Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 63
W tym miesiącu: 2381
W tym roku: 19470
Ogólnie: 365985

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Jacek Moskwa - w naszym cyklu opowiada o swoich autorytetach

Autor: admin
04-02-2015

Na pytanie: Jaka osoba wywarła wpływ na Pana życie odpowiada Jacek Moskwa:


"Bardzo dziękuję za ten temat; jest bardzo ważne, żebyśmy mówili o naszych autorytetach, bo dobę współczesną charakteryzuje ich zanik, nad czym bardzo boleję.
Jeśli chodzi o mnie, na pierwszym miejscu wymieniłbym ks. Jana Zieję, mimo, że zetknąłem się z nim jako człowiek zupełnie ukształtowany, dojrzały. Nasze spotkanie nastąpiło bowiem dosyć późno. Redakcja „Znaku” zwróciła się do mnie we wrześniu 1985 r. — datę pamiętam dokładnie, bo miała niebawem urodzić się nasza córka — żebym nagrał z ks. Zieją wspomnienie mówione. Słyszałem o nim bardzo dużo, bo był postacią dosyć znaną, ale nigdy nie zetknęliśmy się osobiście. Poszedłem do niego, włączyłem magnetofon i już od pierwszych słów zrozumiałem, że to jest materiał na książkę. Rozmawialiśmy potem chyba przez dwa czy trzy tygodnie, codziennie nagrywając jedną bądź dwie kasety, każda po 90 minut — rozmowy wspaniałej, barwnej opowieści mistrza polskiego słowa, a jednocześnie bardzo głębokiego myśliciela religijnego.
Ksiądz Jan Zieja według mnie reprezentuje Kościół przyszłości. W jakiś paradoksalny sposób jego pojmowanie chrześcijaństwa odpowiada wyzwaniom współczesności. Moim zdaniem, on i obecny papież Franciszek idą podobnym torem w dwóch punktach. Pierwsze, co ich łączy, to idea Kościoła ubogiego, który odrzuca całą tę otoczkę, ten „tłuszcz” pochodzący ze świata, tę władzę, którą przejął, stając się instytucją polityczną, nawet gospodarczą. Ta „wartość dodana” przesłania często treść Ewangelii.
Jednym z najpiękniejszych, wczesnych jego tekstów był artykuł „Biedaczyna mówi”, drukowany w piśmie diecezji sandomierskiej. Napisał go z okazji 700. rocznicy śmierci św. Franciszka z Asyżu, ale także pod wpływem wstrząsu, jakim dla niego była wielka walka bratobójcza podczas zamachu majowego w 1926 r. Doszedł do wniosku, że trzeba iść w stronę Kościoła ubogiego, Kościoła środków ubogich, wyrzekającego się narzucania przymusem wiary, ale także po prostu ziemskiego bogactwa, które bardzo często jest zgorszeniem. Pozornie między tymi sprawami — wojną domową i właściwym kształtem posłannictwa chrześcijańskiego — nie ma bezpośredniego związku. Ksiądz Zieja głosił jednak, że Ewangelia jest lekarstwem na całe zło świata. A wezwanie do ubóstwa jest w niej zawarte explicite.
 Druga sprawa, niemniej ważna, dotyczy roli sumienia w życiu chrześcijańskim. Wydaje mi się, że ks. Zieja miał w tej kwestii stanowisko podobne do niedawno beatyfikowanego, zresztą po dosyć długim okresie od śmierci, kardynała Johna Henry’ego Newmana, który głosił prymat indywidualnego sumienia nawet nad autorytetem papieża. To ono jest najwyższym sędzią, a nie jakiś zbiór przepisów, których trzeba przestrzegać. W różnych, nieraz trudnych wyborach życiowych powinien decydować osąd odpowiedzialnego sumienia, a nie podejście jurydyczne.
 W czasie naszych rozmów, które stały się potem podstawą książki „Ks. Jan Zieja. Życie Ewangelią spisane przez Jacka Moskwę” uderzyła mnie sprzeczność: z jednej strony — jego posługa w czasie I i II wojny światowej jako kapelana, a z drugiej jego radykalny pacyfizm. Przecież on był duszpasterzem żołnierzy „Szarych Szeregów” i innych formacji Armii Krajowej, którzy szli walczyć z okupantem, a więc zabijać, gdy on sam uważał, że przykazanie: „nie zabijaj nigdy nikogo” powinno obowiązywać bezwzględnie. Do tego przekonania doszedł bardzo wcześnie, podczas wojny 1920 r. z bolszewikami, gdy po bitwie nad Niemnem zobaczył pobojowisko. Widok pola zasłanego trupami po bitwie tak nim wstrząsnął.
 Ta sprzeczność uderzała nie tylko mnie. Na wątpliwości w tej materii ks. Zieja odpowiadał bardzo wyraźnie, że decyduje własne sumienie. On sam może nauczać, że przykazanie obowiązuje w sposób bezwzględny, natomiast człowiek, który jest adresatem jego nauczania rozstrzyga we własnym sumieniu, co powinien zrobić. Są sytuacje, że trzeba wybrać — to bardzo nieładnie brzmi — „mniejsze zło”, czyli wybrać między złem a złem. W takiej chwili musi decydować własne sumienie, bo żadne normy tego wyboru a priori nie rozstrzygną. Myślę, że dla Kościoła, który przecież teraz ma ogromne trudności i jest pod wielką presją ze strony świata, toczy się zimna a czasem i gorąca wojna religijna, nauczanie Kościoła jest kwestionowane — to te dwie dziedziny: ubóstwo, powrót do nauki św. Franciszka, oraz dominująca rola odpowiedzialnego sumienia w podejmowaniu decyzji — są bardzo ważne.

Ks. Zieja był bardzo integralnym pacyfistą, był nawet za odrzuceniem granic. Trudno jednak wyobrazić sobie świat, w którym pacyfizm triumfuje. Na przykład: gdyby całe państwo kierowało się wyłącznie pacyfizmem — a są takie kraje, które wyrzekają się armii, jak Kostaryka — to w przypadku Polski prawdopodobnie skończyłoby się to tragicznie. Niemniej ks. Zieja razem z prof. Janem Kielanowskim w okresie działalności w Komitecie Obrony Robotników pisali takie manifesty, że Polska powinna się całkowicie wyrzec armii i rozbroić. Czy taki, utopijny, maksymalizm moralny jest potrzebny? Wydaje się, że tak. Potrzebujemy ludzi, którzy wskazują odległe ideały, nawet jeśli są one trudne, czy w danych warunkach niemożliwe do zrealizowania.

Drugą osobą, która wywarła na mnie wielki wpływ, była Zofia Morawska z Lasek. Do znanego w całym świecie Zakładu dla Niewidomych trafiłem na samym początku lat 80-tych. Byłem bez pracy, jak wielu ludzi, którzy wzięli udział w „Solidarności” i w stanie wojennym zostali wyrzuceni na bruk. Na prośbę kierownictwa Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi miałem nagrywać wspomnienia różnych wiekowych niewidomych rezydentów Zakładu. Laski były dla mnie legendą, takim miejscem, powiedziałbym nawet, świętym. Pan Michał Żóltowski, który był wtedy przewodniczącym komisji historycznej Towarzystwa, powiedział mi: „To będzie najtrudniejszy egzamin, rozmowa z Zofią Morawską, która tutaj o wszystkim decyduje, jeśli go pan obleje, to wszystko stracone”. Ona mieszkała w małym domku przylepionym do kaplicy w Laskach, który kiedyś zajmował jej wielki przyjaciel Antoni Marylski. Był obecny w tym wnętrzu, które trwało niezmienione od jego śmierci niespełna dziesięć lat wcześniej — dzięki ogromnemu księgozbiorowi, fotografiom, meblom, wielkiej misie z bursztynami, zebranymi przez niego na bałtyckiej plaży. Obydwoje — to znaczy Pani Zula (tak ją nazywano od dzieciństwa) i ja — zrozumieliśmy od razu, jaki jest sens i cel tego spotkania. Ona chciała, żeby powstała książka o Marylskim. Ja pojąłem od razu, że muszę ją napisać. Książka istotnie powstała („Antoni Marylski i Laski”, Znak, Kraków 1987) a praca nad nią bardzo nas zbliżyła. Zofia Morawska włożyła w nią całą miłość do tego niezwykłego człowieka, najbliższego współpracownika Matki Elżbiety Czackiej i bliskiego przyjaciela Prymasa Stefana Wyszyńskiego, a przez to, że ja ją napisałem i mnie obdarzyła częścią tej miłości.
W chwili naszego poznania miała 78 lat. Nawiązała się między nami wielka, gorąca przyjaźń, która trwała aż do jej śmierci w 2010 roku. Z czasem nabrała cech wręcz rodzinnych. Pani Zula była osobą niezamężną, ze 106 lat swojego życia 80 spędziła w Laskach, w otoczeniu właściwie klasztornym, ale miała niebywałą ilość bliższych i dalszych kuzynów spośród polskiego ziemiaństwa. Wiedziała o nich wszystko. Do tego kręgu włączyła także mnie i moją rodzinę. Pamiętała nie tylko imiona moich trzech braci (jednego zresztą namówiła, by został w Laskach ogrodnikiem), ale także ich żon i córek. Nasze kontakty rozluźniły się siłą rzeczy, kiedy wyjechałem do Rzymu, gdzie mieszkałem przez ponad 15 lat.
Prze cały czas pozostawała jednak dla mnie najwyższym autorytetem, a jej pozycję w moim życiu porównałbym tylko z rolą mojej Matki, która umarła zresztą kilkanaście lat wcześniej, niż ona. Bardzo długo zbierałem się, żeby z rozmów, jakie prowadziliśmy, także powstała książka, ale napotykałem z jej strony wyraźny opór. Ukazała się dopiero po jej śmierci, a w tytule zaznaczyłem tę rezerwę bohaterki („Nie mów o mnie. Z Zofią Morawską spotkania w Laskach”, Biblioteka Więzi, Warszawa 2011).
Pani Zula jest przykładem osoby, która całkowicie poświęca się jakiemuś dziełu, jednocześnie potrafi wykazać wszystkie najlepsze cechy, jakie może, moim zdaniem, człowiek w Polsce posiadać. Z jednej strony jest to pracowitość, zdrowy rozsądek; ona wywodziła się ze wspaniałej rodziny: jej ojciec, prof. Kazimierz Morawski, był rektorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, prezesem Polskiej Akademii Umiejętności, wybitnym filologiem klasycznym, znawcą antyku; to on instruował Sienkiewicza podczas pisania „Quo vadis”. Z kolei ze strony matki to był ród Chłapowskich ze sławnym Dezyderym, jej pradziadkiem, wielka tradycja z jednej strony napoleońska, a z drugiej pracy organicznej w Wielkopolsce. Te dwie wspaniałe tradycje spotkały się w osobie, która była jednocześnie bardzo gorącą katoliczką — nie do uwierzenia, ona przez całe swoje życie, które trwało 106 lat, codziennie była na Mszy świętej! Tak Pan Bóg sprawił, że nigdy jej nie opuściła, nawet w czasie wojny 1939 roku czy Powstania Warszawskiego.

Myśląc o tych dwóch osobach, to oczywiście powinienem wyrazić żal, że za mało skorzystałem z kontaktu z nimi, za mało się na nich wzorowałem. Ksiądz Zieja i Pani Zula byli świętymi, a ja świętym się nie stałem, ale na pewno w jakimś stopniu ukształtowały one moje spojrzenie i na Kościół katolicki, i na Polskę, i na patriotyzm.

Teraz chciałbym powiedzieć kilka słów o pisarzach.
Od wczesnych lat chciałem być pisarzem i w końcu nim zostałem; mam pewien dorobek, z którego jestem dumny. Są to głównie biografie mieszczące się w kręgu spraw religijnych, spraw, które są dla człowieka bardzo ważne, a powinny być najważniejsze.
Pierwszym takim dużej miary pisarzem, jakiego poznałem, był Melchior Wańkowicz. W moim domu rodzinnym było spora biblioteka; dzięki niej w młodości dwie książki Wańkowicza wywarły na mnie silne wrażenie: „Ziele na kraterze” — historia najbliższej rodziny, żony i jego córek, budowy domu, i druga, też piękna, „Szczenięce lata” dotycząca jego wczesnej młodości, którą spędzał na Mińszczyźnie, czyli na obecnej Białorusi, taka gawęda szlachecka, napisana z wielkim talentem, bardzo barwnie.
Wańkowicz jest autorem bardzo wielu książek, właściwie prawie wszystkie znam, a większość mam w swojej bibliotece. W jakimś sensie stał się dla mnie wzorem. Od młodości byłem przekonany, że literatura faktu bardziej mi odpowiada, niż fikcja. Życie niesie tak niesłychane bogactwo charakterów, wydarzeń, że właściwie ludzka wyobraźnia musi przed tym ustąpić. Miałem to szczęście jako młody człowiek uczestniczyć w spotkaniach z Melchiorem Wańkowiczem, odbyć z nim nawet kilka rozmów w cztery oczy, a jedną bardzo długą, przeprowadziłem tuż przed jego śmiercią; on wrócił po operacji z Londynu, był bardzo wychudzony, schorowany, ale ciągle pełen życia. Zaprosił mnie do siebie, usiedliśmy przy butelce whisky, ja w połowie tę butelkę wypiłem, on w ogóle nie pił. Kiedy wyszedłem, uświadomiłem sobie, że chciałem go o tyle spraw zapytać, ale głównie to on mnie wypytywał. Zrozumiałem, że na tym polega praca pisarza reportażysty, żeby wyciągnąć od innych ludzi mnóstwo szczegółów. Udzielił mi też trochę rad, takich bardzo praktycznych, jedną do dziś zawsze przytaczam. Powiedział: „Panie Jacku, materiał niesprzedany trzykrotnie to nie jest żaden materiał — robi pan najpierw notatkę, potem większy artykuł, a potem przerabia pan to na książkę.” Miał podejście bardzo praktyczne, był pod tym względem bardzo nowoczesny, on przecież wymyślał też hasła reklamowe, miedzy innymi sławne „cukier krzepi”. Pisał, i nie wstydził się do tego przyznawać, nie dla jakiejś potomności, tylko żeby zarobić na chleb z masłem, i takie podejście mi się podobało.
Kolejnym pisarzem, którego powinienem tutaj wymienić jest Gustaw Herling-Grudziński. Pierwszy raz zetknąłem się z jego prozą też w Laskach: pracowałem wtedy nad nową książką i mieszkałem w tak zwanym „Domu nad łączką”, w studio urządzonym meblami Jerzego Zawieyskiego, w którym była ogromna biblioteka. Znajdowałem tam szereg ciekawych książek, co zresztą odrywało mnie od mojej pracy, m. in. był tam tom Herlinga „Skrzydła ołtarza”, wydany przez Kulturę paryską, który zawierał dwa opowiadania „Wieża” i „Pieta dell'Isola” [Pieta z Wyspy]. Obydwa traktują o bólu i samotności. Podczas lektury zachwyciłem się w sposób absolutny! Była to literatura, która poruszała głębokie tematy metafizyczne, a przez to, że opisywane wydarzenia działy się we Włoszech, miała dla mnie jakiś uniwersalny wymiar, odrywający od polskich problemów.
Poznałem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego osobiście, gdy w maju 1984 r, pojechałem do Maisons-Laffitte pod Paryżem, gdzie mieściła się redakcja „Kultury”, aby przeprowadzić rozmowę z Józefem Czapskim na temat jego młodzieńczej przyjaźni z Antonim Marylskim. Później, gdy w 1990 r. zostałem korespondentem we Włoszech, miałem z nim wiele spotkań, bywał u nas w Rzymie, a my u niego w Neapolu. Zrealizowałem też o nim dwa filmy telewizyjne.
Odbywałem z nim również długie rozmowy telefoniczne. W ostatniej, bardzo dla mnie znaczącej, w której radził się mnie w różnych sprawach dla niego dramatycznych, nazwał mnie swoim przyjacielem, co zapamiętam na całe życie.
Uważam, że był to największy polski prozaik XX wieku, który zmagał się z problemem zła. Jego „Inny świat” to obraz sowieckiego łagru, przewyższający dzieła Sołżenicyna, a dorównujący „Opowiadaniom kołymskim” Warłamowa, „Dziennik pisany nocą” to bezlitosny obraz XX stulecia, zaś opowiadania takie, jak „Drugie przyjście” podejmują problematykę metafizyczną w sposób wyjątkowy na tle naszej literatury.

Na koniec muszę się usprawiedliwić, dlaczego wśród moich autorytetów nie wymieniłem Ojca Świętego Jana Pawła II, choć poświęciłem mu sześć książek, wśród nich obszerną 4-tomową biografię, liczącą 1600 stron. Uważam jednak, że Papież jest dla wszystkich, a ja chciałem wymienić moje autorytety osobiste. "

 (Wysłuchała Dorota Giebułtowicz
29 października 2014 r.)


Zdjęcie Jacka Moskwy - Joanna Rózga