Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 57
W tym miesiącu: 353
W tym roku: 15032
Ogólnie: 295930

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Ósmy dzień Powstania (cz.2)

Autor: Janusz Matyjaszkiewicz
29-01-2015

Przed wejściem na perony odbyło się jeszcze coś na podobieństwo selekcji. Część kobiet zatrzymywano. My znaleźliśmy się w grupie do wyjazdu. Około południa drzwi wagonów zaryglowano i transport ruszył w nieznanym dla nas kierunku. Po pewnym czasie warunki w wagonach zrobiły się nie do wytrzymania. Zaczął dokuczać potworny tłok, upał, brak świeżego powietrza i wody. Kiedy około południa pociąg zatrzymał się na stacji Skierniewice, obecne tam pracownice PCK wymusiły na żandarmach uchylenia drzwi przynajmniej tych wagonów, w których były dzieci, aby mogły podać napoje i chleb. Na szczęście ja z mamą byliśmy blisko drzwi, i po ich uchyleniu zeskoczyliśmy na peron. W ogólnym zamieszaniu, które tam panowało, Niemcy nie zwrócili na nas uwagi. Po chwili zobaczyłem, że mama ma na sobie biały fartuch z opaską czerwonego krzyża, a w ręku trzyma koszyk z chlebem. Tymczasem żandarmi w pośpiechu zaczynali już zamykać i ryglować drzwi wagonów. Po chwili pociąg ruszył. My, chyba jako jedyni z tego transportu, zostaliśmy na peronie — mama jako pracownica PCK i ja jako zagubione dziecko z transportu, którym zaraz zainteresowali się żandarmi. Ale ponieważ pociąg był już daleko, po wysłuchaniu tłumaczeń pracownic PCK, machnęli na mnie ręką i zostawili w spokoju. Jednak to był dopiero początek naszej ucieczki, bowiem należało jeszcze wydostać się z dworca, którego wyjścia, z uwagi na szczególną sytuację, były obstawione przez żandarmów kontrolujących wychodzących i wchodzących.
Ale los nam dalej sprzyjał. Otóż mama świadomie zdecydowała się na ucieczkę właśnie w Skierniewicach. Na tym dworcu pracował na stanowisku dyspozytora ruchu mąż siostrzenicy mojej mamy, władający świetnie językiem niemieckim Henryk Augustyniak. Zawiadomiony przez kolegów kolejarzy o naszym losie, szybko odnalazł nas na peronie i sobie tylko znanym sposobem, wyprowadził z dworca głównym wyjściem bez najmniejszych problemów i zawiózł dorożką do swojego domu. Tym sposobem pozostaliśmy w Generalnym Gubernatorstwie. Byliśmy uratowani.

9 września 1944 r.
Dnia dziewiątego września zostaliśmy zarejestrowani przez Delegaturę Główną w Skierniewicach — Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Łowiczu (dokument: Bescheinigung 5167), z miejscem zamieszkania w Skierniewicach, przy ulicy Balcerowskiej nr 1 — jako Janina Matyjaszkiewicz z synem Januszem.
Niestety trudne warunki mieszkaniowe u naszej rodziny zmusiły nas do szukania nowego lokum. Była to skromna chałupka gdzieś na Zadębiu, położona wówczas na obrzeżu miasta. Warunki mieszkaniowe były dość skromne. Spaliśmy na podłodze w tak zwanym pokoju dziennym, w którym co noc rozkładaliśmy legowiska zwijane bardzo wcześnie rano. Na szczęście dzięki uprzejmości gospodarzy mogliśmy również korzystać z kuchni. Całe dnie wsłuchiwaliśmy się w odgłosy artylerii zbliżającego się frontu oraz ze zgrozą obserwowaliśmy na niebie łuny palonej przez Niemców Warszawy.
Aby opłacić to skromne miejsce noclegowe i przeżyć, mama przyjęła pracę sprzedawczyni odzieży i pościeli na skierniewickim bazarze. Niestety na stałą pomoc kogokolwiek nie mogliśmy liczyć. Wszyscy byli w ciężkim położeniu.
Popowstaniowa tułaczka
Minęło lato, nadeszła chłodna jesień. Zima była coraz bliżej. Brakowało nam wszystkiego. Nie mieliśmy nic własnego poza letnim ubraniem, w którym wyszliśmy z Powstania i tym, które udało się mamie kupić za ciężko zarobione na targu pieniądze. O ojcu i bracie brak było jakichkolwiek wiadomości.
W tej sytuacji mama podjęła decyzję naszego wyjazdu do Radomia, gdzie mieszkał starszy brat mojego ojca Romuald Matyjaszkiewicz. Z nadzieją, że tam będzie lepiej opuściliśmy Skierniewice. Początkowo zatrzymaliśmy się u stryja, który będąc wówczas osobą samotną, wynajmował skromne mieszkanie przy ul. Pierackiego 29. Jednak warunków do wspólnego zamieszkania na dłużej nie było. Znowu byliśmy zmuszeni szukać nowego miejsca. Na szczęście udało się to dzięki stryjowi i po trzech dniach przenieśliśmy się do pokoiku na strychu, w drewnianym parterowym budynku, położonym na obrzeżu miasta przy ul. Warszawskiej. W tym czasie zaczęły dochodzić pierwsze informacje od ojca i brata, którzy po przejściu przez obóz w Pruszkowie wywiezieni zostali 10. sierpnia do Rzeszy, a dokładniej do obozu pracy: Breslau Hundsfeld — Borsig Lager 1.115/2. Zatrudnieni tam zostali w fabryce zbrojeniowej przy produkcji karabinów maszynowych.
Pod nami na parterze budynku w którym zamieszkaliśmy, miał swoją kwaterę niemiecki oficer, chyba dowódca położonej niedaleko baterii artylerii. Na szczęście był życzliwie nastawiony do Polaków. Znając naszą sytuację, starał się okazywać nam tę życzliwość dostarczając od czasu do czasu różne produkty żywnościowe. Trudno było odmawiać. Tym bardziej, że mama nie mogła znaleźć jakiejkolwiek pracy i byliśmy uzależnieni od pomocy stryja, który sam był też w trudnej sytuacji materialnej. Tak trwaliśmy oczekując szybkiego wyzwolenia. Napływające wiadomości były krzepiące. Żyliśmy nadzieją, że koniec udręki bliski. Niestety niegroźne dotychczas sąsiedztwo Niemca na parterze, mogło stać się niebezpieczne, z chwilą kiedy w dzień Nowego Roku 1945 do naszych drzwi zapukali niespodziewanie ojciec i brat, którym w noc sylwestrową powiodła się druga próba ucieczki z obozu. Pierwsza podjęta w połowie grudnia nie udała się. Zostali schwytani, odbyli stosowną karę i musieli podpisać dokument, że po schwytaniu przy następnej próbie ucieczki zostaną rozstrzelani. Od tego czasu żyliśmy w ciągłym strachu, aby Niemiec nie zorientował się, że nad jego głową pojawiło się dwóch uciekinierów z obozu pracy. Na szczęście miał on już wtedy inne problemy. Front zbliżał się bardzo szybko. Pamiętam, jak na kilka dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej pospiesznie się pakował, rozdając zbędne mu już rzeczy mieszkańcom domku. Odjechał w ostatniej chwili tuż przed wyzwoleniem miasta, co nastąpiło 16. stycznia. A dzień później dotarła do nas długo oczekiwana wiadomość, że również Warszawa jest wolna od Niemców.

Powrót do Warszawy
Rodziło to pytanie, co robić dalej? Decyzja rodziców była szybka i jednoznaczna, bo inna być nie mogła: natychmiast wracamy do Warszawy. Przygotowania do podróży nie trwały długo. Każdy miał jedynie skromny tobołek z paroma najniezbędniejszymi rzeczami i niewielką ilością żywności na drogę. Wyruszyliśmy w kilka dni po wyzwoleniu Warszawy. Oczywiście o żadnym środku transportu nie mogło być mowy. Liczącą około sto kilometrów trasę zamierzaliśmy pokonać pieszo. To wydawało się takie proste!
Pierwszy dzień marszu upłynął w radosnym nastroju. Był lekki mróz z piękną słoneczną pogodą, bezśnieżnie. Humory nam dopisywały, byliśmy wypoczęci, tak że ten pierwszy etap do Białobrzegów liczący ok. 30. kilometrów pokonaliśmy bez większych problemów. Nocleg znaleźliśmy, wraz z innymi powracającymi do Warszawy, na plebanii kościoła stojącego tuż nad rzeką Pilicą blisko zburzonego mostu. Rano następnego dnia nie mogliśmy uwierzyć własnym oczom. Na dworze szalała zamieć śnieżna. Śnieg sięgał kolan i panował srogi mróz. Po skromnym śniadaniu ruszyliśmy, z grupą podobnych jak my wygnańców w kierunku odległego o 25 kilometrów Grójca. Pierwszą niespodzianką był zburzony most nad Pilicą. Jak pokonać rzekę? Gdzie zaczyna się jej brzeg, jeżeli wszystko przysypane jest równą warstwą śniegu po kolana? Czy lód jest już dostatecznie gruby i mocny? Ruszyliśmy gęsiego w dużych odstępach, starając się stąpać bardzo ostrożnie. Na szczęście lód wytrzymał. Poza kilkoma niegroźnymi upadkami nikomu nic poważnego się nie stało.
Dalej było gorzej: droga całkowicie zasypana śniegiem i mróz wzmagający się z każdą godziną. Do Grójca dotarliśmy bardzo późno potwornie zmęczeni i przemarznięci. To w czasie tego marszu z braku właściwego obuwia odmroziłem stopy, których leczenie trwało rok. Następny dzień podobny był do poprzedniego — potworny mróz i śnieg, a my coraz słabsi. Dlatego pokonanie etapu z Grójca do Tarczyna mimo, że to tylko ok. 15. kilometrów było bardzo trudne. Jednak z każdą chwilą byliśmy bliżej Warszawy. Noc spędziliśmy na jakiejś prywatnej kwaterze, a następnego dnia zapadła decyzja o wynajęciu sań u gospodarza, u którego nocowaliśmy. Suma, której od nas zażądano była jak na możliwości rodziców ogromna. Ale na dalszy marsz nie mieliśmy siły. Mimo wcześniejszej umowy o podwiezieniu nas do samego centrum miasta, zostawieni zostaliśmy przez woźnicę na skraju dzielnicy Ochota. Naraziło to nas na dodatkowe kilometry marszu do centrum. Pamiętam doskonale moment wejścia do miasta ulicą Grójecką. To co uderzało przede wszystkim, to potworny odór spalenizny roznoszący się po całym mieście, a wokół wypalone i zburzone domy, góry gruzu i śmieci, resztki barykad, brak ludzi i oznak jakiegokolwiek życia.
Naszym pierwszym celem była ulica Wilcza 18, gdzie do czasu Powstania mieszkał brat mojego ojca Czesław Matyjaszkiewicz1. Przedzierając się od strony Alej Jerozolimskich przez zwały gruzów prawie całkowicie wypalonej i zburzonej ulicy Kruczej, dotarliśmy na miejsce. Dom na szczęście ocalał, z wyjątkiem częściowo zburzonej prawej oficyny. Mieszkanie stryja (lokal nr 2) położone na parterze we frontowej części budynku stało otworem. Niestety było zdewastowane i okradzione. Pozostały jedynie meble. Trudno powiedzieć, czy dokonali tego Niemcy, żołnierze rozminowujący miasto, czy polscy szabrownicy. W takim samym stanie znajdowało się położone w oficynie mieszkanie mojej babki Teodory. Tutaj na szczęście udało nam się zebrać z podłogi resztki podeptanych zdjęć z albumu rodzinnego. To była jedyne, co ocalało. Cały dom robił przygnębiające wrażenie. W bramie i w stróżówce walały się rozwleczone, może przez szczury, resztki ludzkich zwłok.
Mimo tych strasznych wrażeń wstąpiła w nas otucha, że może i nasz dom ocalał? Choć zmęczeni, z nowym zapałem ruszyliśmy na Bednarską. Wokół panowała martwa cisza. Gdzieniegdzie tylko widać było przemykających się ludzi. Na budynkach uwagę zwracały rosyjskie napisy czerwoną farbą MIN NIET. Ta część ulicy Wilczej do Mokotowskiej i Mokotowska były w dość dobrym stanie. Większość budynków przetrwała. Gorzej było na placu Trzech Krzyży, na którym szczególne przygnębiające wrażenie robił zburzony kościół p. w. św. Aleksandra, w którym za kilka miesięcy przystąpiłem do Pierwszej Komunii Św. Idąc dalej całkowicie zburzonym Nowym Światem napotykaliśmy coraz więcej ludzi, którzy w większości kierowali się w stronę rzeki, aby przeprawić się na Pragę. Kiedy doszliśmy do Krakowskiego Przedmieścia, w okolicach pustego cokołu po pomniku Kopernika, zatrzymał nas patrol żołnierzy sowieckich. Poza tobołkami na plecach, w których był cały nasz dobytek, jedynie moja mama niosła dodatkowo koc otrzymany od stryja z Radomia. Pamiętam dokładnie jak żołnierka z tego patrolu podeszła do mamy i zażądała oddania koca twierdząc, że został zrabowany Armii Czerwonej. Oczywiście mama zaprotestowała. Żadne argumenty, tłumaczenia i prośby mamy i ojca jednak nie odniosły pozytywnego skutku, wręcz przeciwnie. W pewnym momencie żołnierka zdjęła z pleców pepeszę, przystawiła ją do piersi mojej mamy krzycząc, że ją zastrzeli jeżeli natychmiast nie odda tego koca. Cóż było robić… Koc został oddany, a ja na zawsze zapamiętałem to pierwsze spotkanie z Armią Czerwoną. Zadowoleni ze skradzionego mam koca żołnierze oddalili się rechocząc radośnie. Pewnie niebawem wymienili go na butelkę bimbru. A my tymczasem z nadzieją, że zastaniemy nasz dom ocalały, poszliśmy dalej. Niestety czekały na nas tylko wypalone ruiny. Trzeba było ruszać dalej. Ponieważ Wisła była zamarznięta, a most pontonowy zarezerwowany dla wojska, musieliśmy jak wszyscy cywile przejść po lodzie. Na Pradze zatrzymaliśmy się krótko u siostry mojej mamy Stefanii Cuber przy ulicy Wileńskiej 5. Niestety znowu trafiliśmy fatalnie, bo w mieszkaniu było zakwaterowanych kilku żołnierzy sowieckich, którzy na szczęście po dwóch dniach pomaszerowali na front, pozostawiając „na pamiątkę” kilka granatów i trochę amunicji. My również wkrótce opuściliśmy to miejsce przenosząc się do brata mojego ojca — Czesława, który wraz z rodziną przetrwał Powstanie w swoim letnim domku w Wesołej pod Warszawą. Tu też na dłuższy pobyt nie było warunków.
Problem co robić dalej, gdzie znaleźć miejsce do mieszkania pozostawał nie rozwiązany. Większość powracających warszawiaków, których domy były spalone lub legły w gruzach, zajmowała ocalałe puste mieszkania. Jednak rodzice nie chcieli tego robić. Wszak w każdej chwili mogli wrócić poprzedni lokatorzy lub właściciele. Ojciec i stryj uzgodnili, że tymczasem zajmiemy ocalałe mieszkanie stryja przy ulicy Wilczej 18. Pośpiesznie wróciliśmy więc do tego mieszkania i w pierwszych dniach lutego, po uzyskaniu przydziału kwaterunkowego, zostaliśmy w nim zameldowani. Tak zakończyła się nasza popowstaniowa tułaczka.
Koniec

Janusz Matyjaszkiewicz
Warszawa, sierpień 2013 r.