Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 63
W tym miesiącu: 2356
W tym roku: 28747
Ogólnie: 208586

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Jakie osoby wywarły wpływ na moje życie? Odpowiada ks. prof. Henryk Paprocki

Autor: admin
30-03-2015

"W moim życiu spotkałem dużo osób, które wywarły na mnie wpływ, podzieliłbym je na dwie kategorie: osoby, z którymi nigdy się nie spotkałem, czyli autorzy książek, które czytałem, i osoby, które w życiu spotkałem.
Jeżeli chodzi o książki, to niewątpliwie Fiodor Dostojewski wywarł na mnie — i to bardzo wcześnie, bo już w liceum — ogromne wrażenie i spowodował zainteresowanie się nurtem tzw. renesansu rosyjskiego przełomu XIX i XX w., czyli pracami Mikołaja Bierdiajewa, ojca Sergiusza Bułgakowa, ojca Pawła Florenskiego i innych. Są to postaci, które wywarły wpływ na moją formację intelektualną.
Natomiast jeśli chodzi o tych drugich moich bohaterów, to zacząłbym od domu rodzinnego, ponieważ jest to miejsce, które bardzo wpływa na człowieka. Mój ojciec był absolwentem matematyki, człowiekiem niesłychanie ścisłego rozumowania i wymagał ode mnie jako od dziecka również racjonalnego podejścia do życia. Nigdy nie byłem przez rodziców karany, natomiast wszelkie moje wybryki — na szczęście niezbyt częste — kończyły się długimi i bardzo nieprzyjemnymi dla mnie dyskusjami, jak należy postępować. Jestem rodzicom bardzo wdzięczny, że odbywali ze mną całe sesje, jak należy żyć.



Wspominam także jedną z nauczycielek ze szkoły średniej, panią Irenę Hernikową z liceum w Kole w Wielkopolsce, która niewątpliwe wpłynęła na to, jak piszę po polsku. Była znakomitą polonistką, która kładła nacisk na sposób wyrażania się, formułowania myśli, zwłaszcza w wypracowaniach. To było również coś bardzo pozytywnego.
Ale prawdziwy kontakt i to, co można nazwać „mistrzowie”, zaczął się na studiach. Miałem to szczęście, że najpierw studiowałem na KUL-u, a potem w Instytucie Św. Sergiusza w Paryżu.

Lata 70. ubiegłego wieku na KUL-u, to był chyba najlepszy okres w dziejach tej uczelni. Moim mistrzem bezpośrednim był ks. Wacław Hryniewicz; to u niego pisałem pracę magisterską, on uczył mnie myślenia o charakterze filozoficzno-teologicznym. Muszę powiedzieć, że nam wszystkim bardzo imponował swoją postawę życiową. Był to, a właściwie jest dalej, człowiek bardzo harmonijny; jego życie odpowiadało głoszonym poglądom. Zawsze był bardzo dobrze przygotowany do wykładów, wykładał teologię Kościołów wschodnich — nie tylko pod kątem różnic z teologią Kościoła zachodniego, ale także podkreślał, że ci teolodzy mieli odwagę stawiania problemów i zagadnień. Uważał, że tylko w ten sposób można coś osiągnąć, jeżeli będziemy mieli odwagę stawiania nowych kwestii, nowych poglądów i bronienia swojego stanowiska.
W tym czasie na KUL-u ks. Stanisław Kamiński wykładał logikę i metodologię nauk. Jego wykłady nauczyły mnie warsztatu, co jest bardzo ważne, a czego jest niestety coraz mniej na obecnych studiach. Seminarium z metodologii było rodzajem drogi przez mękę, odwołując się do tytułu znanej powieści. Byliśmy autentycznie zmuszani do konstruowania schematów swoich wystąpień czy prac w sposób bardzo logiczny, z wynikaniem poszczególnych części. Także wykłady ściśle z dziedziny filozofii ojca Mieczysława Krąpca, jego sposób przedstawiania metafizyki i antropologii filozoficznej był bardzo ważny dla mnie. Ci trzej profesorowie to były również osobowości, które się wyraźnie zaznaczały w życiu Uniwersytetu.
Później w Paryżu takimi mistrzami byli: Olivier Clement, Aleksy Kniazeff czy Borys Bobrinskoy, którzy uczyli mnie innego spojrzenia na rzeczywistość. Także przyjeżdżający z wykładami z Nowego Jorku o. Aleksander Schmemann i o. John Meyendorff. Ogromny wpływ miały też wykłady ojca Yvesa Congara w Instytucie Katolickim: „Papiestwo jako problem ekumeniczny”. Byłem wręcz zdumiony jego sposobem stawiania problemu i odwagą mówienia o wszystkich wątpliwościach. Później wielokrotnie się z nim spotykałem, a przecież był to człowiek, który całe życie był ciężko — właściwie śmiertelnie — chory, ale wbrew tej chorobie tworzył, nauczał, dyskutował, nie zwracał na chorobę uwagi. To też było niezwykłe.



Jednak najważniejszym w moim życiu było spotkanie z prof. Jerzym Nowosielskim. Profesor Jerzy Nowosielski jest nie tylko jednym z największych malarzy w dziejach, ale także myślicielem. Dopiero teraz, kiedy „Znak” wydaje kolejne tomy jego wywiadów i artykułów, można się zorientować, jakiego formatu był to myśliciel.



Spotkanie z nim było dla mnie wręcz, muszę powiedzieć, wstrząsające. Spotkaliśmy się po raz pierwszy w 1972 r. w Krakowie. Potem była przerwa do roku 1976, kiedy nasze spotkania stały się częstsze: odwiedzaliśmy się, spędzaliśmy wspólnie wakacje. Jerzy Nowosielski przyjaźnił się z moim teściem ks. Jerzym Klingerem, który również wywarł przez swoje prace duży wpływ na mnie. I to przez moją żonę odziedziczyłem przyjaźń ks. Jerzego Klingera i Jerzego Nowosielskiego. Ja bywałem w Krakowie, czasem z żoną nocowaliśmy u profesora, on bywał u nas gościem w Warszawie. Profesor był świadkiem na naszym ślubie, był też na moich święceniach.
Profesor był człowiekiem, który nieustannie prowadził jakiś dyskurs intelektualny. Nie lubił błahych rozmów o pogodzie, czy o tym, co dziś będzie na obiad, natomiast żył pewnymi ideami i szukał rozmówców na tematy, które go interesowały. Każda rozmowa z nim, to była dyskusja o czymś nowym, na co on zwrócił uwagę, co go zainteresowało. I to często znajdowało odbicie także w jego sztuce, ponieważ idee przekładały się na sposób jego obrazowania w malarstwie.
Właśnie kilka dni temu wyszedł kolejny tom prac Jerzego Nowosielskiego, w którym jest nasza korespondencja. W listach bez przerwy pisze: Dobrze, że przyjedziesz, tak chciałbym porozmawiać. Dodatkowo poza spotkaniami u nas w Warszawie czy w Krakowie, spędzaliśmy prawie co roku wspólnie wakacje. Pierwsze wakacje spędziliśmy w Paryżu, gdzie studiowałem; zaprosiliśmy wtedy pana Jerzego z panią Zofią. To było dla mnie niezwykłe przeżycie. Profesor oprowadzał nas po muzeach — muszę powiedzieć, że takiego przewodnika nigdy nie spotkałem! Właściwie dzięki niemu zrozumiałem wiele rzeczy wiążących się ze sztuką, sposób interpretacji, spojrzenie. Przy czym był człowiekiem bardzo wesołym, miał trochę aforystyczne podejście do życia. Pamiętam taką scenę w Luwrze, kiedy w otoczeniu grupy osób i ochroniarzy pojawiła się jakaś Murzynka, niesłychanie piękna, może jakaś księżniczka murzyńska. Profesor popatrzył i powiedział: „To jest najpiękniejszy eksponat w tym muzeum, wszystkie inne można usunąć”. Ta Murzynka stała się po powrocie do Polski bohaterką całej serii aktów, tak zwanych czarnych aktów Jerzego Nowosielskiego. Mało kto wie, że za tymi aktami stoi ta kompletnie nieznana, niezwykle piękna kobieta, która się pojawiła w salach Luwru.



W czasie wspólnych wakacji profesor albo malował, ale jak malował, to też rozmawialiśmy, albo chodziliśmy na spacery i dyskutowaliśmy. To były zawsze dyskusje dotyczące niezwykle istotnych kwestii z kilku dziedzin wiedzy, bo Jerzy Nowosielski był postacią renesansową: doskonale znał się nie tylko na malarstwie, na historii sztuki, ale także na historii literatury, liturgii, historii Kościoła, teologii i filozofii. Preferował dyskusje trochę z pogranicza i w każdej kwestii zazwyczaj miał jakąś swoją odrębną opinię, odbiegającą od oficjalnej opinii, jaka funkcjonuje. Czytałem mu swoje pierwsze artykuły, w niektórych nawet w przypisach zaznaczałem, że idea pochodzi od profesora, choć on prostował, że tego nie należy dopisywać, bo to jest coś, co się wyłoniło w ciągu dyskusji.
I tu widzę pewne podobieństwo z ks. prof. Wacławem Hryniewiczem — oni obaj mieli odwagę myślenia. To jest cecha niezbyt częsta, ponieważ naukowcy czy myśliciele raczej wolą nie zadzierać i przyjmują pozycje okopane, pewne. Profesor nie miał żadnych okopów i właściwie burzył wiele schematów. Z tego powodu często był atakowany jako np. ukryty manichejczyk — co było bzdurą. Miał też jedną cechę niezwykłą, która jest rzadka wśród ludzi — miał niezwykłe poczucie istnienia zła w świecie, poczucie, które go wręcz paraliżowało, z którym nie mógł sobie poradzić. Była to świadomość, że żyjemy i funkcjonujemy w rzeczywistości, która jest całkowicie zła, z gruntu zła, że człowiek musi bardzo się starać, żeby utrzymać się na poziomie, a jeśli się przestaje starać, to od razu jest wciągany, łatwo ulega różnym hasłom. Podawał przykłady, co się działo w czasie wojny i komunizmu, gdy ludzie bezkrytycznie ulegali demagogicznym hasłom, dopiero później po fakcie, za późno, przychodziło opamiętanie.



Na taką wizję świata wpłynęło zapewne przeżycie ze Lwowa: jako młody człowiek leżał w szpitalu chory na reumatyzm i z okien widział likwidację getta. To było tak traumatyczne przeżycie, że we wszystkich prawie jego wystąpieniach jest jakieś odniesienie do zła. Uważał, że myśmy w procesie historycznym zło trochę ugłaskali, wymyśliliśmy taką ładną teorię, że zło jest brakiem dobra. A w Ewangelii jest inaczej; Pan Jezus sam mówi: „Oto nadchodzi książę tego świata, on nie ma nic do mnie, ale to jest wasza godzina i moc ciemności”.
Powiem na marginesie, że kiedyś rozmawiałem z Rosjaninem, który spędził szereg lat w łagrach i później bardzo go dręczył problem zła. Przedstawiałem mu różne koncepcje, m.in. że zło jest brakiem dobra. Ten człowiek się niesłychanie zdenerwował, powiedział, że autor tej koncepcji powinien być zesłany na Syberię, nie na długo, na parę miesięcy, żeby rozważał, że zimno jest brakiem ciepła. Właściwie tym jednym zdaniem koncepcja ta została całkowicie obalona.
Otóż Nowosielski miał realizm poczucia zła, z którym człowiek powinien prowadzić heroiczną walkę.
Takie twierdzenia powodowały, że profesor miał wielu wrogów, którzy hołdowali radosnej wizji spopularyzowanej przez Rousseau, że człowiek jest z natury dobry. Tymczasem profesor twierdził, że człowiek jest gorszy od najgorszego zwierzęcia, bo zwierzę zabija, żeby przeżyć, a człowiek nie zabija by przeżyć, tylko z innych powodów. Jest gorszy, a właściwie jest najbardziej złym ze stworzeń, jakie istnieją. Oczywiście wiązał to z upadkiem Adama i Ewy, a wcześniej jeszcze z upadkiem aniołów, który pociągnął za sobą ten drugi upadek. Ale to nie był manicheizm, ponieważ profesor przezwyciężył poczucie zła, bardzo emocjonalne i egzystencjalne poczucie zła — na poziomie spotkania z Chrystusem jako swoim osobistym mistrzem i nauczycielem.
Jerzy Nowosielski w swoim życiu starał się osiągnąć coś, co nazywał pewnością wiary. Ta jego wizja mi się udzieliła, zrozumiałem, że wszystkie nasze problemy zostają przezwyciężone, kiedy potrafimy zaufać Chrystusowi, bo skoro Jezus będąc synem Bożym poddał się złu tego świata, chodzi oczywiście o mękę i śmierć, którą zwycięża przez zmartwychwstanie, to znaczy że zło tego świata jest niezwykle silne, tak że trzeba je było zwyciężyć poprzez poddanie się, niesamowitą pokorę, w obliczu której zło jest bezsilne. I tutaj profesor kładł zdecydowany nacisk na to, że ufa wyłącznie Chrystusowi, nikomu więcej. To jest jego niezwykły chrystocentryzm. On temu dał bardzo silny wyraz w wywiadach przeprowadzanych z nim przez Zbigniewa Podgórca, ale także w szeregu tekstów, które napisał.
Odwaga myślenia znalazła swój wyraz w tym, że on nie lękał się głosić tego, co myślał. Mówił: mogą mnie uważać nawet za heretyka, ale po pewnym czasie i tak dojdą do wniosku, że mój sposób postrzegania rzeczywistości jest właściwy. Nie można bowiem żyć w takiej iluzji, że jesteśmy jak kotek siedzący na komodzie, ładnie i grzecznie. Musimy uznać, że jest znacznie gorzej, że jesteśmy potworami. Często powtarzał, że człowiek jest potworem, że nie jest „z natury dobry”. Zwracał uwagę, że w Ewangelii Pan Jezus nie mówi, że człowiek jest dobry, przeciwnie, mówi: „Plemię jaszczurcze, jakże unikniecie sądu...”. To jest pokusa szatana, żebyśmy sobie stworzyli na własny temat dobrą opinię: nie jest wcale z nami tak źle — i zapominamy o wojnach, ludobójstwach itd., stwarzamy sobie po pewnym czasie coś w rodzaju azylu. Nowosielski twierdził, że to jest nie tylko fałszywa wizja człowieka, ale i bardzo niebezpieczna, ponieważ człowiek wtedy zaczyna zapominać o realistycznym podejściu do samego siebie. Żyje w iluzji.
Jego niezwykła wizja dotyczyła malarstwa, przede wszystkim malarstwa ikony. Według mnie Jerzy Nowosielski jest ostatnim wielkim ikonografem, który miał odwagę wprowadzić coś nowego do tej dziedziny, a nie tylko kopiować. W tym tkwi cała różnica. W obecnej chwili mamy ikonografów, którzy głównie kopiują stare wzorce, ale odwaga tworzenia to jest wypadek rzadki, zresztą nie tylko w malarstwie ikonowym, ale w ogóle w malarstwie. Jerzy Nowosielski miał odwagę rozwoju, dodania czegoś nowego do malarstwa ikony, ale równocześnie przyczynił się do refleksji intelektualnej na temat ikony i sztuki. Otóż jego koncepcja była taka — i ja ją podzielam w całej rozciągłości — że to, co nazywamy myśleniem dyskursywnym, naszym sposobem logicznego wnioskowania, w pewnym momencie się kończy, nie możemy iść dalej, i w tym momencie zaczyna się sztuka, która może coś dopowiedzieć. Nie tylko sztuka malarstwa, ale i sztuka poezji. Nowosielski przywoływał pierwsze wieki chrześcijaństwa, kiedy Ojcowie Kościoła, którzy byli filozofami i teologami, równocześnie często byli wielkimi poetami i tworzyli poezję liturgiczną: na Wschodzie — Jan z Damaszku, Grzegorz teolog, Teodor Studyta, a na Zachodzie — Ambroży, św. Tomasz z Akwinu, który napisał hymn, który do dziś śpiewa się w kościołach: „Przed tak wielkim Sakramentem...”. To byli ludzie, którzy uświadamiali sobie, że dalej w rozumowaniu nie można pójść, jest pewna granica, nie można zrobić żadnego kroku, jestem bowiem ograniczony pewnym oglądem intelektualnym związanym ze światem, w którym żyję, nie da się tego przekroczyć. A właśnie w sztuce się da. I co się nie da napisać w traktacie filozoficznym, da się napisać w wierszu czy namalować. Stąd właśnie tak wielkim dobrem dla całego chrześcijaństwa było pojawienie się sztuki, w przeciwieństwie do Starego Testamentu, w którym oczywiście sztuka istniała, ale była ograniczona: płaskorzeźby cherubinów na bramach i ścianach świątyni oraz dwie rzeźby cherubinów ukryte w miejscu najświętszym, które mógł oglądać tylko arcykapłan, i to raz w roku. A chrześcijaństwo dopuszcza sztukę i dzięki temu człowiek, który jest jednak wzrokowcem, może patrząc na sztukę dopowiedzieć sobie to, do czego nie jest w stanie dojść drogą myślenia logicznego.



Już od czasów malarstwa katakumbowego chrześcijanie usiłowali przedstawić prawdy wiary nie tylko w sposób dogmatyczny, w sposobie ściśle logicznego wynikania, ale także w formie artystycznej, gdzie obowiązują zupełnie inne reguły i gdzie można sobie pozwolić na przekraczanie barier, które stawia sam rozum. Dlatego Nowosielski uważał, że sztuka jest czymś dla chrześcijaństwa niezwykle ważnym. Ubolewał nad upadkiem, który w naszych czasach dokonuje się w sztuce sakralnej i w ogóle w sztuce, ale uważał to za okres przejściowy — w dziejach było wiele takich upadków. Natomiast brak sztuki w liturgii, w Kościele uważał w pewnym sensie za rodzaj kalectwa. Według niego, jeśli jakieś nurty chrześcijaństwa pozbawiają się sztuki, tym samym pozbawiają się pewnych przeżyć, które są trudne do zdefiniowania — są to przeżycia nie o charakterze intelektualnym, tylko zupełnie innym, nieświadomym, które dokonują się poprzez sam fakt obcowania z dziełem sztuki. Nie zdajemy sobie sprawy, jakie to jest ważne w naszych czasach, kiedy jesteśmy atakowani przez ogromną ilość bodźców niekoniecznie najlepszych, związanych z reklamą, seksualnością — w takiej rzeczywistości kontakt z autentycznym dziełem sztuki jest kontaktem wyzwalającym. Uważam, że to były bardzo ważkie intuicje, które usiłowałem rozwijać w niektórych moich tekstach.
Jego niezwykła sytuacja życiowa polegała na tym, że pochodził z rodziny mieszanej: jego ojciec był Łemkiem i grekokatolikiem, a matka była katoliczką pochodzącą z rodziny austriackiej, dawno osiadłej w Krakowie. W domu panowała sytuacja pewnego napięcia, każdy trochę ciągnął w swoją stronę. Profesor dokonał bardzo swoistego wyboru — wybrał prawosławie jako — bardzo ciekawe, używał takiego określenia — jako najmniej szkodliwą formę ortodoksji, bo ma najmniej orzeczeń wiążących, co daje pewne możliwości działania. Ale opowiedziawszy się zdecydowanie po stronie Kościoła prawosławnego, równocześnie ignorował fakt podziału chrześcijaństwa.

I tym mi przypominał innego mojego znajomego, profesora Andrzeja Grzegorczyka, który miał zupełnie identyczne podejście. Obydwaj uważali, że podstawa, czyli Pismo Święte, jest taka sama; tradycja jest taka sama, mamy do czynienia tylko z różnymi interpretacjami — a to jest zjawisko normalne. Różne interpretacje nie mogą być powodem podziału. Trzeba je zaakceptować jako pewien fakt — i dać sobie spokój. I dlatego mógł spokojnie malować kościoły katolickie, projektować cerkwie grekokatolickie, przyjaźnić się z hierarchami z różnych Kościołów, poczynając od Karola Wojtyły w Krakowie, a kończąc na pastorze czy rabinie. Ignorował zupełnie wszystkie podziały, starał się żyć ponad podziałami, i równocześnie był w tym niesłychanie uczciwy. I w tym też przypomina mi trochę Grzegorczyka. Mianowicie profesor Grzegorczyk w pewnym momencie swojego życia doszedł do wniosku, że wyczerpał się jako logik, że już w logice nie odkryje nic nowego. A jest to jeden z największych logików XX wieku w skali światowej. W związku z powyższym uczciwość nie pozwala mu brać pieniądze za coś, w czym nic już nowego nie wymyśli, dlatego zajmie się teraz etyką, tutaj widzi dla siebie pole działania. Pamiętam, że mu wtedy powiedziałem, że wielu wykładowców bierze pensje i nic nowego nie wnosi. On odpowiedział, że to ich problem, ja tak nie mogę żyć. Choć pod koniec życia znowu dokonał kilku odkryć w logice i je opublikował.
Profesor Nowosielski postąpił dokładnie tak samo. W pewnym momencie, co się też wiązało z nieuleczalną chorobą jego żony, profesor doszedł do wniosku, że on już nic w sztuce nie odkryje. Powiedział: „Próbuję coś malować, powtarzam się, to nie ma sensu”. Mówię mu: „Wiesz, wielcy malarze też się powtarzali”. — „Nie, to mi nie odpowiada, postanowiłem, że nie będę ani rysował ani malował, skoro nie jestem w stanie nic nowego odkryć. Albo będę coś nowego wnosił do sztuki, albo daję sobie z tym spokój”.
Profesor miał wtedy około osiemdziesięciu lat. Chciałoby się powiedzieć, że w tym wieku można nie mieć nowych pomysłów na malarstwo. Ale profesor wykonał ostatni rysunek i odłożył pióro. W tym była niezwykła wewnętrzna uczciwość w stosunku do samego siebie, choć było to bardzo bolesne dla wszystkich, którzy go znali; przecież mógł dalej malować i nawet dobrze z tego żyć. Tak samo w sensie intelektualnym miał poczucie, że już się wyczerpał: „Wszystko, co miałem powiedzieć, powiedziałem” — stwierdził w jednym z ostatnich wywiadów. Taka konsekwentna postawa życiowa jest bardzo trudna do realizacji, ale może być wzorcem do naśladowania: połączenie etycznego wymiaru z wymiarem intelektualnym, a w jego wypadku także artystycznym.
Odbyliśmy w życiu ogromną ilość rozmów, ponieważ spotykaliśmy się bardzo często. Miałem nawet okazję kiedyś pracować razem z profesorem — w dolnej cerkwi na Woli w Warszawie malowałem tło, żeby przyspieszyć prace. To zajęcie bardzo proste: maluje się jednym kolorem „na blachę” — jak mówią malarze — na niebiesko lub na zielono, ale dla mnie to było doświadczenie uczestniczenia w malarstwie monumentalnym. Natomiast co ciekawe, profesor nigdy nie malował obrazu na sztalugach tylko na stole, uważał, że to pozwala mu obchodzić obraz naokoło i go oglądać z różnych stron. Zażyłość z profesorem spowodowała, że coś mi się udzieliło z jego odwagi intelektualnej, że ja się nie boję stawiania różnych problemów, niekiedy może niezbyt innym się podobających, ale to dla mnie nie ma szczególnego znaczenia. To jest coś, co jemu najbardziej zawdzięczam.

Właściwie tak się złożyło, że miałem w życiu wielu mistrzów, których tutaj wymieniłem dość pobieżnie; oni wszyscy mieli jedną wspólną cechę — odwagę myślenia. A to nie jest zbyt popularne: postawy konformistyczne są o wiele częstsze w społeczeństwie.
I drugie, czego on mnie nauczył, bo w pewnym sensie mogę się uważać za jego ucznia, choć dzieliła nas duża różnica wieku — to jest to, że on zawsze jakieś zagadnienie nie rozpatrywał w oderwaniu, w pustce, tylko w powiązaniu z różnymi dziedzinami wiedzy: uważał, że na każdą kwestię filozoficzną czy teologiczną trzeba spojrzeć od strony sztuki, literatury, umiejscowić ją w historii. Powiedziałbym, że miał trochę podejście fenomenologiczne, tischnerowskie. Głosił to zanim go poznałem, od wczesnych lat 50., a przecież dopiero teraz normą stały się badania interdyscyplinarne. Uważał za wielki błąd, za przyczynę istniejącego stanu rzeczy w chrześcijaństwie fakt, że wiele kwestii jest rozpatrywanych w oderwaniu od realiów. Wszystkie spory czy kontrowersje biorą się stąd, że rozpatrujemy jakieś kwestie w oderwaniu od kontekstu historycznego, bez szerszego spojrzenia, co też uważam za jego wielkie odkrycie, żeby nie traktować poszczególnych zagadnień czy tez jako wyłącznie abstrakcyjnych i oderwanych od życia.
Dla Jerzego Nowosielskiego bardzo żywe było to, co głosił nurt w chrześcijaństwie zwany hezychazmem, czyli żywe doświadczenie wiary. On zawsze mówił, że dogmat to nie jest jakaś abstrakcyjna formułka, wymyślona po to, żeby człowieka gnębić, tylko dogmat to jest wyraz świadomości przeżycia pewnej prawdy wiary. Jeżeli będziemy dogmat traktować jako abstrakcyjną formułę, to ona oczywiście nic nikomu nie da, można się jej najwyżej nauczyć na pamięć, ale jeśli dogmat potraktujemy jako coś, co jest konieczne dla mojego rozwoju duchowego, dla mojej drogi życiowej, to jest zupełnie inne spojrzenie. Prawda dogmatyczna ma się przekładać na moje życie, na mój sposób postrzegania, ona ma być, mówiąc bardzo prosto, fundamentem mojego funkcjonowania w życiu, a nie, że to jest formuła dla formuły, którą Kościół kiedyś wymyślił, żeby sobie dać radę z jakąś herezją. Nie, to jest dowód konkretnej świadomości. I teraz ta prawda znajduje swój wyraz w moim przeżyciu liturgicznym, religijnym. To nie jest abstrakcyjne stwierdzenie, że Bóg jest w Trójcy Jedyny, tylko się żegnamy, mówiąc: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. To jest przełożenie na konkretną moją rzeczywistość, a oderwanie od źródła przeżycia egzystencjalnego powoduje zubożenie chrześcijaństwa. On uważał, że można być „gabinetowym teologiem”, siedzieć gdzieś w swoim gabinecie i coś wymyślać, ale to jest coś najgorszego, co sobie możemy wyobrazić, ponieważ w ogóle nie przekłada się na życie — ani tego uczonego człowieka, ani na życie kogokolwiek innego. To jest wtedy wiedza dla wiedzy czy też sztuka dla sztuki.
Imponowała mi jego renesansowa osobowość, rozległość jego zainteresowań; on był człowiekiem niezwykle oczytanym, zarówno w literaturze pięknej, jak i fachowej, człowiekiem obdarzonym fenomenalną pamięcią, pamiętał daty różnych wydarzeń historycznych, ale potrafił mówić o tym wszystkim w jednej wielkiej wizji, która jednocześnie przekładała się na sposób funkcjonowania w życiu.

Uważam, że właśnie z tego powodu spotkanie z Jerzym Nowosielskim było dla mnie czymś niezwykłym. Myślę, że to nie był przypadek, żeśmy się spotkali i doszło do wymiany intelektualnej. Jestem bardzo wdzięczny za to, że miałem szczęście nie tylko spotkać, ale także przez wiele lat dyskutować z Jerzym Nowosielskim.
Teraz natomiast dyskutuję z panem rabinem
Symchą Kellerem i muzułmaninem panem Andrzejem Saramowiczem…"

 (Wysłuchała Dorota Giebułtowicz, Warszawa,
21 lutego 2015 r.)


Ks. Henryk Paprocki ur. w 1946 r., teolog i duchowny prawosławny. Pełni funkcję rzecznika prasowego Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego. Wykłada w Katedrze Teologii Prawosławnej Uniwersytetu w Białymstoku i Prawosławnym Seminarium Duchownym w Warszawie, gościnnie na wielu innych uczelniach. Kieruje Redakcją Programów Ekumenicznych TVP. Jako kapłan związany jest z punktem duszpasterskim Św. Męczennika Archimandryty Grzegorza (Peradze) na warszawskiej Ochocie, skupiającym głównie młodych ludzi, studentów i absolwentów uczelni. Nabożeństwa odprawiane są tam w języku polskim.