, o potrzebie zerwania z antropocentryzmem w naszych pojęciach filozoficznych i religijnych. Miłosz jest wciąż przesiąknięty więcej niż stu zabobonami szetejnickiej wioski. Do swego Pana Boga może on się modlić nawet o deszcz. Może idee Bocheńskiego mogłyby pomóc powiązać razem dwa stołki dla wygodniejszego siedzenia na nich Miłosza.
Ignacy Święcicki