Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 67
W tym miesiącu: 2385
W tym roku: 19474
Ogólnie: 365989

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Moja wrześniowa wojna 1939 roku

Autor: Jan Gliński
03-02-2015

Bitwa pod Kockiem.

Obchodząc Kock dotarliśmy 3-4 października do okolicy wsi Krzywda. Tu brałem udział w walkach z Niemcami. Dzień 5 października był pogodny, słoneczny. Moja kompania znalazła się na polu, kartoflisku, o niewielkim zboczu podnoszącym gość łagodnie się przed nami pod górkę. Nad nami rozrywały się liczne szrapnele, grad odłamków spadał wokół nas. Leżeliśmy w bruzdach kartofliska spokojnie czekając na dalsze rozkazy. Leżący obok mnie żołnierz został takim odłamkiem trafiony, już nie wstał. Siadująca z nami pozycją bojową kompania kadetów już poszła walczyć z wrogiem na bagnety, my mamy iść za chwilę w ich ślady. Wówczas wyjawiłem porucznikowi, memu dowódcy plutonu, że jestem studentem medycyny. Prosił tylko, abym trzymał się blisko niego. Od czasu do czasu padały wokół nas także pociski artyleryjskie. Jeden z nich padł bardzo blisko mnie, uczułem silny wstrząs gruntu pode mną — miałem szczęście, to był niewypał. Nie miał tego szczęścia leżący w bruździe pola ziemniaczanego koło mnie — już nigdy się nie podniósł trafiony odłamkiem szrapnela.
W pewnej chwili przyszedł do naszej kompanii rozkaz „bagnet na broń”. Gotowi, już z bagnetami na karabinach, czekaliśmy na rozkaz do natarcia na Niemców, którzy nadal byli zasłonięci pofalowanym terenem. Nagle nastała cisza. Rozglądamy się, czekamy na rozkaz uderzenia na wroga. Zamiast tego przyszedł rozkaz zawiadamiający o przerwie w walce i nakazujący całej naszej kompanii stawić się na zbiórce pod lasem za wsią Krzywda. Myśleliśmy wówczas, że to zawieszenie broni. Tam pod lasem później, gdy już się ściemniło, odbyła się odprawa. Odczytano nam rozkaz gen. Kleeberga o kapitulacji i że idziemy do niewoli. To był dla nas dramatyczny wstrząs! I ja i wielu innych oblaliśmy to obficie gorącymi łzami. Kapitulacja została wymuszona zupełnym już brakiem amunicji do dział i karabinów. Nie było czym się bronić ani atakować. Warszawa już się poddała. Nie było już celu naszej wędrówki. To była najtragiczniejsza dla nas chwila w tej kampanii.
 Ostatnią na wolności noc spędziliśmy w chałupach wsi Krzywda. Rano doprowadziliśmy się do jako takiego wyglądu, goląc wielodniowy zarost i myjąc się przy studni. Naszą broń, karabiny i co kto jeszcze miał, wielu żołnierzy topiło w studniach, a przez połamanie iglic oraz w różny inny sposób czyniąc je bezużytecznymi, aby tylko nie mogły służyć wrogowi. Nieliczni wówczas mieszkańcy wsi poczęstowali nas skromnym posiłkiem.
 Przekroczenie linii demarkacyjnej — granicy naszej wolności — wyznaczone było na godzinę dziesiątą rano. Przy jej przekraczaniu każdy żołnierz rzucał swój karabin i inną posiadaną broń na stos. To były tragiczne chwile. Oficerowie mogli zatrzymać przy sobie broń krótką. Niemcy zaraz oddzielili oficerów od żołnierzy. Więcej już naszych oficerów nie widzieliśmy. Oczywiście żadnego pożywienia nikt nie otrzymał. Spędzono nas na wielką łąkę pod majątkiem Adamów, gdzie pod gołym niebem spędziliśmy tę pierwszą noc niewoli, grzejąc się przy jednym dużym ognisku, radzi, że nie pada deszcz. Wokół nas spacerowali niemieccy wartownicy pilnując, aby nikt z nas nie uciekł. A było już całkiem chłodno.

W niewoli niemieckiej
 Nazajutrz Niemcy spędzili wszystkich jeńców, formując kolumny marszowe i wyprowadzili na szosę. Gęsto otoczeni wartownikami niemieckimi musieliśmy maszerować. Jak się okazało — celem tego marszu był Dęblin, a raczej jego twierdza „Irena”, odległe o około 49 kilometrów. Bez żadnego jedzenia, dobrym marszem musieliśmy przejść tę odległość za dnia. Początkowo niektórzy z jeńców wyskakiwali z szeregu w pole, koło którego przechodziliśmy, aby wyrwać cebulę czy inny owoc do zjedzenia. Lecz to często kończyło się tragicznie strzałami wartowników i śmiercią tego, który nie słuchał rozkazów Niemców. Więc rychło zaprzestano tego rodzaju prób zdobywania pożywienia. Ponadto niektórzy jeńcy, słabsi fizycznie, upadali na szosie — ich też czekał strzał Niemca. W bardzo długiej kolumnie jeńców — nikt nie mógł zliczyć ilości takich ofiar. Jak wyczytałem po powrocie do Warszawy wz „gadzinówce” (tak nazywaliśmy gazetę-szmatławca wydawanego prze Niemców w języku polskim) po kapitulacji Niemcy wzięli do niewoli około 30 tysięcy jeńców z grupy operacyjnej „Polesie”.
 Już w zupełnej ciemności doszliśmy do twierdzy „Irena”. Tam Niemcy podzielili nas na grupy, kierując każdą — bez posiłku — do opuszczonych pomieszczeń koszarowych. Dopiero rano okazało się, że niektórzy jeńcy spali w wypalonych budynkach i wycierali sobą sadzę z ław czy podłóg.. Ja trafiłem do niespalonego pomieszczenia. W tych koszarach od następnego dnia zaczęliśmy dostawać żywność. Rano dostawaliśmy jeden bochenek kilogramowego żołnierskiego razowego chleba — początkowo na pięciu, potem na sześciu jeńców — oraz miskę wodnistej zupy, a wieczorem tylko taką zupę.
Tak spędziliśmy tydzień. Potem nastąpił przemarsz na stację kolejową. Załadowano nas do krytych wagonów towarowych bydlęcych. W każdym wagonie było kilkudziesięciu jeńców, upchniętych w małej przestrzeni. Ze względu na ciasnotę jednocześnie mogło usiąść na podłodze tylko kilku z nas. Co pewien czas siedzący musieli się zmieniać. Drzwi wagonu były zaryglowane od zewnątrz. Nam pozostawiono tylko jedno małe okienko, przez które można było coś zobaczyć. Trzeba było przeznaczyć jedną menażkę na odchody, które wylewało się przez okienko. Przejechaliśmy Wisłę, dalej podążaliśmy w kierunku Radomia. Czasami pociąg, złożony z wielu takich jak nasz wagonów, przystawał w polu lub na niektórych stacjach — ale wartownicy Niemcy nie pozwalali miejscowej ludności z zewnątrz zbliżać się do wagonów ani nic podawać. Taka podróż bez jedzenia i picia, bez możliwości przyzwoitego załatwienia naturalnych potrzeb człowieka, trwała ponad dobę.
Dojechaliśmy do Radomska, tam kazano nam wysiąść i zaprowadzono do fabryki mebli, mieszczącej się blisko stacji kolejowej, a która była już wyrabowana. W niej nas zakwaterowano. W Radomsku Niemcy nie dali nam (przez cały czas naszego tam pobytu) żadnego wyżywienia. Pozwolili jedynie mieszkańcom miasta, aby nam donosili żywność. To była wielka akcja pomocy i wsparcia mieszkańców Radomska dla uwięzionych, ratujące nieraz wielu z nas od zupełnego upadku sił oraz wiary w najbliższą przyszłość. Mieszkańcy wchodzili do fabryki pod flagą Czerwonego Krzyża. Pozwoliło to wielu jeńcom ukryć się wśród wychodzących, uciekając w ten sposób z niewoli. Mieszkańcy miasta pomagali często przynosząc ze sobą cywilne ubrania dla ułatwienia ucieczki. Nikt nie zliczy, ilu jeńców skorzystało z takiej możliwości ucieczki. Trwało to około ośmiu dni. W tym czasie pojawiła się u wszystkich wszawica. Gnębiła nas ona do końca pobytu w niewoli. Ale najważniejszym była możliwość kontaktów z miejscową ludnością — można było przez nich wysłać do rodzin pierwsze o sobie wiadomości. I ja wysłałem taką karteczkę do swych rodziców w Opatowie Kieleckim, która tam dotarła w dniu imienin mojego ojca Bohdana — 9 listopada. Taki tryb życia i brak należytego wyżywienia spowodował duży ubytek sił u wszystkich jeńców.
 Po około 8 — 19 dniach pobytu w fabryce Niemcy znowu sformowali z wszystkich jeńców kolumnę i zapędzili nas w drogę. Okazała się daleka i niełatwa. Popędzani krzykami i wyzwiskami przeszliśmy jednym marszem do Częstochowy, odległej o około 40 km. Po drodze wielu padło z wysiłku czy zmęczenia (dobijani strzałami), albo byli mordowani „za karę nieposłuszeństwa”, gdy wyskakiwali po cebulę, buraka czy inną jarzynę. Oczywiście nie dostaliśmy w drodze żadnego jedzenia. Przechodząc ulicami Częstochowy byliśmy pod wrażeniem dramatycznej sytuacji naszego współwięźnia Bayerlejna, mieszkańca Częstochowy, który przechodził z nami pod oknami swego domu i nie mógł się w nim ukryć. W Częstochowie na bocznej stacji załadowano nas znowu do krytych wagonów bydlęcych, które zaryglowano od zewnątrz jak i w poprzednim transporcie. Długi pociąg ruszył w nieznaną drogę. Jechaliśmy przez ponad dobę — tak samo bez wyżywienia i napojów. Wyglądając tylko przez okienko orientowaliśmy się, że jedziemy na zachód, w kierunku Poznania, potem Berlina, Magdeburga — udało nam się zobaczyć na peronie tablicę z napisem. I dalej w nieznane.

W Stalagu XI A w Altengrabow
 Wreszcie dojechaliśmy do miejsca przeznaczenia. (...) Stały tam baraki drewniane z dużą izbą każdy, z betonową podłogą, bez żadnego mebla ani słomy. Tu przenocowaliśmy tę pierwszą noc, kuląc się jeden do drugiego. Dopiero następnego dnia przywieziono prycze, które sami musieliśmy montować i zestawiać. Tak powstały nasze baraki z piętrowymi pryczami i jedną „koza” na środku sali, jedyne źródło ogrzewania pomieszczenia, W takim baraku mieszkało nas około 80. lub więcej. Takich baraków było wiele, pewnie ponad 30. Dokonano także pierwszego spisu jeńców. Zostałem zarejestrowany pod numerem jenieckim 32759.
 Regulamin obozowy nakazywał codzienną gimnastykę i inne zajęcia dla jeńców na placu do tego przeznaczonym. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że jesteśmy w Stalagu XI A w Altengrabow koło Magdeburga, że to były stałe letnie koszary wojska niemieckiego, w których w porach letnich odbywały się zajęcia i ćwiczenia wojskowe. Musieliśmy więc godzinami maszerować po tym placu musztry, co Niemcy urozmaicali różnymi formami gimnastyki zbiorowej, na ogół bardzo uciążliwej i monotonnej. Po paru tygodniach uzyskaliśmy zgodę na wysyłanie korespondencji do rodziny i otrzymywanie od nich listów. Było to wielką ulgą dla nas, nie wiedzących nic do tej pory nic o losach naszych rodzin.  Zachowało się kilka moich listów wysyłanych z obozu do rodziców w Opatowie.

Praca w obozowym Ambulatorium
 W listopadzie 1939 Niemcy zaczęli wysyłać jeńców na roboty, najczęściej były to roboty rolne u „bauera”, czasem roboty leśne. W tym celu zrobili ponowny, szczegółowy spis jeńców notując — obok personaliów — między innymi także zawód. W czasie spisu po ujawnieniu, że urodziłem się we Wiedniu, pisarz oraz nadzorujący orzekli, że wobec tego jestem Niemcem i będę zwolniony. Niełatwo było mi wymóc wpisanie mojej polskiej narodowości, lecz udało się. Ale też nie chciałem jechać na żadne roboty i pracować dla Niemców. Wobec tego poszedłem do Ambulatorium obozowego. Prowadził je Polak, dr Jan Durko, wojskowy lekarz (major), laryngolog ze Lwowa. Oczywiście zgodził się zatrudnić mnie w Ambulatorium, ale zgodę musiał też wyrazić niemiecki lekarz nadzorujący.. To mnie uchroniło od wywiezienia na roboty.  No i musiałem przenieść się z dotychczasowego baraku do baraku dla pracowników Ambulatorium. Nad jego wejściem wisiał napis: „Revierbarcke 15” (barak 15 rewiru). Każda poważniejsza decyzja dr Durko musiała uzyskać akceptację lekarza niemieckiego, który prawie codziennie nas odwiedzał. Było ich dwóch (nazwisk nie pamiętam), obaj służbiści i jeden mniej, drugi bardziej wrogo nastawieni do Polaków. W obsłudze całego obozu — prócz żołnierzy Wehrmachtu — byli także członkowie SS. Ci zawsze bardzo ostro podchodzili do jeńców, niejednokrotnie — oprócz krzyków — posuwając się do bicia i kopniaków. O ile wiem, zdarzały się także przypadki mordowania jeńców przez rozwścieczonych SS-manów. Pamiętam jeden taki przypadek zastrzelenia jeńca przez SS-mana. Było to dla nas tragiczne przeżycie.
 Praca w Ambulatorium była dość prosta — gdyż poważniejsze przypadki chorób były leczone w sąsiadującym z naszym Stalagiem szpitalu dla jeńców w Tangerhütte. Tam także można było kierować ciężej chorych, ale to wymagało każdorazowo uzyskania od nadzorującego lekarza Niemca zatwierdzenia decyzji dr Durko. A z tym nie zawsze było łatwo. Czasem ich odmowy były dramatycznie niezgodne z etyką lekarską. W tym Ambulatorium prócz dr Durko i mnie pracował także młody lekarz z Kielc, dr Adamus (imienia nie pamiętam).  
 W listopadzie do Stalagu przywieziono dużą grupę jeńców wojennych, Polaków, którzy byli jeńcami sowieckimi. Teraz nastąpiła wymiana jeńców między Niemcami i Rosjanami. Jeńcy niemieccy pochodzący z terenów zza Bugu byli przekazywani sowietom, a jeńcy wojenni pochodzący z terenów położonych na zachód od Bugu byli przez sowietów przekazywani Niemcom. Była to jednorazowa akcja.
 Innym razem przywieziono do Stalagu dużą grupę osób wziętych do niewoli w pierwszych dniach wojny, bo to nie byli żołnierze, lecz cywile — głownie z terenów Śląska. Aresztowano ich podczas wkraczania wojsk niemieckich na Śląsk, biorąc cywilów „do niewoli”. Pracowali oni przymusowo przez okres dwóch miesięcy w jakichś kopalniach. Byli to prawie wyłącznie inwalidzi z ciężkimi utratami zdrowia, wygłodzeni ludzie, przeważnie wymagający leczenia szpitalnego. Byli także kalecy.  By wśród nich także obłożnie chory, który nie mógł wstać z noszy, na których został przywieziony. Część z nich została przekazana do szpitala w Tangerhütte. Niektórzy - o ile pamiętam - byli zwolnieni z obozu i odesłani do kraju. Takich było jednak niewielu. Byli wśród nich nawet małoletni mający 15 lat oraz starsi po przekroczeniu 65 roku życia. Trudno było im pomóc nie mając praktycznie żadnych po temu możliwości. I nieczęsto udawało się u niemieckiego lekarza wyjednać zgodę na umieszczenie takiego jeńca w szpitalu.
Wigilia 1939 r. w obozie w Altengrabow
 Za pracę w Ambulatorium dostawaliśmy już wynagrodzenie w postaci marek obozowych (Lagermarke). Były to specjalnie wydrukowane niewielkiego formatu talony-marki obozowe, za które można było kupować tylko w obozowej kantynie. Poza obozem nie miały one żadnej wartości. W kantynie było niewiele rzeczy potrzebnych jeńcowi, ale pozwalało zakupić z niej drobne rzeczy, głównie tytoń (ale najgorszego gatunku), trochę słodyczy oraz papier na listy. Zachowało mi się około 45 marek obozowych jako pamiątka z tego okresu mojego życia. Wielką radością było otrzymanie w połowie grudnia pierwszego listu od rodziców ze skąpą wiadomością, jak przeżyli tragiczny wrzesień. Potem w styczniu dostałem nawet paczkę z książką — był to niemiecki podręcznik anatomii. Pozwalał mi on na utrwalanie wiadomości fachowych w nim opisanych.
 
Pierwsza Wigilia była oczywiście bardzo skromna. W naszym baraku sanitarnym dr Durko podzielił się z nami okruchami opłatka, jaki ktoś z nas otrzymał w paczce z domu, bo już zaczęły dochodzić paczki żywnościowe — oczywiście były ograniczone wagowo, ale także i jakościowo przez obowiązujące przepisy. Każda paczka była dokładnie przeglądana przez Niemców zanim ją wydali adresatowi. Czasem coś z niej znikało i nie docierało do jeńca. Zawartością tych paczek dzieliliśmy się wzajemnie, z nich też pochodziły „rarytasy” tej obozowej Wigilii.
CDN


Jan Gliński