Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 32
W tym miesiącu: 2350
W tym roku: 19439
Ogólnie: 365954

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Andrzej Wernic - Moja barykada

Autor: admin
03-02-2015

Czy mogłem przypuszczać, że po 70. latach od tych pamiętnych, niezapomnianych powstańczych dni, w wolnej i niepodległej Polsce — w Warszawie, mieście odznaczonym orderem Virtuti Militari — ukaże się książka-paszkwil pod znamiennym tytułem „OBŁĘD 44”, ubliżająca pamięci wszystkich uczestników Powstania Warszawskiego: dowódców, żołnierzy i ludności cywilnej?!


Urodziłem się w Warszawie w 1930 r., jako syn oficera zawodowego Wojska Polskiego, członka POW, Legionisty Józefa Piłsudskiego, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej 1920 r. i obrony Warszawy we Wrześniu 1939 r., odznaczonego Orderem Virtuti Militari. Nic dziwnego, że wychowywałem się w wojskowych garnizonach (51 pp Strzelców Kresowych w Brzeżanach, 17 DP w Gnieźnie). W 1938 roku Ojciec został przeniesiony do 31 pp Strzelców Kaniowskich w Sieradzu, a na początku 1939 roku do II Oddziału Armii „Łódź” gen. Juliusza Rómmla i we wrześniu uczestniczył w obronie Warszawy. Po kapitulacji trafił do niemieckiej niewoli. Matka, doktor medycyny, lekarz dzieci, pracowała w Ubezpieczalni Społecznej na Starym Mieście. Zamieszkaliśmy na Starym Mieście przy ulicy Podwale 4, róg placu Zamkowego.
W latach okupacji niemieckiej nasze mieszkanie stało się miejscem tajnego nauczania. Razem z bratem chodziliśmy do szkoły powszechnej, gimnazjum i liceum im. św. Stanisława Kostki. Zbyszek, harcerz, był żołnierzem (kapral podchorąży) 7 pp AK „Garłuch”, więc w naszym mieszkaniu odbywały się także konspiracyjne spotkania, zbiórki jego oddziału i odprawy V Oddziału (Łączności) Okręgu Warszawa AK. Brali w nich udział m. in płk dypl. Kazimierz Pluta-Czachowski, ps. „Kuczaba”, szef V Oddziału (Łączności i Dowodzenia) KG AK oraz kpt. Kazimierz Malinowski, ps. „Mirski”, zastępca szefa Łączności Okręgu Warszawa AK. To za ich przyczyną wspierałem AK jako łącznik, ps „Bodek”, „Paciorek”, stanowiąc osłonę konspiracyjnych spotkań, a także znajdującej się przez jakiś czas w naszym mieszkaniu radiostacji. Siedziałem więc przy oknie i obserwowałem, co się dzieje na ulicy Podwale, Senatorskiej w stronę Miodowej, na placu Zamkowym i na znajdującym się w oddali moście Kierbedzia. I dlatego mogłem zobaczyć trzy ważne wydarzenia.
12 sierpnia 1943 r. widziałem, jak przed moim domem, przy ulicy Senatorskiej — miedzy Miodową a placem Zamkowym — miała miejsce słynna Akcja „Góral”, kiedy to żołnierze Oddziału Specjalnego „Kosa” Kedywu KG AK zaatakowali i zdobyli niemiecki transport pieniędzy z Banku Emisyjnego. W rękach KG AK znalazło się ok. 106 milionów złotych.
Dnia 4 lutego 1944 roku zobaczyłem u zbiegu placu Zamkowego i Krakowskiego Przedmieścia kondukt pogrzebowy generała Frantza Kutschery, dowódcy SS i policji na dystrykt warszawski (Distrikt Warschau), zastrzelonego 1 lutego przez żołnierzy batalionu AK „Parasol” przy Alejach Ujazdowskich. Trumna Kutschery, przykryta niemiecką flagą ze swastyką, przejechała w kierunku Wybrzeża Kościuszkowskiego. Był to dla mnie radosny widok. Zlikwidowany został przecież kat Warszawy.
Dnia 15 lutego 1944 r. byłem świadkiem ostatniej publicznej egzekucji, która miała miejsce na rogu ulic Senatorskiej i Miodowej. Obserwowałem ją razem z Mamą i Bratem. Z zaciśniętymi pięściami i łzami w oczach. To był dramatyczny, jakże bolesny widok.
Mój brat Zbyszek tak napisał w swoim pamiętniku: [... ] z krwi Ich powstaną Mściciele i kiedyś, a chwila już jest bliska, gdy naród nasz chwyci za broń, nie będzie łaski dla plugawego Szwaba, nie będzie ani krzty litości. Jak dziś leje się nasza krew na froncie Warszawy, tak niedługo poleje się pruska posoka. Cześć bohaterom, cześć żołnierzom. (Zbigniew Wernic, Pamiętnik Cezara, Warszawa: Biblioteka Stolicy 2009, str. 88.)
Zbyszek nie doczekał dni otwartej walki z Niemcami, nie doczekał się zemsty. Aresztowany 27 czerwca 1944 r. nocą w domu, został rozstrzelany 21 lipca 1944 r. na Pawiaku.
Jego marzenia spełniły się, gdy 1 sierpnia Armia Krajowa i inne niepodległościowe organizacje uderzyły na Niemców. Mamy wówczas nie było w domu, pracowała w Szpitalu dla Dzieci przy ulicy Kopernika. Zbyszek już nie żył. Nikt o tym nie wiedział. Ojciec — w niemieckiej niewoli. Zostałem więc sam na Starówce. Dopiero pod wieczór dotarła na Podwale ciotka Stachna Schmidtowa, siostra Mamy, która nie mogła już przedostać się na Bielany (...).
Już w pierwszej godzinie Powstania paliła się znajdująca się w naszym domu Księgarnia Katolickiego Towarzystwa „Kronika Rodzinna”. Na szczęście akcja gaszenia pożaru zakończyła się pomyślnie. Nazajutrz przeżyłem wielkie wzruszenie i radość. Na staromiejskich kamienicach pojawiły się narodowe flagi. Zawisły także wzdłuż Podwala. Patrzyłem na nie z dumą i radością. Popłynęły łzy. Ludzie wyciągnęli z ukrycia radia i gramofony. Rozległy się dźwięki patriotycznych i żołnierskich pieśni. Otwarto sklepy. Stare Miasto było wolne!
Trwała budowa barykad, które miały wzmocnić obronę Starówki od strony placu Zamkowego i Krakowskiego Przedmieścia. Wzniesiono barykady przy ulicy Świętojańskiej i Piwnej. Kolejna barykada powstała u zbiegu placu Zamkowego i Podwala. Miało to miejsce trzeciego albo czwartego sierpnia. Powstała spontanicznie. Budowali ją powstańcy i cywile, oczywiście także dzieci. Znalazłem się wśród nich, niespełna czternastolatek. Panował wielki entuzjazm i radość. Działo się przecież coś niezwykłego. Budulec stanowiły kostka brukowa i chodnikowe płyty. Z domów i piwnic ludzie wynosili stare meble, przeróżne starocie i rupiecie. Na ten magazyn przeróżności sypano ziemię.
Barykada rosła. Entuzjazm wzmagał się, gdyż na horyzoncie, za Wisłą, na prawym jej brzegu pojawiły się oznaki walki: świetlne smugi, języki ogniste, rozjaśniające lampiony. Dudniło. Dochodziły odgłosy walki. Strzałów i salw artyleryjskich pocisków. To był oszałamiający, niezwykły widok. Co się dzieje? Czy ktoś wiedział? Nagle rozległ się gromki okrzyk „Ruscy idą”. Powitano go z radością. Oznaczał bowiem pomoc, nadzieję na zwycięstwo. Wzmagał się entuzjazm. Pod wieczór niebo jaśniało coraz bardziej.
Nazajutrz rano zapanowała cisza. Cisza nie oznaczała nic dobrego. Pomoc nie nadeszła. Dlaczego? Wówczas nie było odpowiedzi na to ważne pytanie. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że Stalin wraz ze swoimi sojusznikami z PKWN i PPR czekał na śmierć powstańczej Warszawy, a powstańcza walka była wyrazem antyradzieckiego stanowiska. Moja barykada stała przez cały czas obrony Starówki, uniemożliwiając Niemcom wdarcie się w głąb Starego Miasta. Niejednokrotnie atakowały ją niemieckie czołgi i samochody pancerne. Broniący jej żołnierze AK odpierali ataki. Trwał intensywny ostrzał Podwala. Strzały cekaemów, ciężkiej broni nie złamały oporu powstańców. Działo się to między 7 a 13 sierpnia. Moja barykada trwała w obronie.
Dnia 13 sierpnia nastąpiło pamiętne, tragiczne wydarzenie:... O godzinie 11.00 po ostrzelaniu barykady przez cekaem z Zamku, pojawił się nie znany dotąd powstańcom Sprengstofftrager, czyli nosiciel ładunków wybuchowych. Transporter utknął w umocnieniu barykady, a butelki benzyny wywołały ogień na jego pancerzu. Kierowca zbiegł w gruzy, zanim zdążono doń strzelić. O godz. 16.00 zbadano zagadkowy pojazd nie znajdując wewnątrz niczego, co budziłoby podejrzenia, po czym rozebrano część barykady i kierowca ze stacjonującego w pobliżu Dywizjonu Motorowego NSZ „Młot” wjechał nim w Podwale, a następnie przez Piekarską na Rynek przed kwaterę dowódcy odcinka mjr. „Roga” (Stanisław Błaszczak) wśród gęstniejącego i rozentuzjazmowanego tłumu. Ok. godz. 18.00 nastąpiła tragedia — wybuch czołgu — pisze Juliusz Kulesza w książce „Warszawskie Termopile 1944”. Zginęło ok. 300 ludzi, wiele dzieci. Był wśród nich mój kolega, 12-letni Henryk Smulski, którego babcia miała mydlarnię na rogu Piwnej i Wąskiego Dunaju.
Ta moja barykada stała się dla mnie symbolem Powstania. Tu rozpoczynał się mój powstańczy szlak na Starówce, zakończony pierwszego września 1944 roku, gdy za sprawą łącznika kanałowego Zygmunta Lewandowskiego ps. „Maks” wszedłem przy placu Krasińskich do kanału, aby znaleźć się w Śródmieściu, na Nowym Świecie róg Wareckiej. (...)
Tymczasem 14 września 1944 r., gdy bronił się jeszcze Żoliborz, Śródmieście, Mokotów i Czerniaków — Sowieci zajęli Pragę. Trwała krwawa rozprawa z Polskim Państwem Podziemnym i jego wojskiem — Armią Krajową. Zapełniły się więzienia, trwały deportacje, zapadały wyroki śmierci.
I o tym wszystkim myślę, gdy często jestem w miejscu, gdzie stał mój dom i moja barykada... W miejscu tym stoi dziś głaz z tablicą upamiętniającą ofiary zbrodni w Katyniu. Ta barykada pozostała na zawsze w mojej świadomości i pamięci. Myślę więc o Matce — Zofii Chodkowskiej-Wernic, sanitariuszce 1920 roku i lekarzu powstańczej Stolicy, Ojcu — Leonie Leszku, zawodowym oficerze II Rzeczypospolitej, Bracie — Zbigniewie, ps. „Cezar”, żołnierzu 7 pp AK „Garłuch”, rozstrzelanym na Pawiaku, Ciotce — Wandzie Chodkowskiej, zakonnicy urszulance z Wojskowej Służby Kobiet AK, poległej 1 sierpnia 1944 roku, pośmiertnie odznaczonej Krzyżem Walecznych, Wuju — inżynierze architekcie Remigiuszu Ostoja- Chodkowskim, ps. „Blondyn”, ppor. Zgrupowania AK „Gurt”, poległym 31 sierpnia, pośmiertnie odznaczonym Krzyżem Walecznych, Stryju — Wiesławie Wernicu, pseudonim „Woźniak”, dziennikarzu, pisarzu, żołnierzu AK. A także o wszystkich tych, którzy wierni byli chrześcijańskim i niepodległościowym wartościom, tradycjom i ideałom, których przypominam z wdzięcznością i szacunkiem za ich postawę i służbę Polsce. Lista ich jest długa.
Widzę mój dom, i moją barykadę, a poza nią kolumnę Zygmunta i spalony Zamek Królewski, zaś w oddali most Kierbedzia. Spoglądam na spaloną we wrześniu 1939 kamienicę adwokata Aleksandra Johna, gdzie podczas Powstania znajdował się punkt obserwacyjny obrońców Starówki. Naprzeciw mojego domu widzę gruzy zniszczonego we wrześniu 1939 roku domu przy Podwale 1, gdzie Zbyszek przechowywał amunicję. Jak wiele wspomnień łączy się z tym miejscem... To tu kształtowała się moja świadomość historyczna, mój stosunek do wyzwolicieli ze Wschodu, do ludowej władzy, do PRL-u, do komunistów z PPR-PZPR. To tu zdawałem pierwszy egzamin z postawy i z wierności rodzinnym korzeniom. To ta barykada i wszystko, co się wokół niej działo, przyczyniła się do ugruntowania moich poglądów politycznych, stosunku do historii, a także i do Boga, który sprawił przecież, że przeżyłem Powstanie, chociaż kilka razy bliski byłem śmierci... Mogę powiedzieć, że ta moja barykada obroniła mnie przed komunistyczną indoktrynacją — przed zakłamaną historią. Umocniła mnie w wierności chrześcijańskim i niepodległościowym tradycjom, ideałom i wartościom.
Były to lata PRL-u, gdy obrońców powstańczych barykad, żołnierzy AK komuniści nazywali „zaplutymi karłami reakcji”. Obowiązywała komunistyczna, zakłamana wizja historii.

Czy mogłem przypuszczać, że po 70. latach od tych pamiętnych, niezapomnianych powstańczych dni, w wolnej i niepodległej Polsce — w Warszawie, mieście odznaczonym orderem Virtuti Militari — ukaże się książka-paszkwil pod znamiennym tytułem „OBŁĘD 44”, ubliżająca pamięci wszystkich uczestników Powstania Warszawskiego: dowódców, żołnierzy i ludności cywilnej?! Jej autorem jest historyk Piotr Zychowicz, zastępca redaktora naczelnego tygodnika „Do Rzeczy”, naczelny redaktor miesięcznika „Historia. Do Rzeczy”. Ukazały się już dwa wydania tej podłej książki.
Cóż więc mam powiedzieć — gdy znów stanę przed moją barykadą — moim najbliższym, o których już pisałem, uczestnikom Powstania Warszawskiego, jego dowódcom, żołnierzom, łącznikom, sanitariuszkom, cywilom? — Czy to prawda, że uczestniczyliście w zbiorowym Obłędzie 44, a nie w wielkim bohaterskim zrywie Warszawy ku wolności i niepodległości, w obronie honoru Narodu?!
To przecież z myślą o Nich na terenie Panteonu Chwały Żołnierza Polskiego na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie stanął pomnik z napisem GLORIA VICTIS — CHWAŁA ZWYCIĘŻONYM.
 
Andrzej Wernic
historyk, dziennikarz

Tekst ten ukazał się w Tygodniku „NASZA POLSKA” nr 42 14 X 2014 raz w „Biuletynie Informacyjnym Światowego Związku Armii Krajowej” nr 9 Wrzesień 2014 r.