Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 34
W tym miesiącu: 2327
W tym roku: 28718
Ogólnie: 208557

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Bułat Okudżawa - zwiastun za-ufania

Autor: Aleksandr Zorin
21-10-2015

Na początku pierestrojki ojciec Aleksander Mień wpadł na pomysł założenia stowarzyszenia „Odrodzenie Kultury”. Należało je zarejestrować, a następnie przeprowadzić zebranie założycielskie. Wśród założycieli znalazły się znane osobistości, których nazwiska miały zapewnić wiarygodność nowej organizacji. Władze radzieckie u kresu swojego panowania na każdym kroku usiłowały blokować wszelkie inicjatywy społeczne. W tym przypadku także nie stały bezczynnie. Proces rejestracji „Odrodzenia Kultury” był powolny, a urzędnicy wszystkich możliwych szczebli „gubili” dokumenty i mylili się w dokumentacji powstającego stowarzyszenia. Podczas pierwszego spotkania władze państwowe również dały o sobie znać. Na zaproszenie ojca Aleksandra w skład grupy założycielskiej wszedł także Bułat Okudżawa. Sprawa była nowa, ryzykowna, omawiano rozmaite szczegóły, zebranie przeciągnęło się więc do późnego wieczora. Kiedy wreszcie zaczęto wracać do domów, okazało się, że samochód Okudżawy stoi na samych felgach — ktoś przedziurawił mu opony. Kolejna próba drobnej zemsty na Poecie. Znalazł się jednak dobry człowiek, który przywiózł nowe opony i Okudżawa, grubo po północy, mógł wyruszyć do domu.
Wydaje mi się, że Bułat Szałwowicz należał do tych osób, które ojciec Siergij Żełudkow określał mianem anonimowych chrześcijan. Tacy ludzie niby to nie wyznają wiary w Chrystusa, nie chodzą do cerkwi, ale usiłują żyć w zgodzie z własnym sumieniem.
Nie jestem skłonny zaliczać Okudżawę do grona poetów chrześcijańskich czy religijnych. Ale czy tacy poeci w ogóle istnieją? Pragnienie, by wcisnąć osobowość w jakieś konkretne ramy jest przeżytkiem świadomości kolektywistycznej. To potrzeba, by „maszerować w nogę” z teraźniejszością, jak to dawniej robili proletariacko-chłopscy-rewolucyjno-wojenni i rozmaici inni wierszokleci. Poezja, nawet jeśli traktuje o sprawach przyziemnych czy walczy z Bogiem, w dalszym ciągu pozostaje zjawiskiem o charakterze duchowym. Oczywiście, jeśli jest prawdziwą poezją, a nie kuglarstwem.
Z tego właśnie względu usiłowano przywdziać Puszkinowi szaty niemal kapłańskie. Ażeby wzmocnić jego autorytet duchowy, opracowany krytycznie reprint pism poety opatrzono błogosławieństwem Patriarchy. Tylko czy warto było błogosławić Gawriliadę, skoro odżegnywał się od niej sam autor?…
Życie poety, podobnie jak każdego zjadacza chleba, podlega ocenie w odniesieniu do wartości absolutnych, niezależnie od tego, jakim językiem posługuje się poeta — sakralnym czy codziennym. „Włóczyć się, ile dusza zapragnie, beztrosko”2… Słowa apostoła Pawła, dotyczą także poetów: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść” (1Kor 6, 12). Korzyść — w znaczeniu duchowym.
Na pytanie: „Po co żyję na ziemi?” Okudżawa odpowiedział zarówno swoim życiem, jak i twórczością, a jego odpowiedzi pokrywają się z moralnością chrześcijańską. Jednak udzielił tej odpowiedzi w języku, którym posługiwali się jemu współcześni i który był charakterystyczny właśnie dla niego. Nie w języku wiary, ale w języku za-ufania.
Ojciec Siergij Żełudkow oburzył się pewnego razu, kiedy po spotkaniu modlitewnym zaczęliśmy w jego obecności śpiewać „Dopóki ziemia kręci się” Okudżawy. „Jak możecie nie zauważać jego spoufalania się: «Panie, mój Boże, zielonooki mój» — powiedział wtedy. Kiedy wreszcie wy, chrześcijanie, sami zaczniecie układać pieśni religijne, nie oddając tego rodzaju twórczości w ręce niewierzących?“
„Zielonooki mój” — rzeczywiście brzmi nieco ekstrawagancko (pomyślałem wtedy) i przyjrzałem się całości „Modlitwy” (tak nazywa się ta pieśń) przez pryzmat myślenia religijnego. Ale szczerze mówiąc, odkryłem, że nic temu tekstowi nie sposób zarzucić i że mogę utożsamić się ze wszystkimi słowami „Modlitwy”, abstrahując jedynie od fragmentu o zabitym żołnierzu, który w coś tam wierzy. Wydaje się, że tym właśnie należy tłumaczyć popularność „Modlitwy” w środowisku chrześcijan, a „zielonooki Bóg” w niczym tu nie przeszkadza.
Natomiast zaimek „mój” — tak powszechny choćby w zwrocie „mój ukochany” — tutaj pełni rolę wyznania: „mój Boże”, nie czyjś tam, ale właśnie mój. Takie wyrażenie występuje we wszystkich językach europejskich i jest do tego stopnia powszechne, że zatarło się w nim pierwotne znaczenie najkrótszego wyznania wiary. Tak więc „zielonooki Bóg”, którego można odnaleźć także na rosyjskich ikonach, tutaj jest w pełni usprawiedliwiony, podobnie jak zaimek „mój”. Poeta odnawia język, przywraca słowom ich pierwotne znaczenia.
Od tamtej rozmowy minęło już sporo lat, ale prawosławni w dalszym ciągu nie ułożyli własnych pieśni, nie licząc zaledwie kilku, znanych jedynie w wąskich kręgach. Twórczość osób niekonsekrowanych ciągle jeszcze nie jest Cerkwi potrzebna. Dlatego zapewne ich miejsce zajmują „świeccy aniołowie”.
Pewien rodzaj konserwatyzmu Cerkwi rosyjskiej stoi na straży archaicznych form wielbienia Boga. „Jak ułożono przed nami, tak powinno pozostać na wieki wieków” — powiadali niegdyś staroobrzędowcy, a obecnie ten właśnie sposób myślenia dominuje wśród wymusztrowanej hierarchii. Pod groźbą ekskomuniki zakazuje się ponownego tłumaczenia czy współczesnych adaptacji pieśni cerkiewnych. A śpiew w świątyni po nabożeństwie wraz z gitarą traktowany jest niemalże jak grzech śmiertelny. Byłem tego świadkiem w pewnym miasteczku powiatowym. Proboszcz zaprosił prawosławną młodzież z Moskwy. Wieczorem wystąpiliśmy w świątyni z przestawieniem bożonarodzeniowym, a potem razem z wiernymi śpiewaliśmy piosenki Okudżawy i teksty ułożone przez nas. Natychmiast wysłano donos do kurii i goszczący nas proboszcz o mały włos nie został pozbawiony swojej parafii.
W zakazie wykonywania niezatwierdzonej twórczości cerkiewnej jest trochę racji. Przecież poezję cerkiewną układali wielcy poeci: Jan Złotousty, Bazyli Wielki, Jan Damasceński. Ich talent był równie wielki jak ich wiara. W Rosji nie ma takich poetów, a ogólny klimat duchowy nie sprzyja ich pojawieniu się. Ale od czegoś przecież trzeba zacząć! Chyba dobrym początkiem byłoby zaufanie wobec kultury, wobec tej kultury, która jest zorientowana na wartości chrześcijańskie.


* * *
Okudżawa nigdy nie usiłował zająć niczyjego miejsca, od samego początku zajmował swoje własne. Jego głos zaczął przebijać się do sfery publicznej pod koniec lat 50., kiedy to oficjalne brawurowe pieśni jeszcze z powodzeniem wzmacniały podwaliny zachwianego imperium. Jak u Błoka „A w tłumie ciągle ktoś tam śpiewa”. Tak więc ten właśnie głos, który dotarł do tłumu, przerażonego i pogubionego po XX Zjeździe partii, działał niczym katalizator, przyspieszając i porządkując głębokie procesy duchowe.. Ten głos brzmiał w wielu domach, gdzie przy herbacie zaczynało się kształtować niemal intymne, „kuchenne” myślenie opozycyjne. Społeczeństwo, zamrożone przez totalitarną ideologię, dążyło jednak do światła duchowego. Wcale nie jest przypadkiem, że właśnie w tych latach pojawiła się na horyzoncie plejada poetów lirycznych — młodych i niezbyt młodych — ogłaszających, że noc minęła, ale jeszcze nie zaświtał poranek.
Co dla Pana Boga jest jednym dniem, dla nas jest tysiącem lat. Oczywiście, spoglądając na zegarek nie pamiętamy o tym. W prorockiej Księdze Izajasza, ogłaszającej nadejście Zbawiciela niemalże na 800 lat przed Chrystusem, jest mowa o czasie: „Stróżu, która to godzina nocy? Stróżu, która to godzina nocy? Stróż odrzekł: Nadchodzi poranek, ale jeszcze jest noc”.
(Iz 21, 11-12). Być może upłynie wiele lat zanim nadejdzie świt w naszym kraju — albo na tym miejscu, w których niegdyś był nasz kraj.
Osoba nie może istnieć w izolacji. Jak powietrze niezbędny jest jej kontakt z innymi. Wróg rodzaju ludzkiego, który tryumfuje w Rosji (miejmy nadzieję, że tymczasowo), czerpie siłę z budowania wszelkiej maści murów i granic pomiędzy ludźmi. Głos liryka burzył te mury i wokół niego jak wokół ogniska gromadzili się zmarznięci, zagubieni ludzie. Powtarzając proste słowa, uczyli się zapomnianego języka miłości. Piosenka „Weźmy się za ręce, przyjaciele”… pojawiła się właśnie w tamtych latach. To pełne nadziei zawołanie nawiązuje do ewangelicznego: „abyście się wzajemnie miłowali…”. Jednak Chrystus dodaje: „tak jak Ja was umiłowałem” (J 15, 12). To znaczy, że daje nam przykład doskonałej miłości. Przecież wziąć się za ręce mogą także ludzie nikczemni, oni też mogą się ze sobą przyjaźnić… I oni też nie chcą zginąć — ani w pojedynkę, ani całą hurmą. Jedyne, co ich zdradzi, to tonacja. Oni opowiedzą o swojej przyjaźni własnym głosem. Okudżawa jest dla nich nie do przyjęcia już na poziomie tonacji — najważniejszej cechy jego odbioru świata, której nie sposób podrobić.
Kryminaliści nie śpiewają piosenek Okudżawy, ponieważ zawsze pozostają w opozycji wobec świata, świat dla nich jest zawsze wrogi. A intuicja, siostra Okudżawowskiego za-ufania, przyjmuje świat. Przyjmuje go wraz z wszystkimi jego okrucieństwami i upadkami. Nie próbuje tłumaczyć panującej na świecie nienawiści, ale pokłada nadzieję w Szlachetności i Godności, które nigdy nie znikną.
Śpiące w kołyskach niemowlęta również odbierają Okudżawę na poziomie tonacji. Już niejedno pokolenie dorosło w rytm jego pieśni, zastępujących kołysanki. Ani Wysocki, ani Galicz do tego zadania się nie nadają.
Ale dlaczego muzyka przyszła z pomocą poezji? Mniej więcej w tym samym czasie w ślad za Okudżawą pojawili się Galicz, Nowella Matwiejewa, Wysocki — poeci, którzy do perfekcji opanowali formę wierszową, doskonale docierającą do odbiorcy bez wszelkich środków dodatkowych. „Środki” te jako założenia gatunkowe okazały się konieczne z obiektywnych względów. Jakby słowom przestano wierzyć, jakby słowa po krachu idei komunistycznych straciły na wartości i, puste, stały się niczym miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Melodia, potęgując harmonię brzmienia wiersza, wzmacniała zmysł słuchu, przytępiony wcześniej za sprawą szumu ideowego, równego śmieciom. Udźwięcznione słowo jest bardziej dostępne, bardziej przyzywające. Szczególnie — udźwięcznione przez gitarę — instrument towarzyszący co trzeciemu obywatelowi na jego łagrowej pryczy. Poezja skierowana do mas wzbijała się na zakazanych strunach niczym na skrzydłach. (...)



* * *
Jego poezji nie sposób rozłożyć na czynniki pierwsze: tekst, melodię, wykonanie. Jego poezja mieści się tam, gdzie nie ma tego rodzaju podziałów. Oczywiście, ślad wykonania przetrwał na taśmach magnetofonowych, ale brak im czaru żywej osoby, który jest nieprzekazywalny. On sam się tego domyślał, kiedy mówił, że pewnie będzie śpiewany, ale wątpliwe, czy — czytany.
Pieśni Okudżawy, które przetrwały całe dziesięciolecia, noszą na sobie znak drogocennych przeżyć osobistych tego, kto ich słucha. Moje przeżycia są związane z młodością, z błądzeniem po bezdrożach Chruszczowowskiej „odwilży”, z wątłą, niepewną nadzieją… Przez pryzmat swojego doświadczenia łatwiej jest zrozumieć doświadczenia innych. Nieprzypadkowo starożytna mądrość głosi: nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe.
Cerkiew i kultura w Rosji, niestety, zawsze mówiły różnymi językami, nieustannie zwiększając przepaść między sobą, co ostatecznie doprowadziło do ogólnej katastrofy. Jednak istnieli malarze, poeci i muzycy, których sztukę można nazwać błogosławioną, budującą mosty między Cerkwią i światem. Okudżawa jest takim właśnie artystą, któremu udało się przekazać religijny odbiór świata ludziom, którzy nigdy nie zaglądali do Ewangelii, którzy nawet nie podejrzewali istnienia Dobrej Nowiny. Pieśni Okudżawy są kazaniem ewangelicznym, wygłoszonym w ich języku.


Aleksandr Zorin


* W oryginale rosyjskim tytuł brzmi bardziej wieloznacznie: "Wiestnik do-wierja"
Fragment książki „Wyjście z labiryntu”,
wyd. 2005, Moskwa.


(tłum. Ewangelina Skalińska)