Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 58
W tym miesiącu: 354
W tym roku: 15033
Ogólnie: 295931

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Kapitulacja i opuszczenie Warszawy

Autor: Bill Biega
22-01-2015

Gdy ogłoszono kapitulację, wróciłem do szpitala na Koszykową jako ranny, a żona jako sanitariuszka poszła tam wraz ze mną. 5 października, gdy już wszyscy z Warszawy wyszli, pozostaliśmy jeszcze w tym szpitalu. Później Niemcy wywieźli nas stamtąd do obozu Stalag IV B. Był to obóz szpitalny. Ten pociąg sanitarny to był niemiecki wojskowy pociąg sanitarny, co prawda wagony towarowe, ale dobrze urządzone z pryczami, kuchenkami. Ja z żoną i z dr. Witali, który mi uratował rękę, i z jego żoną jechaliśmy w jednym wagonie i stary niemiecki feldfebel dla nas gotował. Pociąg jechał przez Łódź, tu SS zatrzymało pociąg, kazali nam wszystkim wysiąść i przewieźli nas tramwajami do obozu koncentracyjnego, gdzie dawniej trzymano Żydów. Myślimy — niedobrze! Ale wojsko — Wehrmacht uparło się i w cztery godziny później załadowali nas z powrotem na tramwaje i do pociągu. Były zdaje się jakieś tarcia między SS a Wehrmachtem i na całe szczęście dla nas Wehrmacht postawił na swoim i zabrał nas z powrotem do pociągu, a SS zniknęło. Zawieźli nas do Zeitheim Stalag IV B koło Mühlberga. W tym obozie siedzieli Rosjanie, ale w oddzielnej części, Włosi, Francuzi i mała grupa Polaków z 1939 r., ale wszyscy byli od siebie oddzieleni. Do Zeitheim przybyły dwa takie pociągi. W jednym był cały ekwipunek szpitalny, nawet rentgeny — po prostu całą aparaturę szpitalną wywieziono ze szpitali warszawskich. Jechali z nami wyszkoleni lekarzy i mieliśmy wyekwipowane sale operacyjne. Niemcy pozwolili nawet jechać rodzinom lekarzy — były dzieci, a nawet psy!
Zeitheim i Mühlberg leżały po wschodniej stronie Łaby, w połowie drogi między Lipskiem a Dreznem.
W połowie kwietnia zaczął zbliżać się front, podczas dywanowego bombardowania Drezna alianckie bombowce przelatywały nad nami.
 Pewnej nocy do naszego baraku przyszedł Niemiec i obudził męża zaufania naszego polskiego obozu z wezwaniem natychmiastowego stawienia się w kancelarii obozowej. W kancelarii byli już mężowie zaufania — włoski, francuski i Polaków z 1939 r., ale Rosjan nie zaproszono. Komendant obozu powiedział: Die Krieg is schluss, die Russen sind schon da [wojna jest skończona, wkrótce będą tu Rosjanie], tutaj są klucze do obozu. Aufwiedersehen [Do widzenia]. Wsiadł w samochód i pojechał. Byliśmy wolni.
Jednak pułkownik Strehl, główny dowódca naszego obozu, postanowił usłuchać zalecenia gen. Eisenhowera, który nawoływał, aby jeńcy nie opuszczali obozu i czekali, aż przyjdą wojska oswobodzicielskie. Dlatego zarządził, że zamyka obóz i nikt nie może wychodzić. Nie myślał o tym, że Eisenhower mówił oczywiście o strefie amerykańskiej. Więc ja wraz z żoną i kilku innych, w tym polscy oficerowie z wojska francuskiego, zrobiliśmy dziurę w siatce i wyszliśmy. To wszystko było bardzo ryzykowne, bo musieliśmy przejść przez tereny zajęte przez Niemców.
Najtrudniej było przekroczyć Łabę, gdzie został postawiony most pontonowy, bo zwykły został zbombardowany, przypuszczalnie przez Amerykanów. Mostu pilnowało SS. Ale akurat szła konwojowana przez sierżantów niemieckich grupa jeńców brytyjskich, których Niemcy ewakuowali na zachód. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego to robią, przecież mogli ich zostawić, aż przyjdą Rosjanie. Jeden z moich kolegów, który mówił świetnie po niemiecku, podszedł do głównego sierżanta, poczęstował go amerykańskimi papierosami, które dostaliśmy w paczkach, a ja rozpocząłem rozmowę z Anglikami. Anglicy swoje szeregi trochę rozszerzyli i myśmy się wmieszali pośrodku pomiędzy najwyższych jeńców, a były przecież z nami dwie kobiety! I w ten sposób przeszliśmy przez most. Po dwóch, trzech kilometrach podziękowaliśmy Anglikom i poszliśmy swoją drogą.
Kolejną noc spędziliśmy na farmie niemieckiej, gdzie pracowali Polacy: dali nam miejsce do spania w stodole, przynieśli jedzenie, ale w nocy zaczął się ostrzał artyleryjski — strzelała sowiecka artyleria z drugiej strony Łaby. Wtedy postanowiliśmy, że trzeba wstawać i iść dalej. Nie było to jednak proste, bo Niemcy przygotowali okopy na wypadek obrony przed Sowietami, przejście w nocy przez ten teren było niebezpieczne. Ale akurat znowu szedł konwój taki sam jak przedtem tylko z jeńcami amerykańskimi; procedura się powtórzyła, wmieszaliśmy się między jeńców, szliśmy z nimi całą noc, a nad ranem odłączyliśmy się znowu. Muszę powiedzieć, że jeńcy amerykańscy byli w dużo gorszym stanie fizycznym niż Brytyjczycy — może dłużej siedzieli w obozie.
Wieczorem następnego dnia dochodzimy do małego miasteczka szpitalnego, z dużym szpitalem i czerwonymi krzyżami namalowanymi na dachach. W każdym miasteczku niemieckim, jak wiadomo, jest rynek i ratusz. Na rynku widzimy jakiś konwój, ciężarówki, ambulanse; okazuje się, że Niemcy ewakuują na zachód rannych ze wszystkich szpitali, aby się nie dostali w ręce rosyjskie. I znowu nasz kolega, który mówił świetnie po niemiecku, wypatrzył, kto jest naczelnym wodzem ewakuacji, podszedł i zaczął rozmawiać z pułkownikiem. Pułkownik chętnie zgodził się nas zabrać ze sobą, bo uznał, że jeńcy alianccy przydadzą się przy przejściu na stronę amerykańską.
Mnie wsadzono do samochodu sanitarnego jadącego na samym przedzie konwoju. Siedzę obok szofera z Niemką, schwester, która się pyta, czy to prawda, że Amerykanie gwałcą wszystkie kobiety. Odpowiadam: „Chyba tylko Himmler mógł nagadać takich głupstw”. Dojechaliśmy do następnego miasteczka, Mützchen, tu konwój zatrzymał się, bo wojsko niemieckie nie chciało dalej puszczać. My tymczasem poszliśmy do małej karczmy, takiej typowej niemieckiej Bierstube, i poprosiliśmy, żeby nam podano coś do jedzenia. Kelner przyniósł zupę. Widzimy, jak przy stolikach obok siedzą oficerowie niemieccy i pilnie się nam przyglądają. W pewnym momencie podchodzi do nas Burgermeister [burmistrz] miasteczka, staje na baczność, salutuje i mówi: „Meine Herren, ich grüsse euch, die Amerikanen sind schon da [Panowie, pozdrawiam was, wkrótce tu będą Amerykanie]. Białe flagi wiszą już na wieży ratusza”. Można by powiedzieć, że burmistrz poddawał miasto przed grupą eks-więźniów! A ci niemieccy oficerowie siedzą, wszystko słyszą i nic nie mówią.
Następnie Polacy, którzy tam pracowali, zabrali nas do „swojego” domu, zdaje się, że to był młyn, dali nam jedzenie, a właściciele domu odstąpili nam łóżka do spania. Ale nad ranem patrzymy: biała flaga w dalszym ciągu wisi na ratuszu, a Amerykanów jak nie ma, tak nie ma.
Postanowiliśmy ruszyć dalej.
Po kilku kilometrach doszliśmy do miejsca, gdzie na polu były setki, może tysiące ludzi różnych narodowości: Niemcy, Francuzi, Norwedzy, Holendrzy, Australijczycy, jeńcy z obozów, cywile. Pytamy, co się dzieje? Okazuje się, że Amerykanie nikogo nie przepuszczają. To było miasteczko Grimma nad rzeką Mülde. Później się dowiedziałem, że w Teheranie ustalono, że rzeka Mülde będzie granicą, Amerykanie mają tam stanąć i dalej się nie posuwać. Zamiast prowadzić dalej ofensywę na wschód, oni siedzieli i czekali.
Poszedłem już sam drogą, widzę, stoi na szosie czołg, podchodzę bliżej, a z małego okopu wyskakują żołnierze amerykańscy. Pierwsze pytanie Amerykanów było: „Gdzie ci Rosjanie? My tu od tygodnia na nich czekamy”. Tłumaczę im, kim jesteśmy. Żołnierze wezwali oficera. Powodem tego, że nikogo nie przepuszczali, było to, że miasto Grimma po drugiej stronie rzeki było już przeładowane uciekinierami i amerykańskie wojsko nie wiedziało, co z tym fantem zrobić, musieli wyżywić tych wszystkich ludzi, dlatego nie chcieli już więcej osób przyjmować. Amerykanie mieli także problem z tym tłumem, bo mówili tylko po angielsku i nie mogli się dogadać. Oficer amerykański poprosił więc, bym wrócił i podzielił wszystkich na grupy: byłych jeńców alianckich, cywilów alianckich, a Niemcom kazać wrócić z powrotem do domów. I tak zrobiliśmy, podzieliliśmy ten tłum na narodowości. Nasza grupa to zorganizowała, było nas około dziesięciu, niektórzy z nas mówili prawie wszystkimi językami. Za pół godziny podjechał samochód, wyskoczył z niego major, który oznajmił, że ma pozwolenie wszystkich byłych jeńców przepuścić. Jak przejdą jeńcy, to potem pozwoli przejść cywilom alianckim. I tak się stało. I w ten sposób zaczęła się moja kariera jako oficera łącznikowego.

Wysłuchała Dorota Giebułtowicz
Warszawa, 3 sierpnia 2014 r.