Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 46
W tym miesiącu: 258
W tym roku: 14937
Ogólnie: 295835

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

W Powstaniu (cz 7)

Autor: Adam Bogdanowicz
22-01-2015

Po krótkotrwałym przypływie nadziei, spowodowanym zajęciem Pragi przez wojska I-szej Armii Wojska Polskiego i oddziały radzieckie, przyszły dalsze straty i klęski, a w szczególności upadek Czerniakowa, z którym wiązaliśmy nadzieję połączenia się z wojskami nacierającymi od strony Pragi. Gdy upadł Czerniaków, wiedzieliśmy, że koniec powstania jest już przesądzony. Padł również Mokotów. Widzieliśmy wojska nasze wycofujące się kanałami, jak niegdyś my, z zajmowanego przez Niemców Starego Miasta. Czy moi rodzice przeżyli walki w tym rejonie? Gdzie są teraz? Byłem tu niedaleko naszego dawnego mieszkania na Pięknej — mieszkanie to, po pisarzu Dołędze-Mostowiczu* wynajęliśmy, jak Niemcy kazali nam opuścić nasze mieszkanie na ul. Widok. Teraz dom znajduje się w strefie niczyjej. Nasze patrole docierały tam. Mieszkanie podziurawione pociskami, ale dom stoi niespalony. Dziwne to tak walczyć obok własnego domu, z którym łączyłem tyle wspomnień.
Przed upadkiem Czerniakowa dowództwo planowało uderzenie naszych oddziałów w kierunku tej dzielnicy, żeby przebić się do walczących tam jeszcze powstańców i resztek kościuszkowców. Ale na szczęście dla nas, zrezygnowano z tego pomysłu, który nie miał zresztą prawie żadnych szans powodzenia. Alarm odwołano, gdy czailiśmy się gotowi do skoku przez Aleje, jak tylko zostanie wysadzony parkan żelazny, oddzielający nas od ulicy.
 Potem, kiedyś w czasie nocnej służby w bunkrze przy budynku dawnej ambasady francuskiej zdarzył mi się komiczny wypadek z moim przybocznym greckim Żydem Chaimem. Podczas gdy ja leżałem przy rkm-ie w bunkrze, mój Grek pozostawał w pogotowiu w piwnicy, skąd było przejście do mnie rowem, specjalnie w tym celu wykonanym. W pewnej chwili Witek Telakowski, pełniący tej nocy służbę jako inspekcyjny oficer naszego zgrupowania, obchodził placówki i raptem, gdy wszedł do mojej piwnicy, został zastopowany donośnym „Halt”, od którego włosy mu się podniosły na głowie, jak mi to później opowiadał. Tylko spóźniony refleks mojego przyjaciela Witka i byłoby po moim „piętaszku” — który to właśnie krzyknął owe „Halt”, ze strachu prawdopodobnie, a także dlatego, że to właśnie słowo wbite w podświadomość jakoś w tej chwili mu się przypomniało. Witek, gdy przyszedł potem do mnie do bunkra, aż trząsł się z doznanej emocji. Myślał bowiem, że Niemcy opanowali moją placówkę i pierwszym odruchem było strzelanie w miejsce, skąd doszło go owe „Halt”.
Po wyjściu z niewoli, którą odbywałem po upadku powstania, przedziwnym trafem spotkaliśmy się z tym Grekiem w Hamburgu. Nie miałem gdzie spędzić nocy, gdyż byłem na tzw. „polskim urlopie”, więc przechadzałem się po peronie dworca kolejowego, czekając na pociąg, którym rano zamierzałem udać się na południe do Monachium. I wtedy na swojej drodze spostrzegłem idącego w moją stronę majora angielskiego, a gdy prawie mieliśmy się minąć, major nagle zbliżył się do mnie i objąwszy mnie czule zaczął obcałowywać. Poznałem w majorze mojego Chaima z powstania, który pamiętnej nocy tak przeraził Witka. Uradowaliśmy się obaj tym niezwykłym spotkaniem, a ja skorzystałem, bo mój major zostawił mi do dyspozycji swoją kwaterę w Hamburgu. Sam jechał właśnie na urlop do Francji. Znając języki francuski i angielski był zatrudniony w jakimś sztabie brytyjskich wojsk okupacyjnych. Po upadku powstania wraz z naszymi chłopcami poszedł do niewoli, podając się za Francuza. Niemcy jakoś nie rozpoznali w nim zbiega z Gęsiówki, więc udało mu się przeżyć.



Placówka w „Bułgarce”
W czasie walk w Śródmieściu odwiedzała nas parokrotnie w „Bułgarce”, jak nazywaliśmy naszą kwaterę, Zosia Schuch, która skądś wiedziała o wyprowadzeniu Tadzia przez mamę Schuch ze szpitala na Drewnianej, a potem o wyjściu ich obojga z Warszawy wraz z ludnością Powiśla. Oczywiście cieszyliśmy się bardzo z odwiedzin Zosi, która przynosiła nam poza tym różne wiadomości o tym, co dzieje się aktualnie na innych odcinkach i w Kwaterze Głównej.
Właścicielem naszej „Bułgarki” był inżynier architekt Dziewulski, kolega Romana Sołtyńskiego, znajomy mój z czasów przedwojennych, towarzysz z dancingów i balów mojej siostry Marysi. Państwo Dziewulscy, w czasie, gdy nasz oddział kwaterował w ich pałacyku, mieszkali w domu służbowym w ogrodzie otaczającym „Bułgarkę”. Mieliśmy jakiś większy zapas papierosów, które szły na wymianę za „kaszę pluj” lub zboże, przynoszone z młynów. Ponieważ byłem i ja palaczem, więc brałem często udział w tym handlu wymiennym, a przy okazji wspominaliśmy wspólnych znajomych i dawne dobre czasy.

Przelot liberatorów nad Warszawą
Z czasów walk w Śródmieściu utkwiło mi w pamięci jedyne właściwie radosne zdarzenie, poza lądowaniem kościuszkowców na Czerniakowie, jakim był przelot nad Warszawą 110 liberatorów lotnictwa amerykańskiego w połączeniu ze zrzutami broni i żywności. Niestety pomoc przyszła za późno. Większość zrzutów dostała się w ręce Niemców, którzy już w tym czasie zajmowali olbrzymią większość terenu Warszawy. Refleksja co do tej „pomocy” przyszła oczywiście później: czy było to opóźnienie spowodowane przyczynami obiektywnymi, czy też...? Niech historia to wyjaśni! Tymczasem w czasie przelotu kilkanaście minut trwaliśmy w upojeniu. Samoloty leciały na bezpiecznej wysokości, majestatycznie w blasku wrześniowego słońca i zdawały się kpić z artylerii niemieckiej, która otworzyła do nich szaleńczy „fojer”. Szczyt napięcia u nas nastąpił, kiedy z samolotów oderwały się jakieś podłużne przedmioty, a po chwili wyprysły z nich czasze spadochronów. Z początku myśleliśmy, że to desant naszych spadochroniarzy. Już od początków powstania dowództwo łudziło nas — żołnierzy, a może i siebie samych możliwością przyjścia odsieczy w tej właśnie formie. Dlatego też przeżywaliśmy z początku bardzo boleśnie trafienia przez obronę niemiecką przedmiotów czy też żołnierzy opadających ku nam na spadochronach. Odetchnęliśmy, gdy zobaczyliśmy, że domniemani przez nas spadochroniarze to tylko zasobniki z zaopatrzeniem dla nas. Miejsce euforii zajął żal i bezsilna wściekłość, gdy pojęliśmy tragiczną rzeczywistość, że „pomoc” dostała się w ręce Niemców. Nocne dostawy broni przez lotnictwo alinackie, które zaopatrywało nas w broń w czasie walk na Starówce, już całkiem wtedy ustały, gdyż straty samolotów były olbrzymie. Mniej efektowne, ale często dość skuteczne były zrzuty radzieckiego i naszego lotnictwa nocnego, tzw. „kukuruźników”. Zrzucali oni wory z suszonym chlebem, pepesze z amunicją i granatniki. Zrzucali to zaopatrzenie latając nisko, tuż nad naszymi głowami, wprost bez żadnych spadochronów; jednej nocy taki właśnie „prezent” o mały włos, a byłby mi spadł na głowę; rąbnął o ziemię zaledwie parę kroków ode mnie.
Zdarzył nam się też inny jeszcze przypadek z sojuszniczą pomocą, dzięki której o mało nie straciłem okazji przeżycia powstania, a moi potomni okazji do przeczytania niniejszych wspomnień. Otóż pewnego ranka, gdy przebywałem na swoim stanowisku strzeleckim, wpatrując się w pozycje wroga w budynku sejmowym, tuż za moimi plecami w ogrodzie naszym zaczęły rwać się pociski artyleryjskie, nadlatujące od strony Wisły. Jak się domyśliłem, strzelała artyleria sowiecka, a może nawet nasza kościuszkowców i najwyraźniej ich obserwator pomylił się, biorąc drzewa w naszym ogrodzie, okalającym pałacyk za park Ujazdowski, gdzie znajdowały się pozycje niemieckie. Żeby nie oberwać, przywarłem płasko do ziemi, tuż przy murku ogrodzenia, o które raz po raz uderzały lecące z gwizdem odłamki pocisków. Za to chwilę później obserwowałem z ukontentowaniem, jak artylerzyści, widocznie zreflektowawszy się, zaczęli ze zdwojoną energią naparzać Niemców w parku Ujazdowskim.



Kapitulacja
Zawieszenie broni zastało mnie podczas służby na stanowisku w jednym z naszych bunkrów. Krystyna Kryńska przyniosła mi na moje stanowisko placki, które zajadałem z wielkim apetytem, kiedy dotarł do nas rozkaz o przerwaniu ognia w związku z wejściem w życie układu o zawieszeniu broni. Od Zosi Schuch, która nas w tym czasie odwiedziła, dowiedzieliśmy się, że rozpoczęte zostały rozmowy z dowództwem niemieckim w sprawie kapitulacji wojsk powstańczych oraz że AK została uznana przez zachodnie rządy stron walczących za wojska kombatanckie, wchodzące w skład Armii Polskiej. Od 2 października godz. 20°° zaczęły obowiązywać warunki uzgodnione pomiędzy dowództwem polskim i niemieckim w sprawie kapitulacji Armii Krajowej w Warszawie. Ponieważ akt kapitulacji przyznawał prawa kombatanckie jedynie żołnierzom Armii Krajowej, jeszcze dużo wcześniej, tak na wszelki wypadek, wszystkie walczące oddziały AL, PAL i innych organizacji lewicowych otrzymały legitymacje świadczące o ich przynależności do Armii Krajowej. Również wcześniej jeszcze, na wypadek gdyby do Warszawy w razie zwycięstwa wkroczyły wojska radzieckie, zostaliśmy zaopatrzeni przez zaprzyjaźnione jednostki PAL w ich legitymacje. Świadczy to o tym dobitnie, że żołnierzom obce były podziały polityczne i obowiązywało przede wszystkim braterstwo wspólnej walki.
Gdy tylko zawieszenie broni poprzedzające podpisanie układu o kapitulacji stało się faktem, ludność zaczęła opuszczać schrony i piwnice, w których przebywała od dwóch miesięcy i masowo wyległa na zrujnowane ulice i place. Zaczęły się poszukiwania najbliższych, odgrzebywanie zasypanych piwnic, grzebanie zabitych. W poszukiwaniu swoich rodzin wychodzili ze swoich stanowisk bojowych i kwater również żołnierze. Bardzo często niestety wynik poszukiwań okazywał się tragiczny: bliscy zginęli... Ja również, po odmeldowaniu się u dowódcy Dyonu, udałem się z Andrzejem Sołtyńskim na poszukiwanie jego matki, pani Romy, przyjaciółki moich rodziców. Przed wyjściem przyczepiłem sobie, nie bez satysfakcji, do beretu i naramienników niedawno przyznaną mi gwiazdkę podporucznika. Tak więc „strojni i zbrojni” udaliśmy się na ul. Czackiego, gdzie według posiadanych przez Andrzeja informacji miała przebywać pani Roma, którą powstanie zaskoczyło w mieszkaniu znajomych. Ale gdy tam dotarliśmy, oczom naszym objawił się obraz straszliwego zniszczenia: dom leżał w gruzach, zburzony, jak się dowiedzieliśmy od ludzi zgromadzonych przy ruinach, wybuchem „goliata”, czyli sterowanego elektrycznością małego transportera na gąsienicach, który niósł w swoim wnętrzu ładunek wybuchowego materiału o ogromnej sile niszczenia. Odetchnęliśmy z ulgą, gdy ci sami ludzie poinformowali nas, że widzieli panią Romę już po wybuchu, całą i zdrową, a dokąd poszła potem, nie wiedzieli, więc na razie z dalszych poszukiwań musieliśmy zrezygnować.
 W drodze powrotnej, przechodząc przez plac Napoleona natknęliśmy się na wuja mojej żony, Romana Lange, który zaprosił mnie do swojej siedziby w jakiejś piwnicy, gdzie przeżył całe powstanie. Rozmawialiśmy długo, a ponieważ Roman wybierał się po wyjściu z Warszawy do Mrokowa, dałem mu wiadomość dla Zosi o mamie Diehlowej i ciotce Baumowej oraz pozdrowienia dla całej rodziny. O moich rodzicach niestety żadnych wieści nie miałem. Tę część Mokotowa, gdzie mieszkaliśmy, Niemcy zajęli zaraz na początku po wybuchu powstania; wiedziałem z komunikatów tylko tyle, że walk tam nie było, ale o tym, co się stało z mieszkańcami, nie wiedziałem aż do czasu, kiedy w obozie jenieckim doszła do mnie kartka pocztowa od mojego ojca, adresowana z Krakowa.


Operacja na niby
Smutne były te dni, gdy ludność cywilna stosując się do postanowień układu kapitulacyjnego opuszczała swoje domy i mieszkania, zabierając ze sobą tylko to, co była w stanie unieść w rękach. Opuszczali swoje domy lub ich gruzy, pod którymi nierzadko pozostawiali swoich bliskich; opuszczali swoje domy, często zamieszkane od pokoleń przez te same rodziny, i szli w nieznane. Po wyjściu z miasta droga prowadziła do Pruszkowa, gdzie znajdował się obóz przejściowy dla wychodźców, a później? Dokąd?... Nikt tego wtedy nie wiedział.
Postanowiliśmy z Witkiem Telakowskim, że nie pójdziemy do niewoli, tylko wyjdziemy jako chorzy ze szpitalami. Namówił nas do tego Wacek Sitkowski, brat Lali, narzeczonej Andrzeja. Obiecał nam, że pomówi z ojcem (dr Sitkowski był znanym lekarzem i dowódcą jednego ze szpitali powstańczych), żeby nas operował „na niby” na ślepą kiszkę, co pozwoliłoby mu na hospitalizowanie nas i następnie wyprowadzenie wraz ze szpitalami, które miały być przeniesione pod Warszawę, podobno do Leśnej Podkowy, a stamtąd jak tylko zaistnieją odpowiednie warunki, można byłoby „dać nogę” do naszych rodzin. Plan wydał się realny, więc jak tylko Wacek przyniósł wiadomość, że z ojcem uzgodnił wszystkie szczegóły, zacząłem wić się z bólu, po czym nasze sanitariuszki położyły mnie na nosze i zaniosły do szpitala, oddając moje ciało w ręce dr. Sitkowskiego.
Operacja nie trwała zbyt długo, ale gdy tak leżałem na stole operacyjnym, a doktór zabierał się do krojenia, strach mnie obleciał, czy aby Wacuś uzgodnił na pewno ze swoim tatusiem i czy on wie, że kiszkę mam zdrową i że operacja ma być tak tylko na niby, żebym mógł zostać w szpitalu jako rekonwalescent. A tymczasem doktór kroił moje ciało i to zupełnie nie na niby, a bolało cholernie, bo operował tylko przy pomocy znieczulenia powierzchownego, spryskania jakimś płynem i to wszystko. Ale wreszcie męka się skończyła. Potem pan Sitkowski powiedział mi na ucho, że musiał pokaleczyć mnie trochę głębiej, żeby Niemcy nie odkryli czasem szachrajstwa. Potem znowu nosze i zaniesiono mnie na kwaterę, skąd następnego dnia razem z Witkiem, który również został operowany, zostałem odstawiony na punkt zborny rannych i chorych na Brackiej, skąd Niemcy mieli nas odtransportować do podstawionych wagonów pociągu sanitarnego.
Następnego dnia rzeczywiście zostaliśmy załadowani do sanitarki, która dowoziła rannych do pociągu podstawionego na dworcu towarowym przy ul. Towarowej. W wagonie prycze, pościel czysta, nad moim łóżkiem tabliczka „Apendicitis acuta” — 2 dni po operacji. Ale checa! Podśmiewamy się z Witkiem z tej całej mistyfikacji, choć brzuchy nas bolą prawdziwie. Sprawa jednak skomplikowała się nieco, gdy weszły niemieckie sisters z Czerwonego Krzyża i zaczęły nam rozdawać pożywienie. Po prostu nie do wiary — teraz nawet gdy to piszę wydaje mi się, że opowiadam jakiś sen, jakieś nierealne fragmenty wyssane z podświadomości przez nienasycone, niespełnione pragnienia — otóż sanitarny personel niemiecki zaczął nas obdarowywać czekoladą (tak, tak!), puszkami kompotu z moreli (sic!), itp. Widocznie przez pomyłkę potraktowano nas jak rannych żołnierzy niemieckich. A przecież tak niedawno rozstrzeliwali bez pardonu jeńców, osłaniali idące do ataku swoje czołgi cywilami, kobietami i dziećmi, podpalali w szpitalach pozostawionych tam rannych powstańców, jeżeli szpital dostał się w ich ręce. Niepojęty naród!


Odjazd do niewoli
Ale stop! Wracamy do tematu — otóż jedna z sióstr, podająca mi właśnie pomidory i czekoladę, rzuciwszy okiem na tabliczkę nad moim łóżkiem, która informowała, że jestem dwa dni po operacji ślepej kiszki, zaczęła mi wydzierać te smakołyki, które skwapliwie od niej odbierałem. Oczywiście zaprotestowałem i nie oddałem, a widząc przerażenie w oczach sanitariuszki mój sąsiad łóżkowy wytłumaczył jej bezbłędną niemczyzną, że u nas w Polsce lekarze zalecają w takich przypadkach obfite odżywianie, żeby się organizm szybko zregenerował. Być może, że uwierzyła w te nasze osiągnięcia medyczne i zastosowała je w swojej praktyce — w takim razie „wieczne odpoczywanie racz dać, Panie” owemu pacjentowi...! W dalszym ciągu nie wierzę szczęściu, które zakłóca podejrzliwa refleksja, że może Niemcy nas tak przed uśmierceniem...? Ale co będzie, to będzie! Na razie pożywiamy się po długiej diecie polegającej na kaszy „pluj”, okraszonej pastą cebulową.
 Znacznie później dowiedzieliśmy się, że był to jedyny transport, który odbywał się tak dobrych warunkach.


Pożegnanie z Warszawą
Odczuwam jakieś wielkie odprężenie niemal radosne, ale równocześnie ogarnia mnie jakaś fala smutku. Dobrze jeszcze dziś pamiętam to uczucie, gdy opuszczaliśmy rozbitą, zrujnowaną i spaloną Warszawę, to uczucie pustki, która została za nami, że tam już nikt nas nie żegna i nie będzie wyczekiwać, że nie ma już Warszawy, miasta mojej młodości, że za nami zamknęła się jakaś otchłań — trudno to opowiedzieć, i tylko ten może zrozumieć w pełni stany naszego ducha, kto tam był wtedy i opuszczał Warszawę wraz ze mną.
Oczywiście odprężenie psychiczne różnie działało, w zależności od wieku przede wszystkim — wśród młodzieży powstańczej dawały się zauważyć objawy już nie odprężenia, ale wręcz rozprężenia. Upojone ustaniem śmiertelnego zagrożenia, które towarzyszyło im przez całe dwa miesiące, uradowane tabliczką czekolady dzieci, pozbywały się szybko obcej ich naturze żołnierskiej dyscypliny i zawziętości — stawały się znów bandą rozbrykanych rówieśników. Niemcy zdawali się patrzeć na to z niedowierzaniem — przecież te młodziaki przez dwa miesiące wiązały w walce bez mała dwie po zęby uzbrojone dywizje, zaprawionego w bojach Wehrmachtu, zadając im wielotysięczne straty w zabitych i rannych...
W swym sprawozdaniu do Berlina, niemiecki gubernator Warszawy pisał: „...Należy się najwyższe uznanie tym jednostkom niemieckim, które w ciągu sierpnia i września zdusiły powstanie w samej Warszawie, dając przykład nadludzkiej postawy. Ich zadanie było, być może najcięższe ze wszystkich, które kiedykolwiek postawiono przed wojskami niemieckimi”. A na jakie uznanie w takim razie zasłużyli ci młodzi chłopcy?
 My dorośli przeżywaliśmy to rozstanie z Warszawą zupełnie inaczej, niepewni losu swoich najbliższych, z którymi wielu z nas rozstało się przed dwoma miesiącami. Czy udało im się przeżyć? Gdzie są teraz? Dokąd wiedzie ich tułaczka? Dokąd nas samych zawiezie ten pociąg? Jaki los nas czeka przy końcu podróży? Do niemieckich zobowiązań kapitulacyjnych nie mieliśmy zbyt wielkiego zaufania — wiedzieliśmy przecież do czego Niemcy są zdolni. Widzieliśmy kiedyś podobne opróżnianie z ludności warszawskiego getta i zagładę Żydów polskich. Gdy pociąg ruszył, chyba każdy z nas zadawał sobie takie pytania. Jeszcze ostatni rzut oka na to, co było kiedyś miastem pięknym, wesołym — żegnaj Warszawo, miasto mojej młodości, Warszawo, moja miłość!
Gdy pociąg ruszył, przeżywamy jeszcze raz, wspominając ostatnie pożegnania. W czasie ostatnich naszych chwil pobytu na kwaterze w naszej „Bułgarce” odwiedziła nas kochana Zosia Schuch, która w czasie powstania dowodziła swoimi harcerkami w służbie sanitarnej i łącznikowej. Dzielna Zosia, wspaniała, niezastąpiona sekretarka naszej firmy, teraz też nie zapomniała o swoich szefach, przynosząc mi dwie pary fildekosowych „ineksprimabli” [kalesony z przędzy fildekos – rodzaj bawełny – Red.], żeby mnie insekty nie męczyły w niewoli. Bardzo ciepło ją za ten humanitarny uczynek nieraz potem wspominałem, gdy zaczęły się nas insekty czepiać, a fildekosy moje omijały. Miałem też ze sobą jakieś szlachetne futro, bardzo ciepłe, podarowane mi na drogę przez małżonków Fitkałów, przyjaciół mojej Zosi.                CDN
Adam Bogdanowicz