Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 39
W tym miesiącu: 2357
W tym roku: 19446
Ogólnie: 365961

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Niewola i wyzwolenie (cz. 9)

Autor: Adam Bogdanowicz
03-02-2015

Kolejny (9) odcinek nie publikowanych nigdy wcześniej wspomnień Adama Bogdanowicza, porucznika AK, ps. Konrad.  W poprzednim odcinku opisuje wyjazd z Warszawy do obozu jenieckiego w Gross Lübras. Wspomnienia wojenne spisał w 1989 roku.

W czasie mojego pobytu w Gross-Lübars spotkałem dziwnego typka, podającego się za żołnierza Ak z grup, które wykonywały wyroki na skazanych przez sąd podziemny RP zdrajcach i konfidentach niemieckich. Opowiadał mrożące krew w żyłach sceny zabijania konfidentki, zabijania niemieckich wachmanów itp. Budziło to w nas odrazę, ponieważ chłopak nie miał jeszcze chyba 20 lat, a opowieści tych nie powstydziłby się zawodowy morderca. Przykład negatywnego oddziaływania wojny na młodzież. Teraz, gdy to wspominam, postać ta wydaje mi się podejrzana. Znali go wachmani, strzegący naszego lazaretu, mówił, że był tu już kiedyś, ponieważ został wzięty do niewoli gdzieś we Włoszech, czy w Afryce, potem uciekł stąd i działał w Warszawie wykonując wyroki itp. Możliwe, ale możliwe też, że był to pozostający na usługach Abwehry prowokator, który chciał przez takie pogawędki wyciągnąć z nas jakieś szczegóły konspiracyjnej działalności. Niemcy od czasu do czasu aresztowali któregoś z naszych oficerów pod zarzutem popełnienia przestępstw wojennych, do których zaliczano dywersję oraz likwidowanie szpiegów i konfidentów. Pytanie, skąd to wiedzieli, od kogo mieli wiadomości o takich działaniach, doczekało się odpowiedzi dopiero po wyzwoleniu.
W końcu znudziło mi się do dekowanie, konspirowanie z naszymi lekarzami, którzy robili wszystko, żeby nas przetrzymać jak najdłużej w lazarecie, przedstawiając w odpowiednio niekorzystnym świetle stan naszego zdrowia. Witek miał istotny powód, żeby zostać w lazarecie, dopóki była tu jego Krystyna, mnie tu właściwie poza towarzystwem Witka nic specjalnie nie trzymało.

W Stalagu XI B w Altengrabow
Chyba pod koniec listopada, nie bardzo się broniąc dałem się Niemcom wykopać z wygrzanego miejsca w lazarecie i wraz z innymi kilkunastoma chłopakami, między nimi był także Tadeusz Halecki, zostałem przeniesiony do Stalagu XI B w Altengrabow. W obozie tym był wydzielony mały obóz, chyba dwa budynki, jako oflag dla oficerów z Powstania. Jeszcze przed opuszczeniem Gross-Lübras wszyliśmy sobie w naramienniki naszych bluz każdy po jednej złotej monetce 5-cio czy 10-cio rublowej, obawiając się rewizji i możliwości skonfiskowania nam skarbu. Monety były własnością Tadeusza, ale tak na wszelki wypadek powierzył mi jedną na przechowanie. Monety dostały się z nami do obozu, ale jak po miesiącu chcieliśmy moją wymienić na groch, okazało się, że monetki w naramienniku nie ma. Szukaliśmy, dłubaliśmy — nie ma, wyparowała. Przykra dla mnie sprawa, bo zacząłem się czuć jak podejrzany o malwersację. Zacząłem podejrzewać krawca, któremu powierzyłem bluzę dla dokonania wszycia. Trudno, moneta przepadła. Dopiero po około miesiącu, szukając czegoś w kieszeni, natrafiłem palcami na jakiś krążek, gdy wyjąłem, okazało się, że trzymam w ręku monetę. Jakim cudem przewędrowała z naramiennika do kieszeni pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. W każdym razie radość mieliśmy ogromną z odnalezienia skarbu i zakupiliśmy za to większą ilość grochu, co pozwalało nam przez parenaście dni delektować się każdego popołudnia pyszną grochówką okraszaną kawałkami skórek od chleba zamiast skwarków czy wędzonki. Gotowanie odbywało się na maszynkach drewno-gazowych, opartych na podobnej zasadzie jak generatory stosowane w czasie okupacji do napędu samochodów. Drugim typem używanych kuchenek była tzw. „kręciołka”, oparta na zasadzie palenia jak w kuźniach polowych z zastosowaniem wiatraczka, który dmuchał pod ruszty powietrze. Z tych dwóch typów jenieckich kuchenek największe powodzenie uzyskała kuchenka pierwszego typu. Zamierzałem po wyjściu z niewoli uruchomić masową produkcję takich maszynek dla celów turystycznych, ale jak wiele innych postanowień powziętych w tym okresie nie zrealizowałem tego pomysłu.
W porównaniu z warunkami, jakie mieliśmy w Gross-Lübras, obóz w Altengrabau wydał się nam więzieniem. Zamiast łóżek z materacami i pościelą, prycze z siennikami wypchanymi wiórkami drzewnymi, kiepskie oświetlenie, zaduch spowodowany brakiem należytej wentylacji, przy równoczesnym przeludnieniu pomieszczeń. Nasz „Oflag” zajmował cztery duże niegdyś kawaleryjskie stajnie, do których wstawiono drewniane prętowe prycze. Poza tym, jedynym umeblowaniem naszego pomieszczenia były długie stoły i dostawiane do nich ławy. Nasz skromny jeniecki ekwipunek składamy w żłobach, rozmieszczonych wzdłuż ścian stajni. Każdy budynek składa się z dwóch pomieszczeń stajennych, ulokowanych symetrycznie po obu stronach obszernej sieni, w której znajdowały się dwa krany z wodą. Korytko przed stajnią służące jako mykwa na świeżym powietrzu oraz latrynka z bancikiem do kucania to były wszystkie „wygody” naszego mieszkania. Sypialnio-jadalnie, bo tak by można było zakwalifikować nasze pomieszczenia stajenne nie miały żadnego ogrzewania, więc w zimie ogrzewaliśmy je własnym ciepłem.
Lokujemy się z Tadziem H. na pryczach parterowych obok siebie. Po lewej stronie „mieszka” spotkany tu Danek Tokarski, dalej jego brat Andrzej. Danek kiepsko wygląda, kaszle i ma coś z płucami, jak się to zwykło mówić. Pod względem żywieniowym sytuacja wygląda tu jeszcze gorzej niż w Gross-Lübras; tam można było trochę zahandlować z jeńcami radzieckimi, którzy chodząc na roboty mieli możność zdobycia żywności od ludności cywilnej. Przed samym przeniesieniem do Altengrabowa sprzedałem im swoją „Cymę” oraz butelkę wody kolońskiej, wyniesioną z Warszawy, którą Rosjanie używali jako alkohol konsumpcyjny. Dostałem w wyniku tej transakcji parę bochenków chleba, trochę cebuli i fasolę — byłem więc można powiedzieć zamożnym Polakiem z chwilę wylądowania w naszej „betlejemce” w Altengrabowie. Oczywiście z Tadziem prowadziłem wtedy wspólne gospodarstwo i wszelkie nasze uzyski szły do wspólnej kuchni.
 Obóz oficerski był oddzielony od pozostałej części Stalag XI B, zajmowanej wtedy przez jeńców wszelkich nacji, walczących z Niemcami, ogrodzeniem z drutu kolczastego z bramą strzeżoną stale przez dwóch wachmanów. Nauczyliśmy się później wynajdować różne sposoby przedostawania się przez tę wachę na „szeroki świat”, gdzie można było zahandlować i zdobyć  dodatkowe jedzenie. W ten właśnie sposób uczestniczyłem w transakcji wymiany złotego „Longina” na 5 bochenków niemieckiego przydziałowego chleba. Zegarek kupił jakiś „bogaty” nasz podoficer zatrudniony w kancelarii obozowej i spłacał ratami, po jednej połówce chleba dziennie. Żeby odebrać dla właściciela zegarka, starszego wiekiem rotmistrza, całą należność, musiałem 10 razy przekraczać bramę, podając wachmanowi najróżnorodniejsze konieczności, dla których zmuszony jestem odbywać te podróże. A na całej transakcji mój zarobek wyniósł 1/4 bochenka. (...)
Smutno było na początku w Altengrabowskim obozie i głodno. Nie można było zjeść spokojnie przyniesionych zapasów, bo niepokoił nas głodny wzrok sąsiadów, dzieliliśmy się z najbardziej potrzebującymi. Pamiętam, że wspomagałem cokolwiek Janka T., który był mi zawsze bardzo przyjazny. Gdy człowiek pierwszy raz znajdzie się podobnie jak ja za drutami — przypuszczam, że odczuwają to także kryminaliści — przeraża go własna bezradność, absolutna niemożliwość wpływania na własny los, poczucie całkowitego uzależnienia. Życie, które dotychczas było dla mnie zawsze jakimś działaniem, stało się jedynie trwaniem. W czasie życia na wolności też zdarzają się krótsze lub dłuższe okresy uzależnienia się od otoczenia, okresy, które można by nazwać trwaniem w bezruchu. Ale i w tych wypadkach możemy manifestować swój sprzeciw przeciw zaistnieniu takiej sytuacji lub zacząć działanie, żeby je zmienić. W niewoli nic z tych rzeczy, przynajmniej na początku tak to odczuwałem. Był to kryzys psychiczny, jakaś lekka „choroba drutów”, która w swym cięższym wydaniu prowadzi swe ofiary w samobójcze forsowanie ogradzających obozy płotów z drutów kolczastych.
Tryb życia w obozie też przygniatał mnie swą monotonnością. Wstawaliśmy o szóstej, potem czynności higieniczno-toaletowe, ścielenie posłań, sprzątanie itp., wszystko na głodno aż do południa, kiedy to roznoszono (drużyna służbowa) obowiązkowy przydział jedzeniowy. 0 8-ej zbiórka na apelu, na zewnętrz, na placu apelowym. Liczenie, odliczanie, sprawdzanie ilości pozostających na pryczach „chorych” itp. Po przeliczeniu i sprawdzeniu polski komendant naszego oflagu składał raport dowódcy niemieckiemu i po tej ceremonii dawał rozkaz rozejścia się. Po apelu jeńcy, którzy zgłosili się jako chorzy wymagający leczenia, byli odprowadzani przez jednego z wachmanów do lekarza obozowego, Niemca, który decydował, co dalej czynić z delikwentem i przeważnie kierował chorego do szpitala obozowego, znajdującego się na terenie miasta, gdzie personel lekarski stanowili lekarze wojskowi różnych narodowości, w tym wielu Polaków.
Raz jeden doświadczyłem dobrodziejstwa leczenia w tym szpitalu. Zgłosiłem się na apelu do lekarza z okiem uszkodzonym mi przez jakiegoś Szkota podczas meczu, w którym brałem udział jako reprezentant naszego obozu o wadze papierowej czy muszej, już nie pamiętam. W czasie walki, którą stoczyłem z owym Szkotem, mój przeciwnik rąbnął mnie potężnie prostym w gałkę oczną, powodując pęknięcie jakiejś żyłki i krwawy wylew. W szpitalu, dokąd zostałem skierowany przez naszego eskulapa obozowego, natknąłem się na okulistę, Polaka, lekarza pułkownika ze szpitala Ujazdowskiego w Warszawie. Po obejrzeniu mojego oka powiedział, że jeżeli sobie życzę, może wstrzykiwać mi przez dłuższy czas, dopóki mi się to nie znudzi, Aqua destilata, co na pewno memu oku nie zaszkodzi, bo poza tym nie widzi konieczności innego „leczenia”. Chyba przez z górę trzy tygodnie, codziennie lub co drugi dzień maszerowaliśmy z towarzyszącym wachmanem przez miasto do szpitala, co stało się dla mnie rozrywką w tym nudnym życiu obozowym. Kontakt ze światem zewnętrznym, możliwość zahandlowania, spacer przez miasto pełne ludzi nieumundurowanych, z przewagą w tym czasie kobiet, oto czego mogli mi zazdrościć koledzy, i nie bez kozery nazywali mnie szczęściarzem. No, ale i to kiedyś się musiało skończyć i powróciła jednostajność urozmaicana jedynie grą w brydża i czytaniem, jeżeli ktoś mógł zdobyć jakąś książkę. Zaczęto organizować różne kursy jak np. nauki angielskiego, niemieckiego, francuskiego, kurs reklamy, hodowli drobiu izwierząt domowych itp.

Listy i paczki
 Największą atrakcją były oczywiście listy i paczki, które zaczęły napływać na nasz adres od rodziny i znajomych. Staranie się o nawiązanie kontaktu z rodziną przypomniało trochę grę na loterii. Wolno nam było wysłać miesięcznie trzy listy na blankietach niemieckiej poczty polowej, jeżeli adres zawiódł, trzeba było czekać z pisaniem do następnego miesiąca. Muszę tu wyjaśnić, że tylko niewielu spośród nas znało adresy swoich rodzin, które opuściły Warszawę, reszta udała się na tułaczkę w nieznane. Adresowało się więc listy opierając się na przypuszczeniach jedynie. Jak wszystko zawodziło, adresowało się listy na adres kościoła Mariackiego w Krakowie lub do Ojców Paulinów na Jasnej Górze — w tym świecie, który wraz z niebytem Warszawy wywrócił się nam do góry nogami, coś przecież musiało przetrwać. I rzeczywiście zaczęły przychodzić paczki i listy od Ojców Paulinów z Częstochowy i z Krakowa. Ja miałem od razu szczęście strzelić w dziesiątkę, tj, wysyłając kartkę na drukowanym blankiecie z gotowym tekstem zawiadomienia i odpowiedzi jeszcze z Poznania na adres państwa Hałasiewiczów w Krakowie przez Niemiecki Czerwony Krzyż. Dostałem też jeden z pierwszych odpowiedzi, zawierające właściwie tylko adres wpisany ręką ojca do drukowanego tekstu oraz zawiadomienie o zdrowiu. Mimo swej lakoniczności jakże wymowna to była korespondencja! No, a potem dostawać zacząłem też paczki z upragnioną przez wszystkich cebulą, fasolą, grochem i tym podobnymi specjałami od rodziców i od poczciwego Staszka Racławickiego.
Łączność z krajem nie trwała jednak długo. Została przerwana, gdyż ruszyła zimowa ofensywa radziecka, przyśpieszona żądaniami pomocy przez aliantów zachodnich, spowodowanymi klęską wojsk Stanów Zjednoczonych w Ardenach i przerwaniem się pancernych armii niemieckich w kierunku na Belgię. Zdążyłem jeszcze otrzymać parę listów od Zosi i od rodziców, nim korespondencja przerwała się na dobre. Mam do dzisiaj te listy i przysłane też razem z nimi fotografie — było to dla mnie ogromne przeżycie.
 W obozie prowadziliśmy (a właściwie była to domena sekcji Informacji) nasłuch radiowy, przede wszystkim Londynu a także stacji niemieckich, żeby wiedzieć z pierwszej ręki, co się w świecie dzieje. Codziennie po południu oficer służbowy batalionu odczytywał najnowszy komunikat o sytuacji na frontach. Niemcy robili rewizje, tzw. naloty nocne, opróżniali budynki i podczas gdy wszyscy byliśmy na zewnętrz, przerzucali wszystko i wywracali do góry nogami nasze rzeczy. Nic jednak do końca naszego pobytu w Altengrabow nie udało się im znaleźć. Sam zresztą też nigdy nie dowiedziałem się, jak i gdzie było ukryte radio. Mając codzienne wiadomości, przeżywaliśmy bardzo boleśnie pogrom wojsk amerykańskich w Ardenach, zdając sobie sprawę, czym może grozić przebicie się Niemców do wybrzeży Atlantyku i dalsze znaczne przedłużanie się wojny z Niemcami.
Święta Bożego Narodzenia w obozie jenieckim
Boże Narodzenie obchodziliśmy uroczyście, choć z niejedną łezką i nie tylko w oku, lecz także na policzkach. Przed samą wigilią pozwolono nam, po daniu na piśmie słowa honoru i złożeniu odpowiedniego oświadczenia, że nie uciekniemy, udać się do lasów w towarzystwie zaledwie jednego wachmana i przywieźć choinkę świąteczną. Lasy wyglądały bajecznie, ośnieżone choiny, obsypane cynfolią zrzucaną przez samoloty alianckie celem unieszkodliwienia radiolokacji przeciwnika, wyglądały jak prawdziwe drzewka bożenarodzeniowe. Nie mogłem się nacieszyć widokiem lasu, zapachem drzew. Pod wieczór wracamy, ciągnąc wózek załadowany pięknymi choinkami; nie będziemy mieli dużo jedzenia, niech będą przynajmniej choinki. Jeden tylko z naszych kolegów nie wrócił, mimo danego słowa honoru. Zgodnie z obowiązującą nas konwencją, w wypadku złapania go przez Niemców grozi mu sąd wojenny za złamanie oficerskiego słowa honoru i wyrok śmierci wg prawodawstwa niemieckiego. Czekamy, co będzie dalej. Już jednak na trzeci dzień po ucieczce żandarmeria polowa przyprowadziła zbiega do obozu. Współczuliśmy chłopakowi, ale uważaliśmy, że postąpił niepotrzebnie ryzykancko i lekkomyślnie. Został aresztowany i osadzony w obozowym areszcie, w którym ma przebywać do czasu przyjazdu przedstawiciela państwa opiekuńczego, w tym wypadku Szwajcarii, oraz zebrania się sądu. Nawiasem mówiąc, nie doczekał się rozprawy do końca wojny, może dlatego, że zachorował, a może tylko symulował chorobę psychiczną.
W dzień Wigilii miał miejsce tragikomiczny wypadek, który spotkał jednego z bardzo służbistych zawodowych oficerów. Otóż siedząc w charakterystycznej pozie na banciku w latrynce, ujrzał nagle wchodzącego tam „za potrzebą” naszego generała — biedak ulegając nawykowi zawodowemu zasalutował i w tym momencie stracił równowagę i wpadł do szamba. Sytuacja była tragiczna, bo trzeba było nieszczęśnika kąpać na mrozie, na zewnętrz naszej stajenki. Na drugi dzień nasza komendantura obozowa zareagowała, wydając stosowny rozkaz o zakazie oddawania honorów wojskowych w latrynach. Dla nas rezerwistów ubaw z tego tytułu był nie lichy.
Jak już wspomniałem wigilię obchodziliśmy uroczyście, była choinka, przystrojona przez naszych plastyków. Stoły zestawione razem i przykryte czymś, co imitowało białe obrusy — z potrawami było raczej skromnie i na pewno nie było pieczonego karpia. Były natomiast życzenia złożone przez komendę polską wszystkim obozowiczom, były też toasty, a potem kolędy i serdeczne rozmyślania o swoich w dalekiej Polsce. Przyszli też w czasie wilii oficerowie niemieccy z komendantem obozu na czele i po raporcie złożonym im przez naszego oficera służbowego, złożyli również życzenia, żeby po szczęśliwie (oczywiście dla Niemiec) zakończonej wojnie, mogliśmy jak najszybciej wrócić do swoich rodzin. Nasz służbowy, a był nim wtedy akurat kapitan z Kedywu, odpowiedział grzecznie (przez tłumacza), że ma nadzieję, że wojna ma się ku końcowi i że w związku z tym życzy im również powrotu do domu. Nie wiem, czy po tych życzeniach nasi rozmówcy mieli wesołą choinkę.
Wkrótce po świętach zaczęliśmy dostawać paczki z Czerwonego Krzyża jak również z rozmaitych instytucji charytatywnych adresowanych imiennie do poszczególnych jeńców. Ja dostałem paczkę ze Szwecji z mlekiem w proszku oraz z Egiptu puszkę olbrzymią z jakimś boczkiem, który zakwalifikowaliśmy zgodnie jako boczek z hipopotama, bo tak właśnie boczek z tego zwierzaka sobie wyobrażaliśmy.
Adam Bogdanowicz


Czytaj także poprzednie odcinki. Odcinek 8