Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 97
W tym miesiącu: 3006
W tym roku: 16029
Ogólnie: 195866

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Ekumenista ze wsi Osse

Autor: Jan Turnau
29-12-2016

Gdzie i kiedy mogłem go po raz pierwszy usłyszeć? Chyba było to wnet po moim sprowadzeniu się do Warszawy, czyli na samym początku lat 60., w kościele sióstr wizytek. Biruta była już chyba moją żoną, a Mimka naszą wspólną przyjaciółką. Chyba moja matka namówiła nas, abyśmy choć raz posłuchali przesławnego duchownego.  Otóż mój entuzjazm na temat księdza Ziei nie od razu się zaczął. Któreś z nas młodych pozwoliło sobie na kalambur, że nomen omen, on właśnie zieje. Jego patos kaznodziejski niespecjalnie nam się podobał, a treść nie zafrapowała jakoś swoim ewangelicznym radykalizmem. Był w tym sposobie oratorskim jednak dosyć staroświecki.

Szabat dla człowieka
Tyle tylko, zaznaczę coś zupełnie oczywistego, że ział zawsze najbardziej autentyczną miłością, nie nienawiścią, którą słyszę czasem z naszych ambon. Troską o każdego bliźniego, szczególnie tego najmniej hołubionego przez los. Teraz wspomnienie nieco późniejsze. Było to już w „oazie na Kopernika”, tam, gdzie wtedy mieścił się Klub Inteligencji Katolickiej, chyba w pokoju zwanym jego czytelnią. Ksiądz Jan komentował fundamentalne powiedzenie Jezusa, że szabat jest dla człowieka, nie człowiek dla szabatu. Podstawowe, bo wynika zeń także głębsze pojmowanie etyki chrześcijańskiej. Spotkanie było może już o prawach człowieka, choć dyskusja na ten temat kontrowersyjny politycznie zaczęła się później. Nie, pewnie okazją do mocnych słów o szabacie był rozpoczynający się właśnie rewolucyjny Sobór Watykański II. Ściągnięto z Krakowa jego stałego obserwatora w „Tygodniku Powszechnym”, księdza Andrzeja Bardeckiego, i paru innych ekspertów, aby watykańskie arcywydarzenie rozgłaszać na polskiej ziemi. I zabrał głos następnie Tadeusz Mazowiecki. Zapamiętałem, że zaczął słowami: – Trudno przemawiać po ojcu Ziei. Trudno było szczególnie jemu, znanemu z braku oratorskich talentów. A nazywaliśmy wielkiego duchownego „ojcem”, choć żadnym zakonnikiem nie był, bo w sposób oczywisty przekraczał duchowo swoją środowiskową przeciętność. W ogóle zresztą przeciętność człowieka.

Przekonał mnie do ikon
Widywałem go też obok KIK-u, w „Więzi”. Pisywał u nas od trzeciego numeru (1958), w którym z modlitewnika „Z Chrystusem w drogę życia”, wydanego konspiracyjnie w roku 1943, przedrukowaliśmy modlitwę „Ojcze nasz, pracujących społecznie”. Poznałem go osobiście może dopiero wtedy, kiedy przyszedł do redakcji zapytać, kto to jest ten Turian, który skrytykował kult obrazów. Wydrukowali mi mianowicie koledzy felieton pod dekalogowym tytułem „Nie uczynisz sobie obrazu rytego”, „protestantyzowałem” wtedy bowiem młodzieńczo. Otóż ojciec Jan był otwarty raczej na prawosławie i tego sposobu wyrażania sacrum zaczął przede mną bronić. Tak skutecznie, że od tamtej rozmowy cytuję opinię Lutra, iż ten problem nie należy do chrześcijańskiej wiary. Można zatem – uważam – ikony uwielbiać religijnie, adorować je nawet zamiast Hostii w monstrancji, jak to czynią prawosławni. Albo – przeciwnie – strzec się nawet „pasyjki” na krzyżu. Co do luteranów, to bywa u nich różnie: w jednej świątyni warszawskiej, w tej przy pl. Małachowskiego, obraz i krucyfiks, w tamtej przy pl. Unii Lubelskiej obrazy nawet dwa, ale krzyż bez żadnej rzeźby. Pluralizm raczej zdrowy.



Patriarchy prawosławia krytyka
Zieja interesował się dialogiem z prawosławnymi bardzo. W 1972 r. opublikował w naszej „Więzi” swoje tłumaczenie pięciu fragmentów książki francuskiego teologa tego Kościoła Oliviera Clémenta. Ów konwertyta na prawosławie przeprowadził bardzo śmiałe rozmowy z patriarchą ekumenicznym Konstantynopola Atenagorasem I. Naprawdę ekumenicznym: to nie tylko tytuł przyznany kiedyś drugiemu Rzymowi, by zrównoważyć autorytet pierwszego, ale również określenie postawy umysłowej i duchowej. Która oznacza także kościelny samokrytycyzm. Cytuję.
„Wygnaliśmy Go nawet z tego miejsca, gdzie nam się daje w zupełności, z Kielicha. Kościół podzielony rozdziera swego Pana, podczas gdy cały powinien być żywym kielichem, z którego przeobficie wylewają się boskie moce dla wszystkich ludzi.” „Ludziom Kościoła najbardziej brakuje Ducha Chrystusowego, pokory, wyrzeczenia się siebie, bezinteresowności, zdolności do dojrzenia w bliźnim czegoś lepszego. Boimy się, chcemy zatrzymać to, co jest skazane na zagładę, bośmy do tego się przyzwyczaili; chcemy, by racja była przy nas, a nie przy innych; pod mianem stereotypowej pokory pielęgnujemy w sobie ducha pychy i władczości.”
„Żeby Kościół i chrześcijaństwo znów się zjednoczyły, trzeba najpierw, żeby Kościół stał się pokorny i ubogi w postaci, w jakiej ukazuje się światu. (...) Papież i niektórzy biskupi katoliccy mogą nas wiele w tej dziedzinie nauczyć.”
„Chrystianizm to życie w Chrystusie. A Chrystus nigdy nie pozostaje na negacji, na odmowie. To my obciążyliśmy człowieka tyloma brzemionami. Jezus nigdy nie mówi: – Nie będziesz czynił, nie wolno. Chrześcijaństwo nie stworzyło zakazów: jest życiem, ogniem, tworzeniem, oświeceniem. Przez ufność odmienia się serce. I tak, powoli, powoli życie Zmartwychwstałego wlewa się w nas (...) I co myśmy zrobili z chrześcijaństwa? Religię prawa i zadowolenia z siebie samego! Niech pan pomyśli na przykład o tym lęku przed kobietą i miłością, który stał się charakterystyczny dla psychologii chrześcijańskiej.”
To „wyimki” z numerów 1/1972, 4/1972. Teraz coś z numeru 3/1972, specyficznego, bo tłumacz podpisał się tylko „J. Z.”. Miał problem dyplomatyczno-etyczny, bo ten Clément zapytał patriarchę o sprawę delikatną: „Co mamy myśleć o encyklice Humanae vitae, o której tyle się mówi w tej chwili?”

„Do izby małżeńskiej nie chodzę”
Otóż drugi Rzym najpierw pobronił pierwszego, Atenagoras I Pawła VI, ale nie do końca. Najpierw była (rozumiem ją) jakaś międzyhierarchiczna solidarność. „Papież nie mógł mówić inaczej. Nie mógł działać inaczej. Nie mógł. Co do tego problemu jest tradycja Watykanu, jest język Watykanu. Papież nie mógł tego zlekceważyć, z tym zerwać. Trzeba zrozumieć, co chciał powiedzieć tym językiem, który nie jest całkowicie jego językiem, trzeba zrozumieć wartości, których chciał bronić: świętość miłości człowieczej; tajemnica narodzin dziecka; radość, o jakiej mówi Ewangelia, że »człowiek się na świat narodził«; charakter rozkładowy przyjemności zmysłowej, jeżeli damy jej autonomię, jeżeli nie wzniesiemy się ponad nią, jeżeli nie uświęcimy jej uczuciem osobistym, jeżeli nie będzie otwarta ku całej niezmienności życia i miłości z całą jej płodnością... Papież chciał też bronić praw rodziny przed nowym totalitaryzmem, zagrażającym w niektórych krajach Trzeciego Świata, przed totalitaryzmem chemicznym, biologicznym...” I dalej słowa patriarchy o milionach katolików, którzy chcą ścisłych rozwiązań i jeżeli nie przedstawi się im rozwiązań tradycyjnych, będą mieli wrażenie, że zaleca się im coś całkiem przeciwnego.
Ale – powiedział Atenagoras – „My, na szczęście, nie mamy takich trudności. Zostawiamy to sumieniu każdego człowieka, jego stosunkom ze spowiednikiem, ojcem duchownym. To nie znaczy, że nie mamy tu nic do powiedzenia, wcale nie! Zwłaszcza w tej dziedzinie powinniśmy pomóc człowiekowi, by stał się osobą odpowiedzialną (...) A jeżeli już nią jest – mogę ją tylko otaczać czcią. Jej izba małżeńska jest dla mnie miejscem świętym. Nie chodzę tam.”
Następnie słowa patriarchy o księżach żonatych. „Celibat kościelny może mieć wielką wartość apostolską, może oznaczać całkowitą ofiarę z siebie samego”, ale powinien być dobrowolny.
I tak rozmówcy doszli do sprawy rozwodów, które Kościół prawosławny toleruje w drodze wyjątku i „ekonomii” miłosierdzia, „nie odrzucając tych, co idą po omacku, niekiedy błąkając się” (to słowa Clémenta). To praktyka znana, ale ciekawe, że patriarcha jest za jeszcze większym miłosierdziem w sprawach małżeńskich: „Wyświęcamy na kapłana człowieka żonatego, ale kapłanowi żyjącemu dotąd w celibacie zabraniamy związku małżeńskiego”. Clément przypomina wtedy, że w Kościele pierwotnym nawet biskupi mogli się żenić, a Atenagoras pyta, czemu dzisiaj, we epoce bardziej podobnej do tamtej niż do tej późniejszej z Kościołem cesarskim, kapłani żonaci, nawet wybitni, nie mogą zostać biskupami.
Dyskusja tak swobodna wydała się ojcu Ziei niebezpieczna nawet dla tłumacza: takie to były czasy... Nic dziwnego jednak, że miał ochotę przestawiać takie myśli polskim katolikom: były mu niezmiernie bliskie. Gdy patriarcha zmarł 7 lipca 1972 r., napisał o nim oczywiście w „Więzi”. Wydrukowaliśmy jego tekst zaraz na wstępie numeru.

Sojusz dwóch Rzymów
Zieja przypomniał, że to Atenagoras I wystąpił do Pawła VI z historyczną inicjatywą cofnięcia wzajemnych ekskomunik, rzuconych w roku 1054. Według polskiego ekumenisty było to nie tylko uznanie obu Kościołów za siostrzane (bratnie), ale za jeden Kościół. Tylko że sam autor tych słów widział jeszcze wiele oznak rozdarcia i one nie znikły dotąd, a sama teza o jednym Kościele była pewnie akceptowana przez tamtego patriarchę, ale nie przez jego wspólnotę kościelną, nie mówiąc o innych prawosławnych. Trzeba wiedzieć, że chrześcijańskiemu otwarciu Atenagorasa odpowiadało wtedy podobne po stronie rzymskokatolickiej: Paweł VI nie tylko współdokonał anulowania anatem: chcieli podobno nawet wspólnie sprawować Eucharystię, ale nie zgodziła się na to watykańska kuria, choć może również jej odpowiednik patriarchalny. Ten sam biskup Rzymu zdobył się jednak na gest niebywały: przed przedstawicielem następnego patriarchy ekumenicznego, Dimitriosa, metropolitą Melitonem, wręcz padł na kolana i ucałował jego stopy. Ale nawet w scentralizowanym Kościele papieskim pewne decyzje dojrzewać muszą bardzo powoli, cóż dopiero w mających strukturę synodalną Cerkwiach. Co zaś właśnie do struktur, to tamto eseistycznie wspomnienie Ziei kończy się taką grą obrazów:



Niebotyczna papieska iglica
„A opoka Piotrowa, na której Chrystus buduje swój Kościół, coraz bardziej daje się poznać światu nie jako samotna niebotyczna iglica skalista, na której zaledwie jeden człowiek oprzeć może swe stopy, ale jako miejsce przestronne, na którym wszyscy, których Duch Święty postawił, aby rządzili Kościołem Bożym, schodzą się razem w prawdzie i miłości, jako znaki widzialne jednego niepodzielnego Ciała Chrystusowego”. Czyli właśnie owa decentralizacja, kolegialność. Nieraz przeszkadza w rozwoju, hamuje zmiany, jak to było właśnie podobno wtedy w obu Rzymach, ale w ogóle jest eklezjalną koniecznością.
Clément wspomniał, że jego książkowy rozmówca powiedział kiedyś do niego: „Przystąpi pan jutro do Komunii. Jest pan o wiele godniejszy niż ja, ma pan szansę, że nie będzie patriarchą”. Czyli wybiera się na ten urząd nie zawsze najlepszych Niemniej następni konstantynopolscy zwierzchnicy podtrzymują tradycję otwarcia, a obecny, Bartłomiej I, przyjaźni się z Franciszkiem wyjątkowo serdecznie. Kiedy dojdzie do wspólnego Łamania Chleba, jednak nie wiemy, trzeba na to o wiele większej jedności w całym samym prawosławiu, gdzie stosunki Drugiego Rzymu z Trzecim są wyjątkowo chłodne. Długo oczekiwany Sobór Wszechprawosławny odbył się przecież bez Moskwy i paru innych patriarchatów, Bartłomiej musi się teraz bardzo hamować. Szczególnie że agresywny konserwatyzm prawosławny, grecki, rosyjski, przeraża.

O „rozwodnikach” zupełnie jak Franciszek
Tyle o ojcu Ziei jako rzeczniku jedności chrześcijaństwa, głównie o samej tej kwestii, ale to przecież notatnik tej sprawie poświęcony. Wrócę teraz do innej międzyludzkiej sprawy: rozłamów małżeńskich. W „Buncie Młodych Duchem” ukazały się w numerach 36- 41 po raz pierwszy w druku myśli ojca Ziei na różne tematy pastoralne, między innymi i tamtej tak dzisiaj dyskutowanej, szczególnie po adhortacji Franciszkowej „Amoris laetitia”. Otóż wiele lat temu, w sierpniu 1975 r. prorok polski myślał i czuł podobnie jak teraz papież. Napisał: „Tych, którzy na tę drogę [ślubów tylko cywilnych] wstępują, uważa się za publicznych grzeszników, nie dopuszcza się ich do Komunii świętej, choćby oni tego szczerze pragnęli, uznając swoją słabość, winę i grzeszność. Tak jest dziś. Czy może być inaczej? Na pewno nie, jeśli chodzi o samą zasadę nierozerwalności małżeństwa, ta bowiem jest z woli Bożej. I na pewno nie, jeżeli chodzi o samą zasadę prawa kościelnego. Ale może i powinien ulec zmianie stosunek sądów kościelnych i duszpasterzy do tych »publicznych grzeszników«”. Dalej parę przykładów sytuacji mogących być podstawą do stwierdzenia nieważności małżeństwa, a potem jeszcze coś znacznie więcej:
 „Duszpasterze zaś i spowiednicy nigdy nie powinni traktować konfesjonału jako organ wykonawczy sądów kościelnych, ale jako znak Miłosierdzia Bożego nad słabym, grzeszącym i nawracającym się człowiekiem. Nie ma grzechu, którego Bóg nie chciałby czy nie mógł przebaczyć, gdy grzesznik skruszony o to prosi. Nie ma sytuacji, w której by wobec Boga, ale po ludzku naprawić się nie dało. Niemożliwe wobec litery prawa może być możliwe wobec nieskończonego Miłosierdzia Bożego. A pokuty i zadośćuczynienia wobec Boga i ludzi może i trzeba dopełniać zawsze w ludzki sposób.”
Toż to dokładnie rozumowanie Franciszkowe – oraz prawosławne. Prawo to jeszcze nie wszystko! A księża żonaci, gdy zabraknie celibatariuszy, według Ziei też możliwi.



Mamony też ziemiańskiej nie znosił
Był poza tym arcyodważny w trosce o ubogich. Tak jak Franciszek walczył o Kościół niehandlowy. Nie napiszę o tym wiele, bo to sprawa szeroko znana: jego potępianie księżego zdzierstwa jest niemal legendarne. Nie spotkałem natomiast nigdzie informacji o jego rekolekcjach dla ziemian. Moja matka opowiedziała mi o nich kiedyś, że były bardzo mocne: poruszał sumienia „obszarników”, moich rodziców na przykład. Mamusia notowała je, zostawiła mi w spadku zeszyt z takim dokumentem historycznym, niestety fatalnie zaginął. Została mi natomiast informacja rodzinna, jak postąpił mój ojciec, gdy przyszedł na wsi kryzys, towary rolne staniały, tak że nie było czym płacić pracownikom w „gotówce”, poza samą przydzielaną żywnością. Niektórzy ziemianie czuli się w tym wyzysku usprawiedliwieni, ojciec jednak podjął pracę w jakiejś spółce w niedalekim Ostrowcu Świętokrzyskim, by ludziom dalej uczciwie płacić.

Po prostu prorok...
Teraz jeszcze dwa nietypowe wspomnienia. Franciszkanka służebnica Krzyża, siostra Rafaela Nałęcz opowiadała w KIK-u, że została wysłana przez jego kolegów z KOR-u, bo trzymał ich kasę, po jakąś z niej wypłatę. Wróciła z niczym: nauczony konspiracyjnej podejrzliwości, uznał ją za przebraną służebnicę SB. Wbrew pozorom świętą naiwnością nie grzeszył, raz się nawet pomylił. Chyba jednak prorokiem był, choć nie jasnowidzem.
I taki obrazek jako puenta. Odwiedziłem go w klasztorze sióstr urszulanek szarych na Powiślu któregoś dnia letniego. Pokoik malutki, upał potężny, gospodarz ze wspaniałą siwą brodą, ale w krótkich spodniach. Myślę, że była w tym jakaś stała niezależność myślowa tego człowieka: konwencje ubraniowe nie są najważniejsze. Styl życiowy proroka...

Jan Turnau
Autor jest publicystą „Gazety Wyborczej”