Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 54
W tym miesiącu: 266
W tym roku: 14945
Ogólnie: 295843

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

W Powstaniu, cz. IV

Autor: Adam Bogdanowicz
20-01-2015

Kolejny odcinek nie publikowanych nigdy wcześniej wspomnień Adama Bogdanowicza, porucznika AK, ps. Konrad.  Studia rozpoczął w latach trzydziestych na Wydziale Mechanicznym Politechniki Warszawskiej. W poprzednim odcinku opisuje nieudaną próbę przebicia się z Reduty Matki Boskiej przy Hotelu Polskim na ul. Długiej 29
do Śródmieścia. Wspomnienia wojenne spisał w 1989 roku.
Zdeprymowani nieudaną akcją i stratą tak wielu kolegów obsadzamy pośpiesznie dawne stanowiska na naszej Reducie, żeby Niemcy zorientowawszy się w krytycznej dla nas sytuacji, nie zrobili wypadu, bo mogłoby to skończyć się całkowitą katastrofą. Tadzik Schuch dowodzi i organizuje jako taką obronę. Ja z Witkiem Telakowskim idę na piętro, na taras, żeby zobaczyć, jak zachowują się Niemcy i gdzie się znajdują. Początkowo widać słabo, bo właśnie ledwo dnieje, poza tym widoczność utrudniają dymy snujące się tu i ówdzie na zgliszczach oraz poranna mgła. Stopniowo rozjaśnia się jednak i nagle widzę żołnierzy niemieckich do połowy zasłoniętych murem, ale to, co widzę jest wystarczającym celem dla mojego KB. Składam się, Witek przy mnie z PM-em, walimy na wszelki wypadek z obu luf. Rezultatu naszych strzałów nie zdążyliśmy jednak oglądnąć, bo w tej chwili widoczna zza muru jedynie ręka przerzuca nam granat trzonkowy i zaraz potem drugi. Widzę jeszcze jak lecą, robię instynktownie unik, chowając głowę i... grzmot, dym... lecę gdzieś po jakiś gruzach. Kiedy oprzytomniałem, leżałem parę stopni niżej, przed tarasem, całkowicie ogłuszony. Witek właśnie wstawał cały i zdrów. Coś do mnie mówił, ale ja nie słyszałem jeszcze. Próbuję podnieść się, co mi się udaje. Odczuwam silny ból w biodrze i kolanie, z głowy kapie krew. Obmacuję obolałe miejsca, ale stwierdzam, że chyba nic mi się poważnego nie stało. Słuch wraca po chwili. Oba kolana mam rozbite i spodnie z wyciętymi w tych miejscach dziurami. Głowa też cała, tylko dwie niewielkie ranki na czole i szczycie głowy mocno krwawiące. Przylatuje wezwana przez Witka sanitariuszka i opatruje mnie.
Zachodzę na parter, zajmuję teraz stanowisko na dole pod samotnie sterczącym kominem naprzeciwko sporych wymiarów wyrwy w murze, której mam pilnować na wypadek, gdyby Niemcy wpadli na pomysł zaatakowania nas z tej strony. Mam tylko 9 naboi i zapowiedź, że więcej nie dostanę w tym życiu. Mam więc robić od czasu do czasu jakieś hałasy, żeby Niemcy nie pomyśleli, że stanowiska są nieobsadzone i nie spróbowali nas odwiedzić, bo mogłoby to być groźne. Jest nas bardzo mało całych i zdrowych. Naloty na nasze pozycje tuż za nami trwają. Przy każdej detonacji komin, pod którym stoję, odchyla się od pionu, chwiejąc się raz w jedną, raz w drugą stronę. Nie mogę tego wytrzymać dłużej, wydaje mi się, że przy silniejszym wybuchu zleci mi ten komin na głowę. Robię sobie prowizoryczną osłonę z jakichś drzwi, czuję się lepiej pod takim daszkiem, choć wiem, że nie pomoże on w razie przewrócenia się komina.
Jest już południe. Tadzik obchodzi stanowiska z sanitariuszką. Daje mi chleb z marmoladą i coś, co udaje kawę. Na mój widok krzywi wymownie twarz, co oznaczać ma, że wyglądam okropnie, bo sanitariuszka aż syczy ze zgrozy. W rzeczywistości nie czuję się najgorzej i wytrzymuję jakoś do wieczora, kiedy to przychodzi zmiana, zmontowana z lżej rannych niedobitków. Schodzę więc na moje dawne leże w piwnicy; czuję się coraz gorzej, w miarę jak mija napięcie nerwowe. Boli mnie głowa, zresztą cały jestem obolały, ale przede wszystkim boli mnie noga. Kładę się spać w moim kącie, i mimo że nad głową, w mur od strony ulicy, jakaś niemiecka armatka w regularnych odstępach czasu bije ciągle w to samo prawie miejsce – zasypiam.
Rano idę znowu na stanowisko. Boli mnie głowa i biodro. Rozchodzą się wieści, że mamy ewakuować się kanałami. Nie chce mi się w to wierzyć. Przychodzi jednak Tadzik i potwierdza wiadomość. Rozpoczęła się już ewakuacja lekko rannych żołnierzy i różnych służb pomocniczych. Odchodzenie kanałami ma trwać aż do skutku, dzień i noc, według kolejności ustalonej przez dowództwo grupy Północ. Przejście obsługują przewodnicy z Miejskiej Służby Wodno-Kanalizacyjnej. Każdy oddział schodzący musi wylegitymować się odpowiednią przepustką z oznaczoną godziną wejścia do kanału. Porządku przy włazie pilnuje żandarmeria polowa z majorem Barrym na czele.
Ewakuacja kanałami
Otrzymuję rozkaz odejścia kanałem około godziny 14-tej, z częścią żołnierzy Dyonu. Otrzymujemy po jednej puszce konserw na drogę, broń oddajemy pozostającym. O wyznaczonej godzinie maszerujemy piwnicami do kamienicy, a właściwie do jej szczątków, położonej naprzeciw włazu, który znajduje się na rogu Długiej i Placu Krasińskich obok budynku Archiwum Akt Dawnych. Gromadzimy się na podwórzu, gdzie oprócz nas oczekują na swoją kolejkę też inne oddziały z różnych zgrupowań. Panuje tłok, a nad naszymi głowami przelatują od czasu do czasu stukasy, usiłując ulokować bombę w naszym tłumie. Na szczęście jakoś im się to nie udaje. Napięcie wśród oczekujących wzrasta. Od czasu do czasu, zdarzają się wśród nich objawy histerii. Szaleniec, ogarnięty histerią rzuca się do przodu, usiłując dostać się do kanału. Wtedy interweniuje żandarmeria. Nie można ryzykować powstania popłochu, gdyby histeria udzieliła się innym, więc gdy się taki wypadek zdarzy, krótka seria z PM-u i po sprawie. Okrutne to, ale cóż robić? Sam właz jest już w zasięgu ognia karabinowego niemieckiego. Od strony Placu Krasińskich osłania go mała barykada i niski okop, który schodzący do włazu muszą przebyć czołgając się. Mimo tego zabezpieczenia po obu stronach włazu leżą ciała tych, którzy nie dość nisko się czołgali, albo czołgając się, wychylili z okopu głowę. Żandarmi sprawdzają kolejność schodzących wg pisemnych rozkazów, które pokazuje dowódca schodzącego oddziału. Porządek pomimo ogromnego zagrożenia udaje się żandarmom utrzymać. Czekamy tak około godziny, czas dłuży się nam, niecierpliwość rośnie, ale stoimy spokojnie. Wreszcie wywołują mój oddział – pokazuję rozkaz i po kolei schodzimy, sam schodzę na końcu. Udało się bez wypadku – jesteśmy w kanale. Przewodnik poucza nas, jak mamy zachowywać się podczas przejścia. Przede wszystkim musi być zachowana absolutna cisza. Nie wolno też palić ani posługiwać się zapałkami. Były wypadki, że Niemcy, słysząc podejrzane głosy w kanałach wrzucali karbid, względnie lali benzynę do włazu. Idziemy, żeby nie pogubić się w ciemnościach, każdy idący dotyka ręką pleców swego poprzednika. Przed włazami przewodnicy zatrzymują pochód, sprawdzają, czy nie ma Niemców. Jeżeli właz nie jest przez Niemców obsadzony, pochód rusza dalej.
Idziemy bardzo wolno i ostrożnie. Polecenia przewodnika podawane są szeptem od przodu do tyłu. Niektóre kanały magistralne są przestronne jak piwnice dużych domów, a woda w nich, jeżeli to wodą można nazwać, sięga do kolan. Za to boczne kanały są wąskie i niskie, tak że trzeba było iść ze schyloną głową. Śmierdząca ciecz sięgała nam niekiedy do ramion. Konwojujemy między sobą rannego majora, który ma amputowaną część ręki i postrzał głowy. Jęczy cicho, ale idzie podtrzymywany przez nas – żeby tylko wytrzymał do końca przejścia... Bez większych komplikacji przechodzimy wolno pod zagrożoną strefą posterunków niemieckich. Słyszymy nieraz przejeżdżające nad nami czołgi. Na szczęście obyło się bez wypadków histerii oraz zasłabnięć. Wreszcie około 18-ej lądujemy przy włazie na ulicy Wareckiej. Po kolei wychodzimy przy pomocy klamer, w które są wyposażone włazy, a gdy tylko wychylimy się z włazu porywają nas i unoszą pomocne ręce sanitariuszek i żołnierzy.
W Śródmieściu
Jestem odurzony wyziewami kanałowymi i oślepiony blaskiem słońca, ogłupiały, zataczając się, idę przed siebie. Widzę, zdziwiony, zieleń trawników, drzewa jeszcze pokryte zielenią liści i szyby w oknach domów – coś niesłychanego, raczej nie widzianego od dawna. Ludzie patrzą na nas ze zgrozą, pytają czy nie potrzebujemy pomocy. Idę przed siebie bardziej automatycznie, niż świadomie kierując swoimi krokami i tak dochodzę do domu Braci Jabłkowskich, prawdopodobnie z przyzwyczajenia, kierując się na ulicę Widok, z którą tyle przecież mnie łączyło dotychczas. I wtedy ktoś mnie chwycił za ramię, mówiąc: „to przecież Adam Bogdanowicz!” Poznałem, był to inż. Chmielewski, z którym współpracowaliśmy w czasie okupacji. Mówił mi potem, że wyglądałem, jakbym wyszedł z piekła. Zaprowadził mnie do swojego domu, gdzie umyli mnie i wykąpali nie żałując na te oblucje żelaznego zapasu wody uzbierannej w wannie. Potem podali jedzenie – kluski i wino czerwone na wzmocnienie. Ale tu przeceniłem siły mego organizmu – zacząłem skręcać się z bólu, a właściwie to skręcały się moje kiszki. Jakoś jednak przeżyłem tę ucztę, która mogła być moją „Ostatnią Wieczerzą”.
Jak trochę ochłonąłem i wypocząłem, poszedłem na Solec do mieszkania Schuchów, żeby zdać relację, a przede wszystkim powiadomić matkę, że Tadzik żyje i niebawem ma przybyć tu tą samą drogą co ja (nie wiedziałem wtedy, że tuż po moim odejściu Tadzik został ranny). Pani Schuchowa, a właściwie mama Schuchowa, bo tak nazywaliśmy ją w firmie, powitała mnie, jakbym wrócił z zaświatów. Różne wieści dochodziły tu o Starówce, wieści straszne, w które nie chciała uwierzyć jako matka, której syn był tam, w tym piekle. Łzy i uściski, jakbym był jej rodzonym synem – tak witała mnie nasza wspaniała Mama Schuch. I wtedy dowiedziałem się od niej, obejmowany i całowany, że mama Zosi przebywa tu niedaleko, u ciotki Baumowej, u której znalazła schronienie po wybuchu powstania. Oczywiście poleciałem tam zaraz. Po tylu wytęsknionych godzinach i dniach wreszcie odnalazłem w tej „Apokalipsie” jakąś część mojej rodziny. Powitanie było pełne czułości. Wreszcie komuś bliskiemu mogłem przekazać, co czułem tam zamknięty w tym piekle, z którego zdawało się nam, że nigdy już nie wyjdziemy żywi, gdzie zobaczenie jeszcze raz chociaż kogoś z bliskich stawało się nieziszczalnym marzeniem. Dowiedziałem się wtedy od mamy Diehlowej, że wybuch powstania zastał ją na mieście i do domu na Bielanach nie mogła już się dostać. Póki działały telefony, mogła porozumiewać się z Krystyną, która wraz z Markiem została na Bielanach. O ojcu Zosi nie było wieści. Powstanie zastało go również na mieście, do domu już nie wrócił. Potem dowiedzieliśmy się, że ojciec, kiedy wybuchło powstanie, przebywał na terenie parafii ewangelickiej, przy kościele na Lesznie. Około 13-go sierpnia, po zajęciu Leszna przez Niemców, został wypędzony wraz z całą ludnością do Pruszkowa, skąd następnie został wywieziony do obozu koncentracyjnego w Oranienburgu, gdzie zginął, jak potem dowiedzieliśmy się.
Wśród bliskich
Po przywitaniu z mamą Diehlową i ciotką Baumową, poczułem się tak zmęczony i śpiący, że nie mogłem już dłużej opowiadać, rąbnąłem się spać i przespałem chyba całą następną dobę. Raz, czy dwa, w czasie tego odsypiania byłem budzony przez mamę, która chciała, żebym zeszedł do schronu, gdy zaczynało się bombardowanie lotnicze. Spałem dalej mimo bombardowania. Po nalocie słyszałem jakieś zawodzenia i płacze kobiet oraz śpiewy modlitewne dochodzące z podwórza, gdzie mieszkańcy domu odprawiali zbiorowe modlitwy pod kapliczką z obrazem Matki Boskiej. Po obudzeniu, mama Diehlowa (tak nazywaliśmy mamę Zosi) powiedziała mi, że była pani Schuchowa z wiadomością, że wrócił Tadzik, ale ciężko ranny i że został umieszczony w szpitalu na Drewnianej; powiedziała też, że powinienem jak najprędzej opuścić mieszkanie na Solcu i udać się do Śródmieścia, gdyż według posiadanych przez nią wiadomości, Niemcy mogą zająć Powiśle lada chwila. A co do Tadzika, zapewniła, że da sobie radę i z pomocą znajomych sanitariuszek przeprowadzi go ze szpitala do domu.
Dowiedziawszy się o tym, oprzytomniałem natychmiast i zacząłem zbierać się do wyjścia i po pożegnaniu się z ciotką Baumową i mamą opuściłem mieszkanie, kierując się w stronę Śródmieścia. Wypadki nie dały długo na siebie czekać: po krótkim, ale gwałtownym i niespodziewanym dla broniących tego odcinka ataku, Niemcom udało się opanować znaczną część Powiśla wkrótce po moim przybyciu na miejsce zbiórki oddziału. Nisko kuląc się, przekraczałem Nowy Świat pod osłoną barykady, która chroniła przed ostrzałem z budynku Banku Gospodarstwa Krajowego, gdzie siedzieli Niemcy ze swoimi „snajperami” (strzelcy wyborowi). Już po wojnie opowiedziała mi pani Schuchowa o dramatycznych chwilach, jakie przeżyła wyprowadzając Tadzia ze szpitala na Drewnianej. Po nalocie poprzedzającym natarcie niemieckie, w szpitalu trafionym bombami wybuchł pożar. Działy się tam sceny iście dantejskie. Pani Schuchowej udało się dotrzeć do szpitala z cywilnym ubraniem, w które przebrała Tadzia i przy pomocy znajomych wyprowadziła go do swojego mieszkania na Solcu. Następnego dnia opuścili Warszawę wraz z ludnością cywilną, którą Niemcy skierowali do Pruszkowa, stamtąd udało im się wydostać i osiąść w Leśnej Podkowie, gdzie doczekali wyzwolenia. Po zajęciu szpitala Niemcy wymordowali pozostających tam ciężko rannych powstańców oraz obsługujący ich do końca personel szpitalny.
Gotowi do dalszej walki
Po przekroczeniu drugiej przeszkody, jaką stanowiła linia Alej Jerozolimskich, przez którą również przeprawiać się trzeba było pod osłoną barykady, udałem się pod wskazany nam jeszcze na Starówce adres, gdzie mieli zbierać się żołnierze naszego oddziału po przejściu kanałów. O ile dobrze pamiętam, był to jakiś budynek na rogu Nowogrodzkiej i Placu Trzech Krzyży. Na miejscu zastałem już Witka Telakowskiego z Krystyną oraz Andrzeja Sołtyńskiego, do którego dołączyła jego przyszła żona Lala Sitkowska, pełniąca od tej chwili obowiązki sanitariuszki w naszym oddziale. Był też już Władek Stefanowicz, który wyszedł ze Starego Miasta jako jeden z ostatnich, ponieważ miał zadanie osłaniania wycofujących się żołnierzy ze stanowisk na Reducie Matki Boskiej. Jedynie nasze „naczelne” dowództwo nie dołączyło do zbierającego się Dyonu. Ranny „Bartkowski” z „Dudzikiem” i „Ryszardem” postanowili leczyć rany gdzieś w prywatnym mieszkaniu u swoich znajomych, gdzie pozostali aż do czasu kapitulacji. Dowództwo Dyonu objął kpt. „Jaśminek” (Janusz Berezowski), który przybył do naszego oddziału jeszcze na Starym Mieście, ale nie brał udziału w walkach z powodu rany głowy. Nasz Dyon z chwilą zebrania się na miejscu zbiórki liczył już tylko niespełna pięćdziesiąt osób; w grobach na Starówce pozostawiliśmy prawie jedną trzecią stanu początkowego, a znaczna ilość ciężej rannych leczyła się w różnych szpitalach polowych i domach prywatnych pod opieką swoich bliskich. Natomiast wszyscy prawie lekko ranni po opatrzeniu ran dołączali do oddziału i brali udział w dalszych działaniach. Pod koniec przybył na miejsce naszej zbiórki znany nam z okresu walk na Reducie Matki Boskiej por. „Leszek” z kilkoma uzbrojonymi po zęby chłopakami i zażądał ni mniej ni więcej tylko... żebyśmy oddali mu całą broń ocaloną ze Starówki. Wynikła z tego szamotanina, w wyniku której niefortunni „piraci” zmuszeni zostali do opuszczenia naszej kwatery w trybie przyśpieszonym.
Od Witka dowiedziałem się o okolicznościach towarzyszących ich zejściu do kanału i ranieniu Tadzika. Otóż niedługo po moim odejściu Tadzik obchodząc posterunki zauważył podkradających się przy murze na ul. Długiej żołnierzy niemieckich, kazał więc jednemu z naszych chłopców rzucić w nich granatem. Niefortunny rzut w zdenerwowaniu i – granat zamiast w Niemców, odbił się od futryny okna i rozerwał się pod nogami Tadeusza, raniąc go poważnie w udo. Po opatrzeniu ranny zostaje skierowany na punkt wyczekiwania, przed wejściem do kanału. Zdenerwowany, tracący siły z powodu dużego upływu krwi, Tadek chce jak najprędzej dostać się do kanału póki jeszcze trzyma się na nogach – zna wydane rozkazy: ciężko rannych nie wolno wpuszczać do kanału, tylko chodzących o własnych siłach. Następuje szamotanina z żandarmami mjr Barrego, usiłują go rozbroić, wreszcie interweniuje sam Barry, który zna Tadzika dobrze – uspakaja go i puszcza do kanału nie odbierając pistoletu. W kanale Tadzik czuje się bardzo źle, i mimo że podtrzymują go sanitariuszki, prawie mdleje. Zażywa łyk wody kolońskiej – jak mi później opowiadał panicznie bał się, żeby zemdlonego, nie rozdeptali idący po ciemku powstańcy. Kiedy jednak zatrzymali się na dłużej, poczuł znów, że mdleje, więc odbezpieczył rewolwer, ale nie zdążył na szczęście nacisnąć spustu – zemdlonego przed samym wyjściem z kanału na ul. Wareckiej wyciągnęły na powierzchnię sanitariuszki.                                   CDN

Adam Bogdanowicz