Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 69
W tym miesiącu: 1117
W tym roku: 34637
Ogólnie: 344930

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Niepublikowane wspomnienia Hanny Przeciszewskiej z więzienia stalinowskiego

Autor: Hanna Przeciszewska
09-06-2015


Zostałam aresztowana o ósmej rano 13 marca 1948 r. Nagle zadzwonił dzwonek. Za drzwiami stał agent UB w cywilu. Nieproszony władował mi się do przedpokoju. Wyciągnął legitymację i przedstawił się jako funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa. Zażądał, abym wyszła z nim. Nie chciałam. Zapowiedział, że będzie czekał. Wyjaśnił, że ma rozkaz, aby mnie przyprowadzić na posterunek milicji, skąd zostanę przewieziona do gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Koszykową. W międzyczasie przyszła moja mama, która mieszkała na Belgijskiej. Przyniosła wiadomość, że trzech ubeków było rano także u niej.
Przez kilka godzin ubek stał niemal nieruchomo w przedpokoju, tarasując plecami drzwi wyjściowe. W końcu poszłam z nim. Mama żegnała mnie ze łzami w oczach. Ubek zaprowadził mnie na najbliższy posterunku milicji, piechotą, gdyż było to bardzo niedaleko. Stamtąd zatelefonował. Po chwili przyjechał czarny samochód i ubek zaproponował, abyśmy wsiedli. Znalazłam się na Koszykowej. Tam wprowadzono mnie na 3 piętro i stanęłam wobec majora w cywilu Wiktora Herera. Major okrągłym ruchem zaprosił mnie, abym siadła i zaczął przesłuchanie.
Pierwsze pytanie brzmiało: kto to jest Adam Doboszyński*? Cała rozmowa dotyczyła Doboszyńskiego, emigracyjnego działacza Stronnictwa Narodowego, który przybył do Polski, aby odtwarzać struktury SN. Przed ponad rokiem został aresztowany. Później w lipcu 1947 r. aresztowano także mojego ojca, u którego Doboszyński się zatrzymywał. Wobec uwięzienia Doboszyńskiego i ojca, wydawało mi się, że nie ma sensu twierdzić, że nie znałam Doboszyńskiego. Na pytanie, czego dotyczyła treść moich rozmów z nim, odpowiedziałam, że rozmowy te dotyczyły... psów. Doboszyński, jak grzecznej panience, opowiadał mi historie licznych psów, które wcześniej hodował. Ubeka to zdenerwowało, ale nie okazywał tego. Cała rozmowa toczyła się na razie w „jedwabnym” tonie. Następne pytanie dotyczyło Sodalicji Mariańskiej, a byłam prezeską Sodalicji żeńskiej akademiczek. Umówiłam się z Konsultą sodalicji, że skoro Sodalicja była organizacją jawną, to nie ukrywamy przynależności do niej. Konsultę tworzyły wówczas: moja zastępczyni Krystyna Osińska, skarbnik Baśka Dankowska, Basia Majewska, główna instruktorka współpracująca ze szkołami, Zosia Sułowska, instruktorka kandydatek.
Major pytał, jaki jest skład zarządu Konsulty i jaki jest cel ogólny działania Sodalicji Mariańskiej. Odpowiadałam zgodnie z prawdą, że celem Sodalicji jest wychowanie kobiet w duchu katolickim. Na razie ubekowi to wystarczyło. Rozmowa trwała pięć godzin. Pamiętam, że ton majora był układny i życzliwy. Ale przy wyprowadzaniu mnie z jego gabinetu stał się zupełnie inny. Burknął coś w rodzaju: niech się Pani nie dziwi, że teraz będziemy rozmawiać zupełnie innym tonem. Groził mi.
Z trzeciego pietra zstępowałam coraz niżej z porucznikiem, który mi towarzyszył. W okolicy parteru zaczęłam czuć nieprzyjemny zapach. Okazało się, że jest to zapach — jak później to nazwałyśmy: „lizolu mit guenko”. Odór ludzkich odchodów, gdyż w piwnicach nie było kanalizacji, pomieszanych z zapachem lizolu, środkiem czyszczącym. Stanęłam przed drzwiami, ale nie były to normalne drzwi, były grube, stalowe. Wymagały włożenia ręki w specjalny otwór i przesunięcia czegoś po drugiej stronie. Opuszczona przez porucznika, znalazłam się w okrągłym przedsionku przed obliczem oddziałowego. Zaprowadził mnie korytarzem do dziesiątej celi. Przed większością cel, które mijaliśmy, były buty i bielizna. Potem się dowiedziałam, że mężczyźni muszą zdejmować buty i ubrania zwierzchnie i wystawiać je na zewnątrz. Kobiety były z tego zwolnione.


W dziesiątej celi zobaczyłam podest, a na nim na sienniku dwie istoty. Jedna z kobiet była to Żydówka, która bardzo szybko wyszła z więzienia. Spełniła moją prośbę, zawiadomiła mamę, iż jestem na Koszykowej.
Drugą towarzyszką była Irena Kotulska*. O ile Żydówka prędko wyszła na wolność, to Kotulska miała bardzo poważną sprawę. Najpierw była ona w Oświęcimiu, a stamtąd, po wyzwoleniu obozu, przejechała do Szwecji. W Szwecji pracowała w ambasadzie polskiej. Założyła tam siatkę szpiegowską. Polska służba bezpieczeństwa szybko to wykryła, korzystając z pomocy służb radzieckich, które były wszechwiedzące. Nakazano jej przyjazd, grożąc, że zaaresztują jej matkę, mieszkającą w Warszawie. Irena wróciła więc do Polski. Nie zdążyła nawet zobaczyć się z Matką i prosto z lotniska została przywieziona na Koszykową. O swoich losach opowiadała mi stopniowo w celi. Po nocach zabierana była na liczne przesłuchania.
Ja natomiast miałam cztery przesłuchania i to dość krótkie, zaledwie po pół godziny, najwyżej godzinę. Wszystkie dotyczyły Sodalicji. Utkwiło mi w pamięci jedno z nich. Major nakazał mi pisać charakterystyki moich kolegów i koleżanek. Zastanawiałam się, co mam w takiej sytuacji pisać. Pisałam więc, że członkowie Sodalicji byli inteligentni, interesowali się różnymi rzeczami. Major przeczytawszy był wyraźnie niezadowolony. Nie zmuszał mnie jednak do pisania bardziej szczegółowo. Bałam, że będę zmuszana do powiedzenia, skąd ojciec Szeląg, jezuita, nasz kapelan miał pieniądze na obozy. Wiedziałam, że takie informacje zawsze wykorzystywane są do wytoczenia procesu. Ale takich pytań nie było.
Po którymś przesłuchaniu na korytarzu natknęłam się na Tadeusza Przeciszewskiego, aresztowanego wcześniej mojego narzeczonego. Aby nie doszło do rozmowy między nami, natychmiast odsunęli mnie i wsadzili do normalnego pokoju obok pokoju przesłuchań. Tam zobaczyłam całą półkę opatrzoną nagłówkiem „Sodalicja Mariańska Akademiczek”. Zrozumiałam, że Sodalicja była dokładnie rozpracowywana. Pytanie, dlaczego tak rozpracowywano Sodalicję? Czy Sodalicja Akademicka była groźna dla ustroju? Więcej jednak już mnie nie przesłuchiwano.
Nastąpiła zmiana cel. Do tej pory byłam w celi oznaczonej cyfrą 10. Teraz przeniesiono mnie do celi nr 12, tuż obok. Tam początkowo byłam w towarzystwie Ireny Kotulskiej, którą także przeniesiono. W pewnym momencie nagle usłyszałyśmy męski głos: „Dzień dobry paniom!” Nie miałyśmy pojęcia, skąd ten głos dochodzi, bo nie zza drzwi. Okazało się, że w celi nr 14 siedzieli młodzi ludzie z jakiegoś oddziału AK, a później WiN. Ich okno znajdowało się pod pewnym kątem wobec naszego okna i stąd głos był słyszalny. Można sobie wyobrazić, jak zareagowałyśmy, słysząc coś takiego. Dzięki tym młodym ludziom nauczyłam się alfabetu Morse’a. Pukali w ścianę i głosem przekazywali, jaka to jest litera. W „dwunastce” nie byłam długo. Miesiąc albo półtora.
Mój rozmówca zza ściany uprzedził mnie, że w celi 18 przebywa czterech kolegów z tego samego oddziału WiN. Był to oddział z lubelskiego.
Potem przeniesiono mnie do celi nr 19, sąsiadującej z 18. W mojej obecnej celi był uszkodzony wizjer w drzwiach, brakowało w nim szybki, dzięki temu można było go odchylać i patrzeć, kto przechodzi po korytarzu. Oczywiście wymagało to dużej odwagi i sprytu. Zobaczyłam Wieśka Chrzanowskiego, gdyż cela 19 była naprzeciwko łazienki. Mężczyźni byli prowadzeni do łazienki w celu umycia się. Łazienka składała się z szeregu kranów nad jedną rynną. Zobaczyłam Wieśka pędzonego do mycia. Zdałam sobie sprawę, że jeśli Wiesiek jest aresztowany, to jest to potwierdzenie, że i Tadeusz. Spotkanie z Tadeuszem wcześniej nie musiało oznaczać, że musiał zostać aresztowany. Oni wszyscy z Kolumny Młodych „Tygodnika Warszawskiego” zostali aresztowani na początku listopada.



Współwięzień – Romek Groński
Na drugi czy trzeci dzień po zasiedleniu celi 19 rozlega się pukanie w ścianę. Wiedziałam, że to są koledzy tych poznanych wcześniej z celi 14. Jako jedyna spośród koleżanek znająca alfabet Morse’a przyłożyłam ucho do ściany. Tak zaczęła się moja się moja przyjaźń z Romkiem Grońskim, najmłodszym członkiem grupy WiN-owskiej. Używam słowa przyjaźń, bo była to najbardziej autentyczna przyjaźń. Rozmawialiśmy nie tylko o przyczynach naszego aresztowania, ale o bardzo wielu sprawach światopoglądowych. Doszło do tego, że cała nasza cela i cela Romka stały się dwiema celami braterskimi. Romek mi powiedział, jak doszło do aresztowania ich oddziału. Najpierw się ujawnili. Potem byli wsadzeni do obozu. Jak wieść się rozniosła, że obóz ma być wywieziony na Workutę, to Romek z piątką kolegów uciekli. Postanowili przedrzeć się przez zieloną granicę przez Czechosłowację. Słowacy, którzy ich przeprowadzali, zdradzili. Znaleźli się na Koszykowej. Pamiętam jak z wielkim wzruszeniem odbierałyśmy (cała nasza cela: 6-7 osób) śpiewane nam partyzanckie piosenki. Było to lekko słyszalne przez ścianę. Był to najpiękniejszy okres uwięzienia.
Romek i jego koledzy siedzieli na Koszykowej całe dwa lata. Nadeszła pora ich rozprawy, która — jak przypuszczam — była w tym samym miejscu, co nasza. Romek kiedy dowiedział się o sprawie, to zapukał do mnie i powiedział: będziesz wiedziała, co stanie się ze mną. Miał nadzieję, że ocaleje, bo był najmłodszy w grupie. Miał zaledwie 21 lat, czyli w chwili aresztowania miał 19. Trzeba zdać sobie sprawę, że w powiedzeniu Romka do mnie to był absurd. Oboje byliśmy w więzieniu. Ale ten absurd się spełnił.
O wyniku rozprawy chłopców z WiN dowiedziałam się dopiero na Mokotowie. Sądzeni byli w tej samej sali, w której my byliśmy sądzeni, czyli na Koszykowej. Gmach sądu był też na Koszykowej nieopodal. Cała szóstka wraz z Romkiem została skazana na śmierć. Wyroki wykonano na Rakowieckiej, gdzie przewieziono ich po rozprawie.



W karcerze
Po rozprawie WIN-u przypominam sobie jeszcze taki moment. Moja mama jakimś cudem wybłagała paczki dla mnie. Paczki dla mnie były tylko żywnościowe, ale zawierały bieliznę, a nawet krem do twarzy. Krem był bardzo mi potrzebny. Jak oddziałowa zobaczyła ten krem, to mi zabrała. Ja nie pozwoliłam sobie go zabrać i wywiązała się bójka. W rezultacie zostałam skazana na karcer. Karcer wyglądał jak psia buda o wymiarach metr i półtora metra. Wysoki zaledwie na jeden metr. Wsadzono mnie do tego karceru i przesiedziałam w nim 2 — 3 godziny. Było to bardzo niewygodne. Podłoga betonowa i zimna. Nagle jeden z oddziałowych otworzył mi karcer, żebym mogła się przespacerować po korytarzu. Z czułością zwrócił mi uwagę, że po co to zrobiłam. Tego się po oddziałowym nie spodziewałam. Oddziałowi byli to Polacy z Francji, oczywiście komuniści, a jeden był Ukraińcem. Ci Polacy wracali tu, aby pomagać budować komunizm, w który usilnie wierzyli. Taki Polak z Francji zlitował się nade mną.
Potem zamknął mnie i spędziłam tam ok. 12 godzin. Z psiej budy nie doprowadzono mnie do celi nr 19, tylko do celi pojedynczej znajdującej się naprzeciwko pomieszczeń, gdzie urzędowali oddziałowi. Ich więźniowie byli zatem pod znacznie większą kontrolą. Te jedynki były oznaczone literami. Nie pamiętam, jaką literę miała moja cela. Była ciemna, nie miała żadnego oświetlenia, ani okna ani żarówki. Nie było jednak zupełnie ciemno, gdyż przez szpary w drzwiach dochodziło nieco światła z korytarza.
Po ponad tygodniu przeniesiono mnie do celi oznaczonej też literami — była to kolejna cela pojedyncza. Tym razem oświetlona żarówką 200 watową, której nie można było wyłączyć ani na chwilę. Było to wręcz nie do wytrzymania. W tej celi miałam możność wysłuchania całego sporu wśród oddziałowych dotyczącego postaci Chrystusa. Jeden z nich, Polak z Francji i komunista, zadał pytanie czy Chrystus był Bogiem? Nie dosłyszałam odpowiedzi innych, ale ten człowiek pytający był przekonany, że Chrystus był Bogiem i wyraźnie o tym mówił. Cieszyłam się, że zrobiłam awanturę z oddziałową, gdyż spowodowałam odruch litości ze strony jednego oddziałowego i słyszałam rozmowy innych. Z więźniami nie mogli oni jednak o niczym rozmawiać.
Na Koszykowej siedziałam najdłużej ze wszystkich, poza kolegami z WiN. Moje koleżanki siedziały najwyżej 2 – 3 tygodnie i były przewożone na Rakowiecką. Ja siedziałam rok i 2 tygodnie, w tym smrodku, któryśmy określali „lizol mit guenko”, bez żadnego spaceru i w duże mierzej bez światła dziennego. Mimo to byłam całkowicie zdrowa.



Rytm więzienny
Na Koszykowej pobudka była o 6 rano. Toaletę załatwiało się w celi do kibla. Wyprowadzano nas do łazienki z zimną wodą. Były tam tylko blaszane koryta i krany. Pilnował nas jeden oddziałowy. Kiedyś, gdy Romek był w 18-tce a ja w 19-tce, to znalazłam od Romka przesyłkę w łazience. Były o krzyżyki wyrzeźbione z kości znalezionych w zupie.
Skoro w łazience nie można było się porządnie umyć, bo pilnował nas mężczyzna, to naprawdę myłyśmy się w celi w kawie porannej. Raz na 3 tygodnie byłyśmy zabierane do łaźni i tam dostawałyśmy kawałeczek mydła. Tam była ciepła woda i prysznice.
O 7 rano przynoszono śniadanie. Składało się z kubka niesłodzonej kawy zbożowej oraz ćwiartki chleba. Po śniadaniu nie można się było położyć aż do wieczora. Co robiłyśmy? Modliłyśmy się i rozmawiałyśmy dużo. Nie można było mieć nic do czytania.
Obiad to była kasza na rzadko, albo grochówka. Święto było, kiedy znalazło się świńskie ucho. Inne mięso się nie zdarzało. Ja na szczęście miałam paczki, dzięki ciotce Irze. Ciotka Ira miała znajomości w kołach ubeckich, podejrzewana była, że tam chodziło o erosa. Dzięki temu ja miałam paczki. Ciotka miała bowiem całkiem przyzwoitego kochanka. Paczki skończyły się jednak po awanturze z oddziałową.
Kolacja to była tylko kawa i nic więcej.
Po roku i 2 tygodniach przewieziono mnie na Rakowiecką. Trafiłam do celi dziesiątej. Był to cela 5-osobowa, ale z jednym wspólnym łożem. Pamiętam wrażenie, jakie na mnie ona zrobiła. To był prawdziwy, przepiękny pałac, z oknem prawie normalnym, z sedesem spłukiwanym. Jak mnie przywieziono, to była tam tylko jedna osoba, a ja druga. Potem było nas pięć.



Wiadomości o uwięzionym Ojcu
W dwa czy trzy dni po przewiezieniu na Rakowiecką, rozległo się pukanie w ścianę. Nawiązałam kontakt z Bryją, aresztowanym posłem z PSL. Poinformował mnie, że mój ojciec siedział w celi tej samej, obok. Został przewieziony do Wronek, zanim ja wylądowałam na Rakowieckiej. Był już po wyroku i został skazany na 7 lat. Główny zarzut podczas śledztwa, to — oprócz gościny dla Doboszyńskiego — współpraca z Niemcami. Pretekstem było prowadzenie fabryki w Borkowie, gdyż ojciec musiał zgodzić się na produkcję cukierków przesyłanych dla armii niemieckiej na wschodzie. Kolejną przyczyną śledztwa była praca ojca w delegaturze rządu londyńskiego. Z zarzutu współpracy z Niemcami ojciec się wybronił, mimo, że miał bardzo ciężkie śledztwo. Ojciec całymi tygodniami był trzymany w karcu, miał stójki w zimie nago przy wielostopniowym mrozie. Był nawet oblewany wodą, która na nim zamarzała.


Bryja siedział na skutek nagonki na PSL. Wszyscy ważni działacze, z wyjątkiem Mikołajczyka, zostali aresztowani. Zapytałam go, jaka jest historia z PSL. Rozwinęło się to w dziesiątki rozmów. Alfabet Morse’a polega na wystukaniu wielu liter, rozmawia się bardzo powoli. My z Romkiem nabyliśmy takiej wprawy, że wystarczyły nam trzy litery i zgadywaliśmy, jaki jest to wyraz. Z Bryją rozmawiało się trudniej.


W 10-tce siedziała ze mną Maryla Filemonowicz, narzeczona jednego z liderów Partii Pracy; Filemonowicz umarł i zaręczyła się z liderem SP, ale nie pamiętam nazwiska. Skazana w procesie na 10 lat, popełniła samobójstwo w Inowrocławiu. Siedziała Śliwowska, żona lotnika biorącego udział w Bitwie o Anglię, skazanego na karę śmierci. Gdy przyjechał on do Polski z żoną, to skazany został na śmierć. Wyrok wykonano. Pamiętam bardzo miłą panią Emilię Trębaczkiewicz ze Lwowa. Była zaangażowana mocno w AK. Arctowa, żona Arcta, który prowadził przedwojenną firmę wydawniczą. Można przypuszczać, że właśnie Arctowa była tym kapusiem, ale nie ma co do tego pewności. Mówiła mi o tym Filemonowiczowa, jak obie byłyśmy na okulniaku.


Na Rakowieckiej byłam po zakończeniu naszej sprawy, która odbyła się zimą w styczniu 1950 r. Była to sprawa Tadeusza, Wieśka, Andrzeja i moja. Na Rakowieckiej nie byłam przesłuchiwana ani razu.


***
Nasze rozmowy z Bryją zakończyły się tragicznie. Musiało być kapusiątko albo w naszej celi albo w jego. Bryja zapukał do mnie raz z propozycją następującą: jeśli się opróżni sedes, to można będzie wybrać zeń wodę i wówczas można będzie rozmawiać z sąsiednią celą. Razem z Bryją siedział potomek Wedla. Ten potomek Wedla pierwszy wsadził głowę w sedes i w mojej celi rozległ się jego głos: „Dzień dobry paniom!” Trzeba przypomnieć, co znaczył taki kontakt z drugą celą, w dodatku za pomocą naturalnego głosu. Przecież byliśmy odcięci od jakichkolwiek wieści od świata.
Jednak na drugi dzień zostałam wezwana przed oblicze komendanta więzienia Mokotów. Komendant postawił mi zarzut komunikowania się z sąsiednimi celami. Pierwszy raz zostałam uderzona w twarz, i to mocno. Przewróciłam się. Komendant powiedział: myślałem, że córeczka Kazimierza Iłowieckiego będzie bardziej odporna. Był to pierwszy sygnał o śledztwie ojca. Nie wróciłam już do celi 10-tej. Wylądowałam na drugim piętrze w celi przejściowej, a później przenieśli mnie do drugiego gmachu, do celi, w której przebywały osoby na ukończeniu śledztwa.
W tej kolejnej celi siedziało nas kilkanaście, gdyż była ona dużą. Między innymi była tam jedna volksdeutschka, pamiętam też Ninę Drewicz z „Tygodnika Warszawskiego”. Były różne koleżanki z wielu środowisk.



Śmierć Romka Grońskiego
Dwa fragmenty z życia w tej celi wryły mi się w pamięć. Spotkanie z Baśką Lejmańską, która rozmawiała przez okno z Romkiem Grońskim, przebywającym w celi śmierci. Było to jeszcze przed założeniem specjalnych, blaszanych zasłon na okna, co się dokonało podczas mojego pobytu. Baśka Lejmańska zauważyła, że jeden z więźniów stoi przy oknie w celi śmierci i daje jej jakieś znaki. Z tego się nawiązał kontakt Baśki z Romkiem Grońskim. Był to kontakt przy użyciu alfabetu Morse’a, nie za pomocą pukania, lecz innych znaków. Baśka powtórzyła mi całą rozmowę z Romkiem. Dla mnie najważniejsza była puenta: powiedz Hance Iłowieckiej, że dzięki niej idę na śmierć bez nienawiści. Baśka rozmawiała z Romkiem długo, aż do wykonania wyroku na nim. Romek umówił się z jakimś kolegą, że jak wywołają go na śmierć, to zawiesi na oknie jakąś szmatkę. Baśka Lejmańska tę szmatkę któregoś dnia dostrzegła.


Pamiętam, że Romek był na Koszykowej w otoczeniu swoich kolegów, w bardzo trudnych warunkach. Zarówno koledzy jak i Romek nie mieli żadnych paczek, panował wśród nich prawdziwy głód. A ja i cała moja cela otworzyłyśmy tym chłopakom serca. Ci chłopcy stali wobec nienawiści ze strony władz. A tu nagle spotkali się z serdecznością i z troską ze strony mojej i całej mojej celi. I to spowodowało przełom w tych chłopakach. Romek i jego koledzy spotkali w celi śmierci jakiegoś zakonnika, franciszkanina, też skazanego na śmierć. Romek powiedział o tym Baśce i dodał, że się wyspowiadał. To musiało być ukoronowanie Romkowego wewnętrznego przełomu ku postawie bez nienawiści.



Samobójstwo w celi
Drugim wydarzeniem była śmierć naszej koleżanki przez powieszenie się jej. Była to Halina Kwiatkowska. Była zaplątana w sprawę PPS-u. Była ona zdecydowaną komunistką, wychowaną w domu dziecka. Ale jej przybrana matka była członkiem PPS. Była zaprzyjaźniona z Zarembą, jednym z przywódców PPS. Śledczy żądał od niej, żeby oskarżyła swoją przybraną matkę Zarębę i współtowarzyszy. Miała trudne śledztwo, polegające nie tylko na biciu, ale na rozgniataniu palców od nóg. Nie wytrzymała. Powiesiła się w naszej ubikacji. Ubikacja stała w kącie celi i była otoczona zasłoną z blachy. Miała też pewną kompozycję z prętów, gdyż była to cela dziewiętnastowieczna. Na tych prętach Halina powiesiła się. Nikt z nas tego nie zauważył, a zauważyła to dopiero jedna z koleżanek, która musiała pójść do toalety. Było to w godzinę później. Był to dla mnie taki wstrząs, że widzę do dziś twarz Haliny, jak przenoszono ją na noszach koło mojego łóżka. Twarz bardzo spokojna.
W tej celi spędziłam dwa, trzy miesiące, z tej celi poszłam na rozprawę.
Hanna Iłowiecka-Przeciszewska
CDN
----------------------


Hanna IŁowiecka-Przeciszewska Nota Biograficzna


Hanna Iłowiecka urodziła się w Warszawie 1 października 1923 r. Była córką Wandy Piszczatowskiej i Kazimierza Iłowieckiego, przemysłowca, w latach wojny zastępcy Delegata Cywilnego Rządu RP na województwo warszawskie.
Maturę uzyskała w 1941 r. uczestnicząc w tajnych kompletach liceum im. Cecylii Plater-Zyberkówny. Następnie studiowała pedagogikę na podziemnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich w Warszawie.
Podczas okupacji współtworzyła zakonspirowane struktury Sodalicji Mariańskiej Akademiczek przy kościele św. Anny. W latach 1946 — 47 była prezeską żeńskiej akademickiej Sodalicji Mariańskiej w Warszawie.
Za działalność sodalicyjną została uwięziona w marcu 1948 r. Przez półtora roku — w trakcie śledztwa — przetrzymywana była w piwnicach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, a następnie do 1952 r. w więzieniu przy ul Rakowieckiej. W 1954 r. poślubiła Tadeusza Przeciszewskiego, zaraz po jego uwolnieniu po 5 latach ciężkiego więzienia, skazanego z tytułu pracy w katolickim „Tygodniku Warszawskim”.
Po 1956 r. zaangażowała się w tworzenie Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Współtworzyła i przez wiele lat kierowała Sekcją Rodzin. W latach 1972-76 pełniła funkcję wiceprezesa KIK. Bezpośrednio po zakończeniu Soboru Watykańskiego II była jednym z polskich delegatów na Światowy Kongres Laikatu w Rzymie. Do śmierci była członkiem honorowym KIK, uczestnicząc zarazem w Kapitule Nagrody „Pontifici”.
W latach 1977 — 1987 pracowała w redakcji miesięcznika „Chrześcijanin w świecie”, odpowiadając za tematykę rodzinną. Jednocześnie wiele czasu poświęcała poradnictwu służącemu obronie życia w ramach telefonu zaufania warszawskiego ruchu „Gaudium Vitae”.
W drugiej połowie lat osiemdziesiątych wespół z gronem byłych Sodalisów współdziałała w odtwarzaniu Sodalicji Mariańskiej w Polsce wraz z ks. prałatem Tadeuszem Uszyńskim.
Zmarła 6 czerwca 2013 r. Całe swe życie poświęciła zaangażowaniu w pracę wychowawczą i na rzecz promocji laikatu w Kościele.-----------------------


1. *Adam Władysław Doboszyński (ur. 11 stycznia 1904 w Krakowie, zm. 29 sierpnia 1949 w Warszawie) - polityk i pisarz, członek Stronnictwa Narodowego. Organizator głośnego marszu w Myślenicach w 1936 r., zakończonego ekscesami antysemickimi. Podczas II wojny światowej walczył w wojsku polskim we Francji, a następnie działał politycznie w Wielkiej Brytanii. Był w silnej opozycji do premiera gen. Władysława Sikorskiego. Po wojnie powrócił do kraju z misją przeciwdziałania walce zbrojnej przeciw reżimowi komunistycznemu, gdyż uważał to za zagrożenie przyszłej egzystencji narodu polskiego. Jeździł po Polsce i spotykał się z działaczami politycznymi i społecznymi głównie ze środowisk katolickich. Było to bardzo nierozważne, gdyż nieumyślnie przyczynił się w ten sposób do uwięzienia bardzo wielu osób. Sam został aresztowany w lipcu 1947 i osadzony w więzieniu mokotowskim. Sądzony pod fałszywym zarzutem współpracy z wywiadem hitlerowskim został w lipcu 1949 r. skazany na karę śmierci, a 29 sierpnia tego roku zabity strzałem w tył głowy. Podczas procesu powiedział pamiętne słowa: „Mogłem w życiu popełnić wiele błędów, ale zamiary moje były uczciwe i byłem człowiekiem czystych rąk”.



2. Roman Groński ps. „Żbik”, „Andrzej Szumski” (ur. w 1926 r. w Kraśniku, zamordowany w 1949 r. w więzieniu mokotowskim) — porucznik, żołnierz Armii Krajowej, członek Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” w okresie powojennym.
Od marca 1944 walczył w oddziale Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Uczestniczył w pięciu akcjach bojowych na transporty niemieckie. W latach 1945-47 brał udział w wielu akcjach bojowych przeciw komunistycznemu aparatowi bezpieczeństwa, m. in. wspólnie ze Zbigniewem Sochackim odbił ze szpitala rannego w akcji Henryka Pałkę (ps. „Modrzew”). Jesienią 1947 r. wraz z grupą żołnierzy mjr. „Zapory” zagrożonych aresztowaniem podjął nieudaną próbę ucieczki na Zachód.
Został aresztowany w wyniku zdrady 16 września 1947 roku. Więziony w centralnym więzieniu MBP na Rakowieckiej w Warszawie, przeszedł okrutne śledztwo. Porucznika Romana Grońskiego stracono 7 marca 1949 r. razem z sześcioma towarzyszami walki: majorem Hieronimem Dekutowskim, Stanisławem Łukasikiem, Jerzym Miatkowskim, Tadeuszem Pelakiem, Edmundem Tudrujem i Arkadiuszem Wasilewskim.
W lutym 2014 szczątki por. Romana Grońskiego zostały zidentyfikowane wśród ofiar pomordowanych przez organa bezpieczeństwa publicznego w latach 1945-1956, pochowanych w Kwaterze na Łączce przy murze cmentarnym Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie.
---------------------------