Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 61
W tym miesiącu: 849
W tym roku: 31290
Ogólnie: 211129

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Biskupa Rysia historia Kościoła

Autor: Jan Turnau
28-02-2017

Hierarcha to polski wszechstronny, bo i duszpastersko znakomity, w tym także ekumenicznie (książkową rozmowę z nim i dwoma biskupami innych wyznań tu referowałem), i dowcipem świeckim błyskający, i historii świetnie uczący.

Okulary całkiem bezbarwne
Nie, nie napisał podręcznika. Nie dokonał dziejów kościelnych opisania, jak kiedyś zrobił to ks. Józef Umiński w dwóch tomach, a jego dzieło miało kilka wydań, aż do roku 1960 co najmniej. Ale czasy się zmieniają i my w nich, ludzie Kościoła, niektórzy, patrzymy nań dzisiaj inaczej niż przed soborową rewolucją. Nie przez różowe okulary, jak tamten historyk. A taką optykę niełatwo upowszechniać w Polsce, gdzie przeważają poglądy, że Kościoła trzeba bronić, bo jest okropnie atakowany, nie wypominać mu dawnych grzechów, nie wiemy zresztą, czy rzeczywistych...
Biskup pomocniczy krakowski Grzegorz Ryś nie jest poza tym tylko uczonym. Drugą połową umysłu i serca pracuje jako szef episkopalnego zespołu dla nowej ewangelizacji: także klawiaturą komputera jako autor książek bardziej „pastoralnych” właśnie. A taki podręcznik na temat 20 wieków to kawał roboty. Nie ma dziś zresztą specjalistów od wszystkich epok, musiałoby to być dzieło zbiorowe. Wszelako pięćsetstronicowy „buch” pod tytułem „Jeden, święty, powszechny i apostolski. Spotkania z historią Kościoła” daje obraz tych dziejów ogólniejszy niż samego średniowiecza, którego biskup jest urzędowym znawcą, kierownikiem „odnośnej” katedry na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II. Albowiem wystarczy tutaj już sama owa optyka, której przykład dobitny daje. Zresztą nie tylko o czasach „średnich”, o dawniejszych oraz późniejszych także pisze. Bez wewnętrznej cenzury, bez przewidywania zewnętrznej, czyli krytyki odgórnej. I tu wnet cytat inicjalny fundamentalny.

Obiektywizm, ale miłosny
Zbioru artykułów historycznych biskupa Grzegorza Rysia dokonał dla Wydawnictwa „Znak” publicysta katolicki Maciej Müller. Teksty historyka poprzedził rozmową z nim i prawie na jej początku wywołał takie biskupie tłumaczenie: „Kościół nie może przebierać w swojej historii. Musi też wiedzieć, co powinien kontynuować, a za co przeprosić. W uprawianiu historii Kościoła nie chodzi o apologetykę: nie boimy się prawdy o sobie”. Niedługo będzie wyznanie, z którego wynika, że jednak niektórzy się boją, na razie jednak autor przypomina, że Kościół jest święty, bo boski, i grzeszny, bo ludzki i tak dalej, że pomijanie w jego dziejach „trudnych kart” (raczej brudnych?) czyni bezsilnymi katechetów, bo nie uczy ich odpowiadania na ostre pytania uczniów.
I teraz Maciej Müller (nie mylić z kardynałem od nauki wiary Gerhardem) prowokuje dalej: „Czy spotkał się Ksiądz Biskup z negatywną reakcją przełożonych i hierarchii kościelnej na swoje publikacje?“. Hierarcha kościelny pomocniczy wyznaje, że „zdarzało się. Trudne momenty przeżyłem w czasie pisania habilitacji o Janie Husie. Kilku biskupów w takich słowach odniosło się do moich badań, że przez trzy dni nie byłem w stanie napisać ani słowa. Już zamierzałem wszystkim rzucić, kiedy odwiedził mnie starszy brat. Opowiedziałem mu, co się stało. Spytał wtedy: „A czy ty masz jakieś poglądy? Bo jeśli tak, to nie możesz się wszystkim podobać”. Za te słowa jestem mu wdzięczny do dzisiaj.“ Historyk zacytował zdanie Jana Pawła II, że „w badaniach historycznych jest potrzebny obiektywizm właściwy miłości” i wytłumaczył, że papieżowi chodziło o coś takiego: „Jeśli kocham kogoś, kogo poznaję, to mam wobec niego zupełnie inne podejście niż w sytuacji, kiedy byłby mi obojętny”. Czyli chcę znać prawdę o nim.
Prawda o Kościele jest skomplikowana, nie zawsze taka, jaką widać w pracach skądinąd bardzo wybitnych historyków pozakościelnych. Ryś chwali na przykład profesora Jacquesa Le Goffa jako znawcę średniowiecza, ale zauważa u niego pomyłkę fundamentalną: czyściec to nie miejsce gdzieś, ale doświadczenie potrzebne człowiekowi do oczyszczenia, gdy staje przed Bogiem w wieczności. Historyk Kościoła musi znać się na teologii... Co nie znaczy, że ma mieszać fakty historyczne z takimi, jak zstąpienie Ducha w dzień Pięćdziesiątnicy: tego drugiego historyk nie dowiedzie swoim narzędziem.

Kiedy naprawdę dokonał się rozłam
Natomiast dowiedzie wielu kościelnych — by użyć wyrażenia z języka samokrytyki komunistycznej — „błędów i wypaczeń”. To jest notatnik ekumenisty, więc najpierw ta sprawa zresztą naprawdę priorytetowa. Teza historyka: rozłam chrześcijaństwa na Zachód i Wschód dokonał się nie w roku 1054, tylko dokładnie półtora wieku później. Było to potworne złupienie Konstantynopola podczas IV krucjaty. „Chrześcijanie łacinnicy wzięli szturmem najczcigodniejszą stolicę wschodniego chrześcijaństwa, mordując i gwałcąc, paląc domy i łupiąc pałace, profanując kościoły i okradając klasztory. W zdobytym mieście krzyżowcy wybrali spośród siebie nowego, łacińskiego cesarza, a następnie stworzona naprędce „kapituła katedralna” przy kościele Bożej Mądrości dokonała elekcji nowego łacińskiego patriarchy. (...) Z historycznego punktu widzenia wzajemne ekskomuniki z roku 1054 nie musiały w żadnym wypadku zdecydować o kresie widzialnej jedności całego Kościoła; takie napięcia i fakty zdarzały się przecież wcześniej i to nieraz! I za każdym razem — czasem po kilka, czasem po kilkunastu latach — wszystko wracało do normy. Gwoździem do trumny kościelnej jedności była tak naprawdę IV krucjata i to, jak próbował ją spożytkować ówczesny biskup Rzymu”. Chodzi tutaj o Innocentego III. Owszem, ten papież skądinąd wybitny zdecydował się na potępienie krzyżowców, ale 15 miesięcy po tych faktach i nie ze względu na Greków, nie chodziło mu o jakąkolwiek próbę rekoncyliacji. Szło o zaniechaną krucjatę. Krzyżowcy zadowolili się łupami, lennami i beneficjami, okazując wyraźnie wolę zakotwiczenia. Co gorsza, chrześcijanie z Palestyny, tak krzyżowcy jak i pielgrzymi, masowo przenoszą się do Konstantynopola. Pustoszejące gwałtownie posiadłości chrześcijan w Ziemi Świętej rychło padają łupem pogan. A dla tego papieża najważniejsze przecież są rządy w tym kraju chrześcijańskie.
Ale i w Konstantynopolu musi być właściwa liturgia. Należy ją zlatynizować. Bo jest z chlebem kwaszonym, przede wszystkim jednak z niewłaściwą doktryną na temat Ducha Świętego, a raczej całej Trójcy: chodziło o Filioque. Dla nas to dziś niepojęte, szczególnie, że sprawa została właściwie załatwiona: Jan Paweł II odprawił kiedyś mszę z Credo bez tego dodatku, ale tamto było przed wiekami. (Przypominam teologiczną formułę zgody: Duch pochodzi od Ojca, tak jak Syn jako źródło wszelkiego bytu, ale „tchnie” Go Syn).

Poganie, Żydzi i ci najgorsi
W średniowieczu w spojrzeniu na innowierców istniała hierarchia: najmniej winni poganie, bo o Chrystusie nie słyszeli, już bardziej Żydzi, a najgorsi są heretycy. Władza cesarska zawsze traktowała religię instrumentalnie jako spoiwo państwa. Konstantyn i jego następcy zachowywali się podobnie jak ich pogańscy poprzednicy, zmienili tylko ołtarze. Konstantyn ofiarował Kościołowi pomoc państwa z całym jego aparatem represji — w radzeniu sobie z odstępstwami od wiary, stosunkiem do pogan czy innowierców, np. Żydów. „Poczynaniom cesarza towarzyszyła refleksja ludzi Kościoła — najpierw krytyczna i ostrożna, potem coraz bardziej aprobująca i zachęcająca, nierzadko wypowiadana językiem brutalnym i zajadłym”.
Gdy chodzi o pogan, Kościół dość długo utrzymywał oficjalnie zasadę, że nikogo nie wolno chrzcić pod przymusem, ale przecież nawracano hurtem całe ludy. „Władza państwowa wyprzedzała kościelną: zakaz sprawowania jakiegokolwiek kultu pogańskiego pojawił się w latach osiemdziesiątych IV w. za panowania cesarza Teodozjusza”. Po 11 wiekach zjawia się jak wiadomo przesławny Paweł Włodkowic, odrzuca jako herezję ideę nawracania mieczem. Ale już w sprawie krucjat argumentuje dla nas dziwnie: są sprawiedliwe, gdyż celem ich jest odzyskanie chrześcijańskiej własności. W sprawie tolerancji wobec Żydów Włodkowic też już mniej błyska nowoczesnością: owszem, nie mogą być zmuszani do przyjęcia naszej wiary, ale jeśli ją przyjęli, nie wolno im wrócić do ich pierwotnej, bo to byłoby bluźnierstwo. Niemniej powiada, że Żydzi i Saraceni są naszymi braćmi. Powinienem też jednak odnotować informację, że wiekach średnich Episkopat polski był wobec Żydów znacznie mniej życzliwy: nakazywał ich ścisłą izolację.
Ale najgorsi są heretycy i schizmatycy. Zacytuję za biskupem Włodkowica: „Tacy bowiem są o wiele gorsi od Żydów i Saracenów, ponieważ tamci nie tyle szkodzą Kościołowi Bożemu, ile ci (...). Niewierność heretyków jest według Tomasza cięższym grzechem niż niewierność innych, gdyż heretycy, którzy wyznają wiarę Ewangelii, a psują ją, ciężej grzeszą niż Żydzi, którzy wiary nigdy nie przyjęli. Natomiast ci Żydzi, którzy przyjęli jej figurę w starym prawie, a psują ją źle interpretując, grzeszą ciężej niż poganie, którzy w żaden sposób nie przyjęli wiary ewangelicznej”. I tak rozumował wielki polski reformator myśli Włodkowic, ten, co walczył z Krzyżakami nawracającymi pogan ogniem i mieczem. Nic dziwnego, że przemoc potworna w on czas pięknie kwitła, była społeczną normalnością.

Horror doktrynalnej poprawności
Profesor Grzegorz Ryś napisał m.in. książkę o inkwizycji, są w tym zbiorze artykuły także o tej sprawie zaprawdę makabrycznej. Opisana, komentowana antykościelnie, apologetycznie oraz krytycznie przez katolików pełnych wstydu, tu też padają podobne, raczej mocniejsze słowa. W książce moich zakreśleń legion, na s. 352 właściwie cała strona, spróbuję trochę skracać i streszczać.
„I tu właśnie pojawiają się najważniejsze dla całego zagadnienia pytania: czy dla rzeczywistego zmierzenia się z prawdą wystarczy opisać działalność poszczególnych inkwizytorów — nawet najokrutniejszych, takich jak Torquemada czy Titelmans. Czy wystarczy skatalogować ich ofiary (...). Wyjaśniając przy tym detalicznie kontekst i wskazując na jeszcze bardziej drastyczne procesy w sądach świeckich lub innowierczych? Czy taki opis byłby próbą konkretyzowania odpowiedzialności czy raczej niebezpiecznym usiłowaniem jej zawężenia? Czy wystarczy powiedzieć za Janem Pawłem II, że Kościół — sam w sobie święty — nie uchyla się w solidarności ze swoimi grzesznymi synami? Czy Kościół jest winny swym grzesznym synom jedynie solidarność? Czy raczej także wyznanie współwiny i wyraźne określenie swego zakresu odpowiedzialności? Jest poza dyskusją, że każdy wyrok śmierci wykonany w wyniku inkwizycyjnego dochodzenia był zbrodnią, ale przecież nie doszłoby do niej, gdyby sama procedura i logika owych dochodzeń nie zostały wpierw legitymizowane i zracjonalizowane przez liderów Kościoła: papieży, biskupów i teologów.“ I dalej o rzeczach strasznych; o tym, jak wydawanie inkwizycyjnych wyroków śmierci pomagało w kościelnej karierze papieża Benedykta XII. Za czasów Pawła IV Święte Oficjum wydało ich aż piętnaście, ale jeszcze trudniej zrozumieć dekret, w którym papież udziela odpustu zupełnego każdemu z widzów rzymskiego stosu. Pius V skazał na śmierć największą liczbę włoskich protestantów (czterdziestu), a przecież jest jedynym z szesnastowiecznych papieży, który został ogłoszony świętym. „Albo kwestia tortur: na IV Soborze Laterańskim (1215) zakazano duchownym jakiegokolwiek udziału w czynnościach wiążących się z przelewaniem krwi. Aby jednak uchronić inkwizytorów od niebezpiecznego dyskomfortu sumienia, papieże — już w średniowieczu, ale także wielokrotnie w czasach nowożytnych — udzielali im pod tym względem stosownych dyspens.“

Struktury kościelne amoralne
„Grzeszni okazywali się nie tylko ludzie, ale także kościelne struktury: władzy, działania, myślenia, promocji itd. Chociaż zapewne mówienie o strukturach grzechu w świętym Kościele musi budzić w nim opór — znacznie większy niż przed przyznaniem się tylko do swoich grzesznych synów”. I dalej znowu pytanie biskupa polskiego: „Czym się wyraża prawdziwe poszanowanie wolności sumienia i wyznania: życzliwą tolerancją czy raczej otwarciem na prawdę, która zawsze — przez kogokolwiek powiedziana — pochodzi od Ducha Świętego? Chrystus jest Panem, Panem dziejów Kościoła — to prawda. W jakiej jednak mierze jego narzędziami byli w XVI wieku Paweł IV i Pius V, a w jakiej paleni przez nich na stosach męczennicy protestanccy?” Oraz puenta: „Grzech jest straszliwą rzeczywistością w życiu ludzi i wszystkich tworzonych przez nich rzeczywistości. Z całą siłą i konkretnością uświadamia nam to, że Chrystus umarł nie tylko za grzechy świata, ale przede wszystkich za grzechy tworzonego przez nas Kościoła, i że to my (a nie tylko łatwo recenzowany przez nas świat) — w całej naszej nędzy — potrzebujemy odkupienia”.
W dziele biskupa polskiego jest też tekst pod tytułem: „Grzech w Kościele czy grzech Kościoła”. Kwestia niemłoda, zauważę sam, że poniekąd rozstrzygnięta przez Sobór Watykański II, który powiedział o Kościele, że „jest święty i potrzebujący stale oczyszczenia”. Biskup zajmuje się jednak nie tyle szukaniem formuły, ile przedstawieniem przykładu czegoś, co się nazywa „strukturą grzechu”. A było to mianowicie... Państwo Kościelne. Autor rozumie oczywiście, że jest to przykład takiej struktury mniej oczywisty niż inkwizycja. Podaje jednak kryterium oceny pochodzące od Jana Pawła II: prawdziwe poczucie dobra wspólnego. Otóż jest ono zmienne, uwarunkowane historycznie. W czasach papieży Gelazego i Grzegorza było inne niż za pontyfikatu Piusa IX. Wszystkie stworzone przez człowieka struktury wymagają krytycznej refleksji, rozwoju i korektur. Bo przecież nie chodzi o dobro struktur, tylko dobro wspólne. „Nieszczęsna darowizna” — mówił o Państwie Kościelnym Dante, a współczesny kardynał Hans Urs von Balthasar, że to „puszka Pandory”. „Cóż, kiedy jego relikty trwają po dzień dzisiejszy” — napisał też Grzegorz Ryś.
Wydobyłem z megatomu mozolnie to, co jest o Kościele niedobre nie dlatego, że go nie kocham. Po prostu zgadzam się z autorem, że ciemnych kart nie należy zasłaniać. Raczej odsłaniać, bo najlepszą obroną przed oskarżeniem o grzech jest przyznanie się do winy. Oczywiście jeżeli jest historycznym faktem.

Kontrapunkt
Niemniej na koniec coś o cnotach, nie o grzechach przeszłości. Są w książce liczne sylwetki ludzi Kościoła będących jego chlubą. Włodkowic, ale i inny myśliciel tamtoczesny Mateusz z Krakowa (mieliśmy wtedy teologów znakomitych!), św. Jan Kanty, postać z tych czasów piękna, polska również, księżna Kinga, kronikarz Kadłubek, pozapolscy św. Benedykt z Nursji, św. Patryk. Oczywiście ks. Jan Kracik, autora arcymistrz! Nade wszystko jednak nasza arcypara: Jagiełło i Jadwiga. Król nie tylko wbrew plotkom pewnie się jednak sam mył, ale i był człowiekiem świętym. Według biskupa Rysia powinien być kanonizowany wraz z Jadwigą. W Wielki Czwartek mył dwunastu biedakom nogi — potajemnie, nie chwalił się taką pokorą, a po bitwie pod Koronowem polecił jeńcom krzyżackim usiąść za stołem, a polskim rycerzom usługiwać im przy wieczerzy. A Jadwiga była nie tylko piękna (może wręcz wysoka) i oczywiście święta, ale i odważnie krytyczna wobec władzy kościelnej rzymskiej: jej wysłannicy panoszyli się u nas wyciskając mamonę, ekskomunikami rzucając. Kościół święty, święcie samokrytyczny. Alleluja!
 
Jan Turnau
 Autor jest publicystą „Gazety Wyborczej”

Recenzowana książka: bp Grzegorz Ryś, „Jeden święty, powszechny apostolski. Spotkania z historią Kościoła”, Wyd. Znak, Kraków 2016.
----