Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 20
W tym miesiącu: 1427
W tym roku: 35314
Ogólnie: 215156

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Wdzięczny za dar bogatego życia

Autor: Dorota Giebułtowicz
05-04-2016

Bardzo to miłe zaproszenie Redakcji – wspomnieć wspaniałych ludzi, którzy ukazali nam piękno i bogactwo życia. Bowiem chyba wszystko, co mam w sobie, jest darem wziętym od innych – ja sam byłem jak bryła gąbki, która dopiero nasiąkała wartościami i dobrem środowiska.  Moja osobowość formowała się z łaską Bożą; jestem wdzięczny, że tylu wspaniałych ludzi spotkałem na swojej drodze i że od każdego mogłem wziąć żywe wartości i tak dużo skorzystać. Współczuję czasem naszej młodzieży, że dziś tak mało mają okazji do wielkich spotkań. Stosunek studentów do profesorów jest bardziej powierzchowny i zapewne rzadziej niż my spotykają wybitnych wychowawców, naukowców i patriotów. Myślę też, że jest zerwany związek między pokoleniami; młodzi się jakoś dystansują i nie cenią sobie kontaktu ze starszymi. Ja osobiście doznałem tego dobra w pełnym wymiarze, żyjąc wśród prostych, szczerych, mądrych i ofiarnych ludzi.
Gdy się urodziłem, rodzice mieszkali w suterynie na przedmieściach Poznania. Od najmłodszych lat nasza Mama Aniela dużo nam śpiewała, czytała i opowiadała; zawdzięczam jej wyczucie na pieśń ludowo-patriotyczną i trochę na poezję. Mój Tato Aleksander był radiotechnikiem wojskowym, bardzo zaangażowanym zawodowo i społecznie. Pracował przy słynnej Enigmie, tajnej maszynie szyfrującej rozkazy niemieckie. (W 1939 r. udało im się zatrzeć wszelkie ślady tej działalności). Sam konstruował różne aparaty radiowe i dlatego już jako młody chłopak byłem bardzo zapalony do radiotechniki.
Miałem szczęście być w czasie wojny u kochanych dziadków na wsi, pod Warszawą. Mogłem tam podziwiać ich głęboką religijność i ofiarność, gdy w ubogim gospodarstwie przyjmowali bez ograniczeń wielu nieznanych uciekinierów i wygnańców. W domu był punkt dystrybucji prasy podziemnej, a moja ukochana Mama należała do podziemnej organizacji wojskowej kobiet. Żołnierski duch i zdumiewające bohaterstwo Mamy zabłysło, gdy z podniesionym krzesłem i okrzykiem: „Jezus Maryja!” rzuciła się do walki wręcz na trzech uzbrojonych bandytów wchodzących do naszego pokoju. Z bratem skoczyliśmy i my do walki (chłopcy 13 i 15 lat), a bandyci z bronią w ręku, po doznanej porażce uciekli.
Mój nieco starszy brat Adam Jerzy należał już do harcerskich Szarych Szeregów, a brat stryjeczny Marian Bojarski ze swymi kolegami byli żołnierzami Narodowej Organizacji Wojskowej – AK (zdradzeni w przeddzień konspiracyjnej matury, zostali po męczarniach rozstrzelani w byłym getcie). Ta młodzież imponowała dużą kulturą i koleżeństwem. Mój brat Jerzy miał krańcowo przeciwny charakter i temperament niż ja – był wyjątkowo zrównoważoną, zharmonizowaną osobowością; niezwykle grzeczny, uprzejmy, ofiarny – już jako chłopak szkolny. Imponował mi swoim opanowaniem i dojrzałością w pracy nad sobą. W latach studiów zacząłem go nie tylko podziwiać, ale i naśladować. Był drużynowym i instruktorem w ruchu harcerskim oraz czynnym w Sodalicji Mariańskiej. Żyliśmy wtedy ideałem harcerskim, religijnym i patriotycznym. To życie zostało w nas i zawdzięczam to mojemu bratu oraz przyjaciołom, których poznałem w Harcerstwie i Sodalicji Mariańskiej. W latach szkolnych i studenckich, po wojnie były to dwie silne organizacje, z których bardzo dużo czerpałem.
Na studia – oczywiście pojechałem na politechnikę i radiotechnikę, gdyż to wyniosło się z domu. Gdy jednak popracowałem przez rok w laboratorium radiotechnicznym, stwierdziłem, że to nie na mój temperament; że mnie coś znacznie szerzej interesuje – energetyka, systemy energetyczne, kolejnictwo elektryczne. I tak zaczęła się pewna zmiana zainteresowań i dalsze ich poszerzanie w życiu.
Jeszcze przed dyplomem inżynierskim, mając lat około dwudziestu, wpadła mi w ręce książka Melchiora Wańkowicza „Sztafeta”. Wywarła na mnie wielkie wrażenie, ponieważ ukazała mi ogrom wielopokoleniowej, gospodarczej pracy narodowej i szerokość myśli programowej, potrzebnej w długim okresie czasu. Dojrzałem pracę, jakby dla siebie, która wzbogaca społeczeństwo i przebudowuje kraj. Wańkowicz opisuje, ile to w okresie międzywojennym udało się zrobić i zbudować. Książka ta ułatwiła mi otrząśnięcie się z drobnych zainteresowań rozwiązaniami technicznymi i lokalnymi; poczułem jak gdyby wiatr w żagle ku dużym programom gospodarczym. Zacząłem pracować w Zakładzie Sieci i Systemów Energetycznych na Politechnice Warszawskiej (to było przedłużenie moich studiów), u prof. Czesława Mejro. Tam się spotkałem z pięknym opracowaniem, z lat wojny, dotyczącym programu elektryfikacji całego kraju, a w owych latach daleko było jeszcze do tego. To było fascynujące, że już w czasie wojny nasi profesorowie pracowali i tworzyli plany powojenne, myśląc znowu o całości kraju! W Zakładzie prof. Mejro i później w Polskiej Akademii Nauk, z prof. Kazimierzem Kopeckim, energetykiem i ekonomistą, była podjęta szersza praca nad perspektywicznym rozwojem całego kompleksu paliwowo-energetycznego kraju. W dalszych latach prace te kontynuował mój Zakład Problemów Energetyki PAN.
W międzyczasie pod wrażeniem „Sztafety” Wańkowicza nawiązałem bliższy kontakt z moim stryjem Nikodemem Bojarskim, przedwojennym absolwentem Wyższej Szkoły Nauk Politycznych. Była to elitarna uczelnia w duchu Eugeniusza Kwiatkowskiego. Stryj był związany z dużymi programami rozbudowy i elektryfikacji kolei, więc i ja rozpocząłem pracę w Biurze Elektryfikacji. W studiach komunikacyjnych Stryj zwracał szczególną uwagę na dobro podróżnych: częstość połączeń, właściwe poczekalnie oraz skrócenie i wykorzystanie czasu – prawdziwy humanizm (gdzie on dziś zaginął?). Nawet wspólnie ze Stryjem napisaliśmy artykuł o wartości 1 godziny czasu traconego przez pasażera. Do moich zainteresowań energetycznych i ekonomiczno-gospodarczych doszły jeszcze zainteresowania społeczne.
Przy publikacji artykułów i pierwszej mojej książki spotkałem się z niezwykłym redaktorem, a częściowo wydawcą i starszym kolegą – Bohdanem Walentynowiczem. On dopiero dał mi szkołę; wymagającą szkołę zwięzłego, jasnego i prostego pisania. Gdy się do niego zgłosiłem z – moim zdaniem – pierwszą w świecie książką technicznej teorii niezawodności, to bardzo wiele żółci na mnie wylał i musiałem przez ponad pół roku czy rok ją poprawiać. Wreszcie wyszła moja książka i była pierwszą w Polsce w zakresie teorii niezawodności, ale niestety, nie była już pierwszą w świecie. A kiedy miałem w ręku te pierwsze książki zagraniczne, to wydawało mi się, że moja książka w pierwszej redakcji była lepsza od nich. Zapłaciłem więc wysoką cenę, ale jednak wspominam pana Walentynowicza z szacunkiem; jako redaktor w lot odgadywał, co autor miał do napisania i co powinien napisać.
Gdy patrzę na kształtowanie się mojego życia, nie mogę pominąć wieloletniego duszpasterza – księdza Bronisława Bozowskiego. Wymagał i po przyjacielsku czuwał, żeby człowiek za bardzo się nie poluzował, a okazji do luzowania nie brakowało. Był on proboszczem niezwykłej parafii, gdyż miał setki swoich „synków” z całej Warszawy. Do spowiedzi i do prowadzenia duchowego przychodziły tam różne osoby, poczynając od najwyżej w partii postawionych aż do najbardziej prostych – wszystkich przygarniał, dla wszystkich był ojcem i przyjacielem. Potrafił rozciągnąć ducha wzajemnej przyjaźni na ludzi o bardzo różnych opcjach politycznych. A tak naprawdę, nie był żadnym proboszczem, tylko zamieszkiwał w starej oficynie przy kościele Sióstr Wizytek. Obok duszpasterzował ks. Jan Zieja – także jego duch promieniował z tego kościoła.
Na koniec muszę wspomnieć o osobie, której najwięcej w życiu zawdzięczam i która od lat wiernie mi towarzyszy – to jest o mojej żonie Alinie. Pełni niezwykłą rolę – to wszystko, co w moim charakterze nie zostało wygładzone staraniem mojej Mamy i innych, ona usiłuje od kilkudziesięciu lat nieco łagodzić i zaokrąglać. Swoją dobrocią, skrupulatnością i ofiarnością wzbogaca nasze codzienne życie i wypełnia to, co nie dostaje z mojej strony. Dla dobra rodziny i naszych dzieci poświęciła swą pracę naukową i doktorat. Jej cicha, mozolna i mało dostrzegalna praca buduje jedność rodziny już od prawie 60 lat naszego małżeństwa. A mamy dużą rodzinę, którą stanowi gromadka naszych pięciorga dzieci, dziewięciorga wnucząt i trojga prawnucząt. Łączy wszystkich miłość rodzinna i radość świąteczna.
Tak wiele dobra zawdzięczam moim bliskim, przyjaciołom, współpracownikom i innym, których Pan Bóg postawił na mojej drodze. Oni wpłynęli na mnie i na moje możliwości oraz w różnych wymiarach wzbogacali nasze życie. Doznałem też takich urozmaiceń jak trzykrotne wyrzucenie z pracy, wieloletnie blokowanie awansów i wyjazdów zagranicznych, inwigilacje, rewizja w domu oraz zazdrości i donosy znajomych. Jednak najgorsze, że ja sam z siebie nie potrafiłem dostatecznie wiele wykrzesać i dodać jakiejś pełnej miary do tego dobra, jakie otrzymałem.
Wiele zamierzałem, miałem ambicje naukowe, społeczno-gospodarcze i polityczne oraz stosunkowo dobre przygotowanie i warunki. Napisałem kilka książek i wiele opinii oraz kierowałem paroma zespołami strategicznych studiów rozwojowych, ale nie udało się tych pozytywnych programów szerzej przełożyć na rzeczywistość. Dużo z tego zostało tylko na papierze. Nie jest to satysfakcjonujący rezultat dosyć długiego żywota; niech to jednak ocenią inni. Natomiast pozostali zdolni moi młodsi współpracownicy i oni działają dalej.

(Wysłuchała Dorota Giebułtowicz, 11 marca 2013 r.)