Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 65
W tym miesiącu: 277
W tym roku: 14956
Ogólnie: 295854

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

O tajemniczym kuferku i przodkach w Gwardii Pieszej Koronnej

Autor: Ewa Bernaciak
20-01-2015

Każda historia rodzinna obfituje w mniej lub bardziej wiarygodne opowieści, snute przy okazji spotkań, wspólnego celebrowania uroczystości czy w zaciszu domowych pieleszy, gdy wygasną emocje codziennej krzątaniny. Z czasem, nawarstwiające się doświadczenia kolejnych pokoleń przysłaniają i zacierają ostrość widzenia tego, co dawno minione, zniekształca się przekaz przez tyle lat i tyle ust przenoszony.
Wieść rodzinna wywodziła nasz ród z habsburskiej Austrii, a przybycie jego pierwszego przedstawiciela do Polski lokowała w okresie panowania króla Jana III Sobieskiego. Najkrócej rzecz ujmując: gdy król po wiktorii wiedeńskiej wracał do Polski, nasz daleki krewny dołączył do zwycięskiej armii.
A skąd to wiecie? — pytały „żółtodzioby”, wprowadzane w tajniki rodzinnej historii.  Na tego typu zaczepki była jedna, zawsze ta sama odpowiedź: to oczywiste, potwierdzały to dokumenty z kuferka pradziadka.
A gdzie kuferek? Zaginął przecież, jeszcze przed drugą wojną światową. I rozwijała się opowieść o peregrynacjach oraz nieszczęsnej przygodzie przodka z zardzewiałym gwoździem, który wbiwszy się w stopę, spowodował ostre zakażenie i zgon. Zwieńczeniem opowieści były osobliwe okoliczności zaginięcia wspomnianego kuferka (w kolejnych wersjach trochę inaczej ubarwiane). Czy ktoś te dokumenty czytał? Pradziadek nie pozwalał otwierać swojego kuferka. Jedyną osobą, której już w wieku trzech lat wolno było do niego zaglądać, była ulubiona wnuczka Janeczka (Sztetner, później Bernaciak). Nurkowała do wnętrza z ogromną radością i wynurzała się z kolejną zdobyczą, najczęściej książką, którą „ozdabiała” swoimi rysunkami. Zapamiętała z tych i trochę późniejszych „lektur kuferkowych” mnogość papierów, książek z różnych dziedzin z dziwną, starą pisownią.
Pewnego razu rezolutna „odkrywczyni”, wykorzystując nieuwagę dziadka, dokonała samowolnej próby zażycia tabaki z kuferkowej, reprezentacyjnej tabakiery. Spowodowało to niebywałe kichanie z obfitym łzawieniem, co wykluczyło utrzymanie wydarzenia w tajemnicy. Pradziadkowi dostała się reprymenda za nadmierną pobłażliwość dla poczynań dziecka.
Fantazji naszym rodzinnym „bajarzom” nigdy nie brakowało, niektóre nazbyt malownicze czy mało prawdopodobne wersje wydarzeń przesiewaliśmy przez gęste sito, co nie stało w sprzeczności z wielkim zainteresowaniem, jakim te opowieści darzyliśmy. Barwne, ciekawie podane, urozmaicały rodzinne spotkania, budowały świadomość przynależności do wielopokoleniowej, rozgałęzionej rodziny.
Ewangelickie wyznanie i pochodzenie z Austrii uznaliśmy za wiarygodne — nazwisko Sztetner, choć spolszczone, daje wyraźną wskazówkę niemieckojęzycznego obszaru pochodzenia. Opis okoliczności osiedlenia się pierwszych członków rodziny w Polsce oraz wielu późniejszych faktów i wydarzeń stale budził nasze wątpliwości. Ku naszemu zaskoczeniu, dalszy krewny, dochodząc wiarygodności rodzinnego przekazu, znalazł trop w archiwum. Materiał okazał się ciekawy, dlatego poprosił rodzinę o wsparcie w dalszych poszukiwaniach.


Gwardiacy kontra sascy drabanci
Trop wiedzie do oficerów Gwardii Pieszej Koronnej: Jana, prawdopodobnie protoplasty rodu, i jego dzieci: Jana Fryderyka, Jana Teodora, Jana Filipa i Henryka Wilhelma Stettnerów oraz dwu pań: Barbary i Anny Stettnerówien, których mężowie także służyli w Gwardii.
W czasie pokoju Gwardia Piesza Koronna, jako straż przyboczna króla, pełniła warty przy zamku królewskim. Swą stałą obecnością, rytuałami i paradami towarzyszącymi świętom i ważnym wydarzeniom, wrosła w krajobraz ówczesnej Warszawy. Żołnierze i oficerowie pięknie prezentowali się w barwnych i kunsztownie zaprojektowanych mundurach. Jest kilka, mniej lub bardziej poważnych opracowań poświęconych Gwardii Pieszej Koronnej, jednak żadne z nich nie opisuje codziennego życia gwardzistów tak barwnie, jak Jędrzej Kitowicz w swoim „Opisie obyczajów za panowania Augusta III”:
„Gwardia piesza koronna zawsze asystowała królewskiemu pałacowi i zamkowi, zaciągając warty swoje i odwachy do pierwszych bram tychże gmachów: czy był król w Polszcze, czy nie był, z tą różnicą, iż kiedy się król znajdował w Warszawie, to ich ciągnęło więcej i z kapelą, i z chorągwiami...”
Poznajemy nie tylko zaszczytne obowiązki, lecz także niezbyt chlubne formy rozrywki czy niechęć do paradnych drabantów saskich (przedmiotu królewskiej dumy), dobieranych idealnie według wzrostu i urody, co prowokowało gwardzistów do „utarcia im nosa” i zeszpecenia lica. Nie pomagały upomnienia, nagany, gniew króla i srogie kary. „Najmilszą mieli zabawę z drabantami królewskimi (był to regiment saski konny z ludzi najpiękniejszych twarzy i wzrostu niemal olbrzymiego złożony). Za tymi tedy drabantami gwardiacy chodzili jak myśliwi za zwierzem, a gdzie tylko z nimi zwarzyli bitwę, regularnie ich porąbali, a najwięcej po twarzach, haniebnie szpecąc przeciętymi nosami, policzkami. […]. Król haniebnie się gniewał o swoich drabantów na oficjerów gwardii i generała, że nie mogą utrzymać żołnierza, aby mu tej psoty nie wyrządzał.”
By zakończyć tę bezsensowną rywalizację, król odesłał drabantów do Saksonii, a ich następcy już nie stanowili wyzwania dla gwardzistów.


Trzech braci gwardzistów w 15. regimencie
Pierwszym etapem naszych poszukiwań było Archiwum Główne Akt Dawnych, w którym prześledziliśmy inwentarze a następnie mikrofilmy dokumentów z kancelarii królewskiej, tzw. Księgi Kanclerskie, odnotowujące m.in. uzyskane patenty oficerskie i awanse. Następnie przeszukaliśmy ocalałe osiemnastowieczne dokumenty parafii ewangelickiej w Warszawie (księgi metrykalne itd.). Zasób jest skromny, więc i poszukiwania nie mogły być efektywne (szczęśliwie nie były całkowicie bezowocne, bo byłoby to deprymujące dla takich, jak my nowicjuszy).
Niezwykle cennym źródłem informacji okazało się wspaniałe opracowanie autorstwa Machyni i Srzednickiego1, dzięki któremu mogliśmy prześledzić historię służby naszych gwardzistów oraz „odkryć” istnienie dwu Sztetnerówien. Dowiedzieliśmy się także, że Jan Fryderyk, Jan Teodor i Henryk Wilhelm byli braćmi. Czy bracia mogli nosić to samo imię Jan? — dziwiliśmy się. A synowie króla Zygmunta III: Jan Kazimierz i Jan Albert — podpowiadała rezolutnie kuzynka.


Jan Fryderyk
Najstarszy z braci, Jan Fryderyk służył w gwardii od roku 1749 przez ponad 40 lat. Zaczynał jako kadet za króla Augusta III Wettina, zakończył jako podpułkownik za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. W 1768 r. został przyjęty w poczet szlachty polskiej (z dotychczasowym herbem). Dokument nobilitacji z pięknym autografem króla Stanisława Augusta znajduje się w zbiorach Biblioteki Zamku Królewskiego. Po podziale gwardii został przeniesiony jako pierwszy podpułkownik do 15 regimentu 19 lipca 1792 r. Będąc wierny królowi przystąpił do konfederacji targowickiej.


Jan Teodor
O średnim bracie, Janie Teodorze, dotychczas wiemy niewiele, poza przebiegiem służby wojskowej w gwardii, od maja 1757 r. W 1794 r. wybrał inną opcję polityczną niż jego brat, wsparł bowiem powstanie kościuszkowskie jako kapitan z kompanią w 15. regimencie.
Inwentarz AGAD2 odnotowuje istnienie sporządzonych przez niego w 1794 roku kilkudziesięciu raportów dziennych, wskazujących liczbę broni palnej i białej, naprawionych w koszarach gwardii oraz bieżące stany wód Wisły (z podaniem różnicy w stosunku do dnia poprzedniego).
W niedawno wyszukanym katalogu aukcyjnym3, znalazłam zdjęcie z opisem jego patentu oficerskiego. Dokument nosi datę 16 marca 1786 r. i jest opatrzony odręcznym podpisem Stanisława Augusta oraz pieczęcią wielką kancelarii koronnej. Z wiadomych powodów nigdy nie dowiemy się, kto sprzedawał oraz czy i przez kogo został kupiony. Jeśli jednak była to instytucja publiczna, istnieje szansa na odnalezienie.


Henryk Wilhelm
– prezydent Torunia
w czasach Księstwa Warszawskiego
Najmłodszy z braci, Henryk Wilhelm (ur. 1742), służył w gwardii od 2 marca 1768. W dniu 19 lipca 1792 r. przeniesiony do 15. regimentu w randze podpułkownika. Z porównania dokumentów wynika, że dwaj bracia (Jan Fryderyk i Henryk Wilhelm) zostali przeniesieni do 15. regimentu tego samego dnia. Ponieważ każdy regiment miał dwóch podpułkowników, pewnie się wtedy mówiło, że 15-tym rządzą Stettnerowie.
Po utracie przez Polskę niepodległości najmłodszy z braci rozpoczął karierę cywilną. Niespodziewanie trafiamy na jego ślad w Toruniu, z czasów Księstwa Warszawskiego, gdzie w r. 1809 został mianowany prezydentem miasta: „W lutym 1809 r. Toruń został jednym z czterech (z Warszawą, Poznaniem i Kaliszem) miast municypalnych, wydzielonych i podległych bezpośrednio prefektowi. Nowym prezydentem, który pełnił tę funkcję aż do upadku Księstwa, został były wojskowy Henryk Wilhelm Stettner”.4
 Już w pierwszym roku urzędowania wziął udział w uroczystości położenia kamienia węgielnego pod budowę pomnika Mikołaja Kopernika. Zajrzyjmy znów do źródeł. Ks. Ignacy Polkowski w biografii Kopernika pisze: „Po tem postanowieniu Rady Stanu pryncypalny autor tej pięknej myśli X. Stanisław Staszyc na żądanie ministra Spraw wewnętrznych Jana Łuszczewskiego następujący spisał program założenia kamienia węgielnego pod pomnik Kopernika w Toruniu. […] Założenie węgielnego kamienia pod tym monumentem ma być z największą uroczystością uskutecznione w dniu 12 sierpnia 1809 roku.”
Następuje dokładny opis przebiegu uroczystości, wraz z tekstem „zagajonej mowy”. „Po tej mowie zakładał kamień węgielny z właściwą uroczystością: Antoni Gliszczyński prefekt departamentu bydgoskiego, Stanisław Woyczyński Jenerał gubernator miasta Torunia, Twarowski podprefekt powiatu toruńskiego, Stettner prezydent miasta Torunia, w przytomności władz departamentowych i obywateli. …Po skończonym obrządku dany był obiad na sto osób…”
W cztery lata później 2 czerwca 1812 r bierze udział w ceremonii powitalnej Napoleona. Przebieg wizyty cesarza Napoleona w Toruniu znajdujemy w kilku publikacjach, jednak najbardziej dostępne są autorstwa A. Nieuważnego, zamieszczone w Internecie:
„20 maja, prezydent municypalności «głównego miasta Torunia», były pułkownik wojsk polskich Henryk Wilhelm Stettner, otrzymał elektryzującą wiadomość, że miasto gościć ma niebawem główną kwaterę samego «boga wojny» — cesarza Napoleona. Wizyta Imperatora wywołała zrozumiałe ożywienie i zdenerwowanie wśród władz miejskich, którym sekundowali z Bydgoszczy urzędnicy departamentalni. Władze miejskie wytypowały szereg domów, które uznano za godne przyjęcia licznej świty cesarskiej. Samemu Napoleonowi przeznaczono tzw. Hotel de Varsovie, nazywany także od umieszczonego na nim godła Białym Orłem, wcześniej zaś — od pełnionej do 1807 r. funkcji — staromiejskim domem weselnym.”
Janusz Staszewski w swoim opracowaniu5 wyraża się o prezydencie pochlebnie: „rodem z Warszawy, w czasach Rzeczypospolitej służył w gwardii koronnej, gdzie osiągnął stopień pułkownika. Miał on opinię światłego patrioty i dobrego, przykładnego urzędnika.”
Lekkim cieniem na tej pięknej opinii kładą się późniejsze wydarzenia. Gdy król pruski, Fryderyk Wilhelm III ogłosił orędzie do narodu, w którym apelował o zrzucenie napoleońskiego jarzma, Niemcy toruńscy podjęli usilne starania o ponowne wcielenie miasta w granice państwa pruskiego. Prezydent Stettner, „przeczuwając zapewne doniosłe zmiany polityczne, zgodził się na wysłanie z łona rady deputacji składającej się z dyrektora sądu Diestla, karmelarza Melliena i kupca Voigta do głównej kwatery królewskiej we Frankfurcie nad Menem.”6 Jak się później okazało, członkowie owej deputacji nie szczędzili ostrych słów dla opisania sytuacji w mieście pod rządami Polaków.
W trakcie kongresu wiedeńskiego (1815 r.) los Torunia długo pozostawał nierozstrzygnięty; car rosyjski i król pruski nie chcieli rezygnować ze wspaniale ufortyfikowanego miasta. Natychmiast po uzgodnieniu przynależności Torunia do Prus, a jeszcze przed opuszczeniem miasta przez wojska rosyjskie, została ustanowiona nowa administracja pruska. Dalszych losów Henryka Wilhelma jeszcze nie znamy.


Jan Filip – nasz przodek
Jest jeszcze jeden gwardzista — Jan Filip. Mimo, iż mamy o nim i jego rodzinie najwięcej informacji, bo to od niego wywodzi się nasza rodzinna gałąź, to dotychczasowe próby umiejscowienia go w gwardii spełzły na niczym. Nie wymienia go cytowana wcześniej monografia ani Księgi Kanclerskie, jednak jego służbę i rangę podpułkownika potwierdzają inne publikacje, m. in.: E. Szulca7: „Jan Filip Stettner (zm. przed 1820). Podpułkownik Wojska Polskiego, przez 46 lat służył w regimencie Gwardii Pieszej koronnej, w 1807 r. w testamencie zapisał dużą sumę pieniędzy na szpitale dla ubogich chrześcijan; aktywny działacz parafialny”; oraz Wiktora Kornatowskiego poświęcona upadłości sześciu największych banków polskich w 1793 roku (co było jedną z przyczyn zapaści gospodarczej kraju). Pułkownik Jan Filip był jednym z wierzycieli banku Kabryta, czyli mówiąc wprost, stracił pieniądze w tym banku zdeponowane. Powierzono mu wtedy (m. in. wraz hr. Tarnowskim) zarząd domami Kabryta w Warszawie, czyli został jednym z administratorów masy upadłościowej.8
Fakt służby Jana Filipa w gwardii potwierdza także (choć pośrednio) kilka niedawno odnalezionych dokumentów rodzinnych, m.in. jego własny testament, który  ponadto jest dowodem istnienia więzi rodzinnej z Henrykiem  Wilhelmem. Jan Filip czyni go, jako swego brata, głównym wykonawcą ostatniej woli. Nie pozostaje nic innego, jak ponowne sprawdzenie Ksiąg Kanclerskich, być może przeoczyliśmy wpis, dotyczący jego osoby. Przypuszczam, że w opracowaniach dotyczących gwardii skrót „Jan F.” mylnie przypisywano tylko Janowi Fryderykowi.  
Wiele informacji o gwardzistach można by uzyskać z napisów nagrobnych; niestety stary cmentarz ewangelicki tuż za koszarami gwardii (obecnie teren warszawskiej Cytadeli) położony na wiślanej skarpie już nie istnieje. W kilku opracowaniach pojawiają się natomiast informacje o posiadłościach rodziny Stettnerów — wszystkie usytuowane w dzielnicy Fawory (dzisiejszy Żoliborz). Odnajdujemy Stettnerów w dworkach, głównie drewnianych, jak większość ówczesnej zabudowy, na ulicach: Pólkowskiej, Gwardii oraz Śmiałej. Niemal wszystkie dworki na tym terenie zostały zburzone; musiały ustąpić miejsca budowie carskiej cytadeli w latach 1822–34, zawłaszczającej dawne koszary gwardyjskie. Car chyba dosłownie chciał zrównać z ziemią pamięć o gwardii.


Na koniec jeszcze jeden Jan
Ten Jan pozostaje dotychczas najbardziej tajemniczy — wiemy tylko, iż służbę w regimencie gwardii rozpoczął jako szeregowy od lutego 1729 r., czyli jeszcze za panowania króla Augusta II. W czerwcu 1757 roku uzyskał stopień kapitana z kompanią. Zmarł przed 29 kwietnia 1777 r.  (to jest data objęcia jego stanowiska w gwardii przez następcę). Ponieważ trzech braci miało na pierwsze imię Jan, być może był on ich ojcem.
Daleko nam jeszcze do uzyskania pełnego obrazu historii rodzinnej, ale są już solidne kontury, które powoli wypełniamy. Nazwisko Stettner pojawia się w bardzo wielu miejscowościach dawnej i współczesnej Polski (oraz poza jej granicami), lecz już wiemy, że nie wszyscy są z nami spokrewnieni. Większość naszych współczesnych linii jest wywiedziona „po kądzieli”. Dzięki pojawieniu się bibliotek cyfrowych i ich stale wzbogacanym zbiorom część poszukiwań można już prowadzić w domu, co jest ogromnym ułatwieniem. Ostatnio nawet ktoś z rodziny wyszukał informację, że król Sobieski przed bitwą wiedeńską zatrzymał się na kilka dni w zamku Stetteldorf, czyli w regionie, z którego wg naszej wiedzy wywodzili się Stettnerowie. Biorąc pod uwagę rodzinne tradycje wojskowe, wersja z dołączeniem do powracających w chwale wojsk Sobieskiego jest prawdopodobna.
Czy kuferek pradziadka zawierał dokumenty mogące potwierdzić wszystkie, przekazywane nam opowieści? Już nie będziemy tego dociekali. Skoro tak długo pełnił symboliczną rolę skarbnicy pamięci rodzinnej, niechaj tak pozostanie.
A tak na marginesie, austriacka gałąź rodziny dawno wygasła, natomiast polska jest tak rozgałęziona i liczna, że żaden kuferek tego nie pomieści.



Ewa Bernaciak


Na zdjęciu Król Stanisław August w stroju Gwardii Pieszej Koronnej (warsztat M. Bacciarellego, ok. r. 1784). Król bardzo lubił się portretować, a strój gwardzistów był rzeczywiście paradny: składał się z kurtki koloru czerwonego z wyłogami barwy białej, kamizelki, spodni i kamaszy (które nie były rodzajem butów, a getrami) również w kolorze białym oraz czarnego kapelusza trójgraniastego wykonanego z filcu bądź kaszkietu, Guziki przy kurtce noszone zarówno przez szeregowych, jak i oficerów były w kolorze złotym. Gwardiacy nosili także doczepiany męski warkocz tzw. harcap, który był nie tylko ozdobą, ale również chronił kark żołnierza przed cięciem szablą. (red.)