Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 32
W tym miesiącu: 328
W tym roku: 15007
Ogólnie: 295905

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Moje Powstanie Warszawskie

Autor: Jan Gliński
22-01-2015

(dziennik z Powstania)

Odpis notatek  sporządzonych w Warszawie w okresie od 1 sierpnia 1944 do 21 sierpnia 1944 r.  w kalendarzyku na 1944 rok przez lekarza Jana Bohdana Glińskiego ps. „Gbur”, „Dr Jan” , dowódcy Punktu Ratowniczo-Sanitarnego  IV Zgrupowania AK „GURT” przy ul. Nowogrodzkiej 34.
Wspomnienia nie były nigdy wcześniej publikowane. Poniżej notatek z dziennika –  wyjaśnienia zrobione przez autora po wojnie



1. VIII. 44 — wtorek
10.00 wezw. do dr Barb. 12.00 — sic! 15.00 do p. Wandy do Lecznicy Nowogrodzka 34 — omówić i przygotować chorego. Tu złapała mnie strzelanina. — Zostaję z kol. P. K. — siostra Maria, p. Wanda K. i szereg innych przygodnych. Organizujemy Punkt Rat.-San. Nastrój OK!

Dr Barb. — lek. Zofia Bratkowska ps. „Barbara”
pani Wanda — Wanda Krzeczkowska, studentka stomatologii (dyplom 1946), zamieszkała we Włochach. Po wojnie nadal we Włochach (1948),
P. K. — dr Chwalisław Kobyliński, przygodnie znalazł się w tym domu (omyłka w literze imienia) i do nas dołączył.

2. VII. 44
Mało materiałów opatr. i żywności. Skaczą pod 39 — zabity p. Tadeusz Jóźwiak. Cios dla Wandy. Noszą chorych do Szpitala — dzielne kobiety! Danuta — Wanda — Irka — OK. Zespół zaczął się dobrze zżywać. Wódka jest.

Kilku ochotników wybiegło z bramy domu na ulicę, aby ze sklepu mieszczącego się naprzeciwko przynieść żywność. Niemcy z Poczty na rogu ul. Poznańskiej i Nowogrodzkiej (gdzie stał bunkier) strzelali, zabili wówczas Jóźwiaka, kuzyna czy bliskiego znajomego Wandy Krzeczkowskiej. Pochowaliśmy go na podwórku. Był to pierwszy z dość licznych pogrzebów na tym terenie, który z czasem urósł do cmentarzyka.
Danuta — Światkowska Donata, sanitariuszka; odeszła za moją zgodą z Górc do partyzantki w Lasach Świętokrzyskich.  
Irena Sadowska zam. Goller, sanitariuszka, po wojnie lekarka w Konstancinie.

3. VIII. 44
Wieści OK! Znów noszą do szpitala! Dzielni chłopcy! Zespół nasz podoba mi się — wszyscy dla bliźnich. Z jedzeniem krucho.

Sanitariuszki i sanitariusze kilkakrotnie zanosili ciężej rannych na noszach do szpitala Dzieciątka Jezus. Szli w białych fartuchach z flagą Czerwonego Krzyża na czele. Ale trzeba było na to uzyskać zgodę Niemców, którzy powiadamiali Niemców w gmachu poczty, aby ci do przechodzących nie strzelali.

4. VIII. 44
2 koleżanki — opowiadają cuda! Boże jak radośnie! Kochane dziewczyny! Nasi znów chodzą do szpitala — obstrzał — i z dział. — Bombardują.

Przybyły nocą dwie łączniczki AK, aby dowiedzieć się (dla swego dowództwa), co się tu dzieje. Ich relacje nam przekazane z terenów walk były optymistyczne. Przekazałem im zapytanie do dowództwa, czy mamy tu pozostać, czy też starać się przedostać do części miasta zajętej przez powstańców. Niestety żadnej później odpowiedzi ani dyrektywy nie otrzymałem.

5. VIII. 44
Od rana dawna, niespokojna cisza — Bezczynność.  Godz. 19.00 — strzelanina obustronna przed domem — zakładnicy z poczty mają rozebrać barykadę na Nowogrodzkiej i Marszałkowskiej — zostali ostrzelani — zabici i ranni. Dwunastu rannych mamy — gdzie ich ulokować? Boże! A rannych z ulicy Niemcy nie pozwolili zabrać — nie dali naszym wyjść na ulicę! Jak ciężko myśleć! No, ale dobrze, że to tylko nasza niewielka dzielnica jeszcze tak krwawi (poza kilku punktami).

O godz. 19-ej Niemcy zaatakowali barykadę powstańczą na ul. Nowogrodzkiej mieszczącą się po drugiej stronie ul. Marszałkowskiej. Pędzili przed sobą kobiety,  dzieci i osoby starsze jako „osłonę” dla atakujących. Strzelanina była obustronna,  atak się załamał i Niemcy się wycofali. Byli ranni i zabici. Ranni, którzy mogli sami dojść, schronili się w naszym Punkcie Sanitarnym, a leżących Niemcy nie pozwolili nam zbierać z ulicy do naszego Punktu, grożąc użyciem broni. Zebrali ich w nocy powstańcy, którzy zajmowali już dom po drugiej nieparzystej stronie ulicy Nowogrodzkiej. My nie mogliśmy, bo w bramie naszego domu zawsze stał żołnierz niemiecki pilnujący, aby nikt nie wychodził. Rannymi opiekowaliśmy się do czasu ich wyjścia z Warszawy. Był wśród nich SS-owiec ranny w stopę; Niemcy go do nas przynieśli i pod groźbą rewolwerów pilnowali, jak go opatrujemy. Najtrudniej było zdjąć but. Wszyscy byliśmy zbulwersowani koniecznością opatrywania wroga — ale takie także jest zadanie Służby Zdrowia. Zaraz potem Niemcy go zabrali. Niemcy mieli swego lekarza w hotelu „Polonia”, do którego było przejście piwnicami.


6. VIII. 44
Ranni mają się na ogół dobrze. Komisyjnie otworzono lokal cechu piekarzy — dla rannych. W południe przybyli wysiedleni z Nowogrodzkiej 43 oraz z Poznańskiej 32 — kobiety, dzieci i starsi — młodzi mężczyźni wzięci na pocztę na zakładników. Czyż znowu każą im rozbierać barykadę! A może i nas wysiedlą? Tamte wysiedlone domy podpalone. (A barykada przez noc urosła — już widać na niej tylko płyty chodnikowe) Boże! Jak rozlokować wysiedlonych (Niemcy skierowali ich wszystkich do nas „do Czerwonego Krzyża”). Czym ich wyżywić? Przybyła z nimi położnica z dzieckiem w 4-tym dniu po połogu! Przypadkiem znalazła się tutaj przed rozwiązaniem i zastała ją tu Akcja. Naszym na ulicę wyjść nie dają — strzelają. Szczęśliwie wszyscy wysiedleni rozlokowani po domach.

Zajęliśmy lokal Cechu Piekarzy na I piętrze (odbyło się to komisyjnie przy nadzorze Komendanta Bloku Komisarka) celem uzyskania pomieszczeń na ulokowanie rannych i ciągle przybywających chorych. A przybyło wielu mieszkańców wysiedlonych z ul. Poznańskiej — kilkadziesiąt osób. Część z nich przyjęli do swych mieszkań mieszkańcy stali naszego domu. Wobec Niemców występowaliśmy jako placówka PCK.  

7. VIII. 44
Jest trochę zajęcia — ale mało na nasz personel. A tu niedojadamy, wszyscy chudną. Szczęściem dobraliśmy się jak w korcu maku. Wanda — Danka — Żenia — Irka — Heniek i ja. Każdy ma maskę na twarzy, tylko czasem — gdy coś zbyt żywo stanie przed oczami — zaskowycze serce. Co z najbliższymi? Czy żyją? Jak żyją? Co z domami? Podobno cała Sosnowa spalona (poza nr. 10). Toteż wódka po trochu idzie, palę papierosy. No trudno. Zbyt ciężko. Co z Krysią, Zosią? Czy nawałnica już przez nich przeszła? A Jurkowie? Czy dom ich ocalał? A Janek? Bogdan? Januszowie? — No, dość wspomnień! Każdemu to samo ciąży. Wanda, Żenia, p. Maria już mi sporo naopowiadały. Dzielna Żenia! Takie czyste dziecko pełne entuzjazmu i ofiarności — ta nasza bezczynność i zupełne odcięcie od wszelkich spraw i wiadomości jest dla niej okrutną szkołą.
 


Żenia — Eugenia Stradecka zam. Żukowska, ps. Żenia, sanitariuszka, po wojnie, lekarka w Warszawie, zmarła w 2006 r.;
Danka — Światkowska Donata, ps. Donka, sanitariuszka;
Heniek — Henryk Kalinowski, sanitariusz przyłączył się jako niezrzeszony;
Krysia — moja żona Krystyna, czł. AK, łączniczka na Góry Świętokrzyskie;
Zosia — nasza córka, miała wówczas 4 miesiące.
Jurkowie — moja siostra Zofia z mężem Jerzym Stoltzem,  mieli córkę Marię. Jerzy Stoltz, por. AK, pseud. Flisak  był współpracownikiem BIP;
Janek — Jan Ignatowicz, po wojnie inżynier mechanik w Warszawie;
Bogdan — Bogdan Komenda — potem inżynier we Francji;
Januszowie — Halina i Janusz Komenda, Inżynierowie Janusz, Jerzy i Bogdan to moi cioteczni bracia. Jerzy był przez dwa (?) lata wraz z matką Janiną więziony w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Oboje wojnę przeżyli;
p. Maria — pielęgniarka (nazwiska nie pamiętam).


8. VIII. 44
Ciągle końca nie widać. Bezczynność jest zabójcza. Już każdemu wyłazi bokiem. Żeby można było choć na chwilę wyjść na ulicę — dowiedzieć się, co jest za barykadą! Jesteśmy głodni.

9. VIII. 44
Dla położnicy i dziecka stale znoszą specjały i wyprawki! Rano Komendant Bloku Komisarek poszedł do R. i przywiózł żywność — przede wszystkim tłuszcz, cukier, kaszę i suchary! Nieoceniony człowiek dla wszystkich! Wieczorem mamy wyjść do Omegi odprowadzić chorą (abortus incipiens) — niestety nie zdecydowała się na przejście. Więc znów siedzą jak w mysiej dziurze. Znów wódka, bridge, wieczorne rozmowy do 1-ej, papierosy, żeby nie myśleć — byle nie samotność! No i co noc dyżur! Ale teraz to nie ma co robić w nocy.

Komisarek poszedł do „Romy”, budynku teatru, w którym były zgromadzone zapasy żywności.
Abortus incipiens — zagrażające poronienie.


10. VIII. 44
U tej chorej abortus! Konsylium (Falkowscy, Kubikowski, Jankowiak i ja) — abrazja dr Granatowicz. Dziwny typ Falkowski? Pierwsza grupa wyszła — doszli dobrze.

Konsylium nad roniącą. Falkowscy, Kubikowski, Jankowiak, Granatowicz — lekarze, którzy byli w budynku Nowogrodzka 36. Łączność z nimi umożliwiały przebicia ścian między piwnicami obu budynków.

11. VIII. 44
2-ga grupa wyszła — mała, bo trudno.

Druga grupa wyszła — Niemcy namawiali mieszkańców do dobrowolnego wyjścia z Warszawy, w tym celu z samolotów zarzucali miasto ulotkami. Część mieszkańców uległa tym namowom i wychodziła z miasta przez plac Narutowicza. Szybko jednak doszła nas wiadomość, że na tym placu Kałmucy grabią wychodzących i gwałcą kobiety, co wpłynęło na znaczne ograniczenie ilości tych wychodzących w kolejnych grupach.

12. VIII. 44
Poszedł Błędny.

Błędny — samotny mężczyzna, z którym trudno było nawiązać kontakt, tej nocy wyszedł na ul. Marszałkowską i tamtą drogą prawdopodobnie przedostał się do powstańców. Nazwiska ani pseudonimu nie znamy, określany był jak człowiek „Błędny”.

13. VIII. 44
Ciężko! Beznadziejna praca.

16. VIII. 44
Ewakuacja! Mamy wyjść na zachód! Udało mi się u oberarcta uzyskać, że zostaje Czerwony Krzyż. Większość poszła! I nasi ranni — a nawet ci w nogi — bo z rodzinami (Sikora i Tyfusowa).

Niemcy zarządzili ewakuację wszystkich mieszkańców domów przy ul. Nowogrodzkiej 34 i 36 w kierunku Dworca Zachodniego. Sami konwojowali wychodzących. Interweniowałem u niemieckiego lekarza w hotelu „Polonia”, aby został cały personel sanitarny, bo jest jeszcze dużo ludzi starych, chorych, wymagających naszej opieki. Załatwił to w swej jednostce i pozostaliśmy nadal na miejscu.
Sikora — cywil ranny w nogę.
Tyfusowa — NN chora na tyfus plamisty.

18. VIII. 44
„Szabrowanie” mieszkań, ściągamy żywność do nas, aby była dla chorych, rannych i nas.

21. VIII.
Godz. 3.30 — Jesteśmy sami! O rety! Co robić? Czyżby rzeczywiście? Godz. 4.00 — niestety — to tylko zmiana obsady — na gorszą! Ciężko!

O godzinie 3-ej w nocy zorientowaliśmy się, że na terenie bloków Nowogrodzka 32 (budynek narożny z ul. Marszałkowską), 34 oraz 36 nie ma żadnego Niemca.  Ale po pół godzinie pojawili się, tym razem było to już SS, zajęli miejsce Wehrmachtu.

24. VIII. 44
Mamy wyjść — ale się upiekło. Jak długo jeszcze tego?

Ponownie Niemcy zarządzili wyjście mieszkańców na Dworzec Zachodni. I tym razem udało mi się uzyskać zgodę na pozostawienie całego zespołu Punktu Sanitarnego.

Dokończenie
Na tym urywają się te zapiski. W dniu 28 sierpnia Niemcy kazali wyjść z miasta całej naszej ekipie sanitarnej i reszcie mieszkańców. Pozostali tylko ludzie nie mogący chodzić, chorzy i starcy. Pod eskortą SS wyszliśmy z flagą Czerwonego Krzyża na czele. Pozostałych w budynku chorych, nie mogących chodzić, przekazałem w opiekę mieszkającemu w tymże domu dr gen. Wiktorowi Horodyńskiemu, z którym już uprzednio kontaktowałem się i korzystałem z jego porady. Następnie całą grupą przeszliśmy przez teren szpitala Dzieciątka Jezus i przez plac Narutowicza do stacji Warszawa Zachodnia. Na placu Narutowicza już nie było Kałmuków, więc przeszliśmy spokojnie.
Na Dworcu Zachodnim Niemcy wsadzili nas do pociągu elektrycznego (była już godzina 21-sza, a godzina policyjna obowiązywała od 20-ej). Wsiedliśmy do wagonu, liczna, kilkudziesięcioosobowa eskorta SS-manów wsiadła do sąsiedniego wagonu i ruszył pociąg. Porozmawialiśmy z polskim konduktorem i pociąg na chwilę zatrzymał się na stacji Włochy. Wówczas ów kolejarz (nie znamy jego nazwiska, był dość młody) wyszedł na peron i głośno zawołał: Rote Kreutz aussteigen! [Czerwony Krzyż wysiadać!] Wszyscy szybko wysiedliśmy, a pociąg pojechał dalej uwożąc SS-manów, którzy naszego wyjścia nie zauważyli.
Postanowiliśmy udać się do miejscowego Ośrodka Zdrowia, mieszczącego się w budynku w obrębie parku. Idąc środkiem ulicy czwórkami z flagą Czerwonego Krzyża na czele doszliśmy do bramy tego parku. Tu nas zatrzymało głośne wołanie: Stoj! Kto idiot! (Stój! Kto idzie?) To Kałmucy. Nie tracąc chwili czasu odwróciliśmy się do tyłu i zwartym szykiem odeszliśmy z powrotem. Schronienia na tę noc udzieliła nam w swym małym mieszkanku rodzina Wandy Krzeczkowskiej, którzy tu mieszkali.
Szpitalik Powstańczy w Górcach
Następnego dnia nawiązałem kontakt z lekarzem z AK w Milanówku dr Stefanem Śnigurowiczem (o ile pamiętam, pracował w miejscowej placówce Polskiego Czerwonego Krzyża). Dostałem skierowanie dla całej naszej grupy do Górc, gdzie w miejscowej szkole powszechnej było wielu uciekinierów z Warszawy, chorych i rannych z Powstania. Zaraz tam poszliśmy — przyjęto nas bardzo serdecznie. Tu w budynku szkoły powszechnej przy ul. Gromadzkiej 3 było kilkadziesiąt osób chorych, rannych i starców przybyłych z Warszawy, a opiekowała się nimi jedyna pielęgniarka tu zamieszkała, pani Władysława Kominkowa. U niej też zostaliśmy całą grupą zakwaterowani w oddanych nam przez nich dwóch pokojach, sami zamieszkali w niewielkim trzecim pokoiku. Z braku łóżek sypialiśmy na podłodze, jedyne łóżko oddaliśmy dr Kobylińskiemu.

Zaraz zajęliśmy się chorymi, rannymi i starcami tworząc Szpitalik Powstańczy w Górcach. Ale należało się zameldować, bo Niemcy często legitymowali ludzi na ulicach wyszukując uciekinierów z Warszawy, których zaraz wywozili do Niemiec. Pan Franciszek Kominek (mąż pani Władysławy) wraz z sąsiadami załatwili w gminie Młociny (Górce nie były wtedy częścią miasta Warszawy, lecz gminy Młociny) zameldowanie nas wszystkich jako przybyłych z datą przed wybuchem Powstania. Tak zrobiono ze względów na nasze bezpieczeństwo.
Kierownikiem administracyjnym tego szpitala został kierownik miejscowej szkoły Piotr Kłyk, starszy już pan. Szpital ten działał do 20 listopada. Przez cały czas wielu mieszkańców Górc okazywało nam wiele pomocy, dbali o potrzeby chorych, rannych i starców, i pomagali, jak mogli. Abym mógł wykonać amputację nogi powyżej kolana (ropiejący przestrzał kolana u starego człowieka) przygotowali mi stolarską piłę, którą się posłużyłem. Pozostałe „narzędzia” do operacji były także zbierane po mieszkaniach okolicznych, nie była żadnego narzędzia używanego przez chirurgów. Rana mało wydzielała ropy, gdyż była „czyszczona” przez larwy robaków, których nie udawało się wytępić. Chory jednak już nie przeżył, zmarł w jakiś czas po amputacji.
Inny przypadek to pan Sawicki, mieszkaniec Woli. Mieszkał w domu z podwórkiem w kształcie studni. Niemcy spędzili na tym podwórku wszystkich mieszkańców domu i na środku podwórka wymordowali ich salwami z karabinów. Pan Sawicki w kolejnej turze do rozstrzelania na chwilę wcześniej przed strzałami upadł na leżących już ludzi pomordowanych i czekał na dalszy ciąg tej egzekucji. Następnie mordowani padali na niego. Potem jeszcze Niemcy strzałami rewolwerowymi dobijali leżących. Po zakończeniu tej „akcji” Niemcy podpalili dom (który spłonął) i odeszli. Sawicki długo tam leżał. O zmroku wydostał się z pod ciał na nim leżących i opłotkami oraz ogródkami wyszedł z Woli, dotarł do Górc. Tu zajęła się nim pani Kominkowa. Okazało się, że rozgrzane od pożaru domu gorące płyty chodnikowe oparzyły mu grzbiet jednej stopy aż do martwicy miękkich części. Części spalone powoli odpadały odsłaniając gołe kości śródstopia i paliczków. Po kilku tygodniach znalazła go tu jego żona i zabrała.
Mieliśmy też chorych na tyfus plamisty, bo wielką plagą była wszawica, której nie było czym zwalczać. W ogóle nie było podstawowych leków ani materiałów sanitarnych. Co mieliśmy — pochodziło z darów miejscowej ludności. Także kilka łóżek, trochę pościeli i naczyń kuchennych od nich dostawaliśmy. Mieszkańcy zrobili także kilka prycz dla chorych.
W jednym kącie sali chorych (były tylko dwie izby szkolne zamienione na sale chorych, w trzeciej była kuchnia), urządzona została kaplica, którą opiekował się nasz kapelan ks. Klemens Średziński.
Chyba pod koniec listopada 1944 w pobliskim Bemowie (od którego dzielił nas teren lotniska) zamieszkał dr Stanisław Śwital, także uciekinier z Warszawy (pewnie już po Powstaniu). Objął tam swoją opieką miejscowy Ośrodek Zdrowia. Kilkakrotnie z nim się kontaktowałem, na jego prośbę także konsultowałem młodą, ok. 18-letnią dziewczynę. Rozpoznałem galopujące suchoty. Wielki żal było patrzeć jak ginie w wysokiej gorączce.
Przez cały czas teren Górc był ostrzeliwany przez artylerię sowiecką. Raz pocisk spadł na teren trawnika otaczającego budynek szkoły-szpitala i wybuchł. Wyleciały szyby, odłamki przebijały drewniane ściany budynku wpadając do sal chorych, ale nikogo nie raniły.
Parę razy jeździliśmy do Milanówka po przydziały udzielane szpitalowi przez Radę Główną Opiekuńczą (RGO), po żywność, leki i materiały opatrunkowe. Wówczas przepustki wystawiał wójt Gminy Młociny.
W listopadzie pojawili się Kałmucy. Raz dwie moje sanitariuszki wracające z Bemowa zostały zaatakowane przez takiego Kałmuka w celach wiadomych. Na szczęście obok przejeżdżał wóz konny z Niemcem, który Kałmuków odpędził grożąc im karabinem.
W Górcach mieściła się niemiecka jednostka artyleryjska, która stale ostrzeliwała broniącą się Warszawę. Były to armaty dużego kalibru. Jedna z nich stała ok. 100 metrów od naszego szpitala na linii między nami a miastem Warszawą. Po każdym wystrzale widzieliśmy lecącą kulę armatnią, niosącą śmierć powstańcom i mieszkańcom Warszawy. Serca nam krwawiły.
Przelot liberatorów
Pamiętnym był dzień 18 września. Widok masowego nalotu samolotów alianckich radował nas niepomiernie. Gdy zaczęły odrywać się od nich spadochrony, a potężna strzelanina Niemców w górę, próbujących zestrzelić te samoloty (ale ich pociski nie dochodziły do alianckich samolotów, które leciały zbyt dla nich wysoko) ogarnął nas strach o życie spadających na setkach spadochronach aliantów. Dopiero później okazało się, że to nie byli ludzie, tylko zasobniki z bronią, lekami oraz żywnością dla powstańców. Niestety znaczna większość tych pojemników spadła na tereny zajmowane przez Niemców. Potem miejscowi ludzie zebrali białą czaszę takiego jedwabnego spadochronu i dużą jego część nam dali. Przydała się niejednej z naszych sanitariuszek i niejednemu choremu.
Parę razy uzyskiwałem od dowódcy miejscowej placówki niemieckiej przepustkę i udawaliśmy się z konnym wozem do Warszawy, aby przywieźć łóżka, pościel i cokolwiek się dało ze sprzętu sanitarnego. W dniu 27 października 1944 poszedłem z nimi, obeszliśmy miasto od Placu Zamkowego (kolumna Zygmunta była już zwalona), Krakowskim Przedmieściem (postać Chrystusa przy Kościele św. Krzyża też była zwalona), dalej ulicą Sewerynów. Wszędzie widzieliśmy rozkładające się zwłoki ludzi pozabijanych. Potem ulicą Mokotowską (tu budynki były zachowane) do placu Zbawiciela, następnie ulicą Marszałkowską do Chmielnej, ul Śliską (zobaczyłem wtedy piętrowy stos gruzów pozostałych po domach, gdzie mieszkałem, i sąsiednich) — wreszcie z powrotem do Górc. Sporo tym sposobem udało się uzyskać dla naszego szpitala.
W dniu 20 grudnia 1944 roku na zarządzenie władz PCK i administracyjnych szpital w Górcach został rozwiązany. Na jego miejsce — na prośbę miejscowej ludności — utworzono Dom Opieki nad Starcami oraz Punkt Ratowniczo-Sanitarny.
* * * *
Organizacja, powstanie, działalność i likwidacja tego Szpitala Powstańczego w Górcach została szczegółowo spisana w protokolarnym sprawozdaniu końcowym w dniu jego likwidacji. Podaje ono wykaz wszystkich pracowników sanitariatu oraz wszystkich miejscowych ludzi dobrej woli, którzy włączyli się do tej pracy, a także nazwiska wszystkich chorych znajdujących się tam w dniu likwidacji tego szpitala. Jest też podział ich na chorych chirurgicznych, wewnętrznych, zakaźnych. Protokół ten został w całości opublikowany w Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego tom 141 z 2005 roku, oraz w części opublikowany w Przeglądzie Lekarskim tom 48 nr 1 z 1991 r, oraz w artykule pt. W Powstańczej Warszawie i w Górcach zamieszczonym w Przeglądzie Lekarskim tom 48 nr 1 z 1991 r. oraz w Pamiętniku Towarzystwa Lekarskiego Warszawskiego, Suplement do tomu nr 7/2003 wyd. II.                      
 Jan Bohdan Gliński