Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 113
W tym miesiącu: 204
W tym roku: 14883
Ogólnie: 295781

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Kilka uwag o relacjach polsko-ukraińskich

Autor: Jacek Giebułtowicz
09-03-2017

Na początku roku nieznani sprawcy zniszczyli polski pomnik w Hucie Pieniackiej niedaleko Brodów na Ukrainie. Takie prowokacje nie są niczym nowym w historii naszych doświadczeń ze wschodnim imperium. W czasach zaborów na tablicy szkolnej jednego z wileńskich gimnazjów pojawił się napis: „Vivat Konstytucia smierc dispotam!” Oczywiście nikt z nauczycieli i uczniów nie nabrał się na hasło napisane tak złą polszczyzną. Ale carska policja natychmiast przeprowadziła aresztowania i zdusiła „spisek” w zarodku.
Tym, którzy przed paroma tygodniami wysadzili kamienny krzyż w Hucie Pieniackiej, a na dwóch bocznych tablicach pomnika wymalowali niebiesko-żółtą flagę Ukrainy, czerwoną-czarną banderę UPA i błyskawice SS zależało, żeby Ukraińcom przypisać wszystkie najpaskudniejsze winy: zbrodni, nacjonalizmu i barbarzyństwa. Szybko i jednoznacznie na ten incydent zareagowali Polacy na Ukrainie: „My, Związek Polaków Ukrainy, podajemy w wątpliwość udział Ukraińców w zrujnowaniu pomnika w Hucie Pieniackiej. Żadne z sił istniejących na Ukrainie nie identyfikują się z nazistowskimi symbolami SS namalowanymi na zbezczeszczonym pomniku. Naród ukraiński i polski doświadczyły 50-letniej okupacji władzy bolszewickiej i radzieckiej i nie mają w zwyczaju niszczenia krzyży, które zawsze były znakiem jedności Wschodu i Zachodu, Polaków i Ukraińców. Żaden rozsądny człowiek nie uwierzy w to, że Polak, czy Ukrainiec mógłby podnieść rękę, by dokonać takiego wandalizmu, co więcej – w okresie świąt Bożego Narodzenia”.
Niestety argumenty zdroworozsądkowe tu nie działają. Malunki na zdewastowanym pomniku świetnie pasują do starego sowieckiego schematu propagandowego, a przy tym mają formę bardzo czytelnego ideogramu (Ukraińcy = banderowcy = faszyści), który doskonale można pokazać w wieczornych „Wremiach”. Obawiam się, że takie „równanie” trafia również do przekonania wielu Polakom, zwłaszcza niedługo po premierze w naszych kinach wstrząsającego filmu „Wołyń”.
W krótkim czasie po Hucie Pieniackiej, podobnej dewastacji dokonano na grobach ofiar zbrodni katyńskiej w Bykowni (obecnie dzielnica Kijowa) i możemy już poważnie obawiać się o bezpieczeństwo Kwater Orląt Lwowskich. Nietrudno przewidzieć, jaką reakcje w Polsce spowodowałaby profanacja Cmentarza Łyczakowskiego.
Niewielkie zainteresowanie polskiej opinii publicznej, za to duży rozgłos na Ukrainie wywoływało niszczenie pomników upamiętniających ukraińskie ofiary Akcji „Wisła”, a takie incydenty w poprzednich latach seryjnie zdarzały się na południowym wschodzie Polski.
Całkiem niedawno na murze Konsulatu Generalnego RP we Lwowie ktoś napisał farbą: „nasza ziemlja”. Czy to nie efekt absurdalnych plotek o tym, że jeśli Rosjanie otwarcie zaatakują Ukrainę, Polacy natychmiast wkroczą i zabiorą Lwów?
Ukraińcy nie lubią, gdy im się przypomina, dokąd sięgały historyczne granice Rzeczypospolitej. W dobrym tonie jest tam mówić, że Hałyczyna (dawne Księstwo Halickie, od którego powstała nazwa Galicja) należała do Austro-Węgier, ale nie… że do Polski.
Nas słusznie oburza kult, jakim publicznie otaczany jest na Ukrainie Stepan Bandera, OUN i UPA. Ale i w naszych ocenach jest dużo podsycanej plotkami histerii. Niedawno słyszałem z ust szacownej pani profesor z Rzeszowa o tym, że przedstawiciele mniejszości ukraińskiej w Przemyślu na swoich zebraniach śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła, ale prędko zginie... “.
Świadomość, że tak często poddawani jesteśmy manipulacjom, powinna mobilizować polityków z Warszawy i Kijowa do wielkiej rozwagi zarówno w mowie jak i w czynach.

Czy Ukraińcy rozliczą się z własną historią?
Jakbyśmy nie naciskali, Ukraińcy prędko nie zmienią swojej polityki historycznej. Prowadzą wojnę z separatystami, za którymi stoi potężna Rosja. Znajdują się pod ogromną presją nie tylko militarną, ale przede wszystkim propagandową i polityczną. Banderowcy to ich bohaterowie walki o niepodległość przeciwko sowieckiemu imperium i z nimi utożsamia się wielu młodych ochotników, którzy idą na front. Chyba już zobojętnieliśmy na wieści z Donbasu, dlatego warto przypomnieć, jakie wielkie straty ponosi w tym konflikcie Ukraina: ponad 9 tysięcy zabitych i 21 tysięcy rannych (to dane ONZ z marca 2016 r.).
Ciekawe badanie statystyczne opublikował wydawany w Iwano-Frankowsku polski dwutygodnik „Kurier Galicyjski”. Okazuje się że postać Stepana Bandery pozytywnie ocenia 35% Ukraińców, zaś negatywnie – 46% (więcej danych na str. 17 „Buntu...”). Oczywiście warto by wiedzieć, jak głosy te rozkładają się na mapie Ukrainy (muszą być duże różnice między zachodem a wschodem), ale „poparcie” dla banderowców jest zaskakująco niskie. Jak to zwykle jednak bywa mniejszość, czyli apologeci Bandery są bardzo aktywni, dobrze zorganizowani i skuteczni w narzucaniu swojego stanowiska większości.
Prezes Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej prof. Wołodymyr Wiatrowycz ogłosił ostatnio: „Nie wyrzekniemy się pamięci o UPA” i zapowiedział wielką wewnątrzukraińską kampanię informacyjną z okazji
75. rocznicy utworzenia tej formacji. Wprawdzie w planach UIPN jest również debata o stosunku UPA do mniejszości narodowych, ale można mieć wątpliwości, czy obecny klimat polityczny na Ukrainie sprzyjać będzie inicjowaniu narodowego rachunku sumienia.

Aby lepiej zrozumieć Ukraińców powinniśmy sobie przypomnieć, jaką traumę przeżywaliśmy po publikacji książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi”, gdy ukazywały się z naszej zbiorowej (nie)pamięci różne przewiny Polaków wobec żydowskich współobywateli. Jak bolał nas każdy przypadek pogromu i jak czepialiśmy się lichych usprawiedliwień, że tak naprawdę winowajcami nie jesteśmy my, tylko Niemcy, albo kierowane przez Żydów UB. Ale jakoś udało się nam przebrnąć przez ten temat i pewnych spraw już się publicznie nie kwestionuje.
I chociaż ogłoszono przed rokiem, że kończymy w Polsce z „pedagogiką wstydu”, to przecież inicjatorzy nowej „dumnej” polityki historycznej korzystają – chcąc nie chcąc – z dokonań swoich poprzedników, którzy już za nich tę „wstydliwą robotę” odwalili. Obecna minister Edukacji Narodowej potrzebowała wprawdzie kilku dni do namysłu, ale w końcu przyznała, że sprawcami zbrodni w Jedwabnem byli Polacy; podobnie — z wahaniem, ale twierdząco — o pogromie kieleckim wypowiedział się protegowany przez partię rządzącą kandydat na prezesa IPN-u. Goszczący w Izraelu prezydent Andrzej Duda mógł ostatnio bez obaw powiedzieć: „Jak w każdym narodzie, wśród Polaków byli ludzie zacni, którzy ratowali Żydów w czasie II wojny światowej, ale byli też ludzie podli”. I wypowiedź ta nie wywołała żadnej u nas kontrowersji. Inaczej niż słowa prof. Władysława Bartoszewskiego, gdy ten w 1995 r., również w Izraelu, nazwał polskich antysemitów „ciemnotą, która dobrze czytać i pisać nie umie”.
Analogie polsko-żydowskie pozwalają nam zrozumieć w jak trudnej — dużo trudniejszej niż my: raz, ze względu na skalę Rzezi Wołyńskiej; dwa, na wielkie poczucie krzywd własnych i osamotnienia — sytuacji znajdują się Ukraińcy.
Na Ukrainie maleje odsetek zwolenników integracji z Unia Europejską. Można przyjąć za pewnik, że rozliczenia z historią nastąpią tam tylko wtedy, gdy Ukraińcy będą mogli i chcieli utrzymać tzw. kurs zachodni. W przeciwnym wypadku sprawa jest beznadziejna – na wschodzie nie ma takich obyczajów, czego najlepszym przykładem jest oczywiście Rosja. Czyli paradoksalnie, my Polacy możemy wpływać na Ukraińców tylko łagodnymi środkami tj. okazując im solidarność i wsparcie, a nie rugając i warunkując naszą pomoc ich gotowością do ekspiacji.
Powtórzę jeszcze raz: oburzają nas i budzą przerażenie wielkie manifestacje ku czci Bandery i OUN-UPA pod czerwono-czarnymi sztandarami, które odbywają się w Kijowie i innych miastach Ukrainy. Nie ma wątpliwości, że te organizacje, ich liderzy, dowódcy, żołnierze i cywilni pomocnicy ponoszą odpowiedzialność za masowe zbrodnie dokonywane na Polakach.
Ale jak w takim razie oceniać coraz modniejsze w Polsce marsze narodowców ze szturmówkami, racami i głośnym złorzeczeniem na zdrajców Ojczyzny organizowane na cześć partyzanckich watażków w rodzaju „Burego” czy „Ognia” ze ślepą wiarą, że walka z „komuną” i śmierć poniesiona w tej walce czynią tych „wyklętych” bohaterami bez skazy. Czy to wygląda lepiej?

Co powinniśmy robić?
Redukowanie wielowiekowych stosunków polsko-ukraińskich do Rzezi Wołyńskiej i banderowców jest wielkim błędem. A przecież nawet na tragiczne wydarzenia ostatniej wojny można spojrzeć z innej perspektywy. W tym pomaga świetna książka Witolda Szabłowskiego „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia” (Kraków 2016) z wymownym mottem na okładce „Gdy jedni mordują, drudzy rzucają się, by ratować”. To wielowątkowy reportaż, który dostarcza nam wiedzę przejmującą i zaskakującą. Poznajemy np. dzieje Hani, uratowanej przez małżeństwo Kateriny i Fedora Bojmistruków, a tak naprawdę zawdzięczającej ocalenie całej ukraińskiej wiosce Kaszówka, bo wszyscy mieszkańcy podejmowali decyzję o losie polskiej dziewczynki wiedząc, że gdyby banderowcy odkryli prawdę, niechybnie czekałaby ich zagłada. Wiele informacji niezbyt pasuje do naszych wyobrażeń, np. że Polakom na Wołyniu często pomagali miejscowi komuniści, którzy banderowców nie popierali, za to mieli kontakty z sowiecką partyzantką. Są też relacje z ukraińskich wsi, które ucierpiały w polskich akcjach odwetowych i trudno odmówić ich mieszkańcom prawa do posiadania własnej wersji tamtych wydarzeń.
Pamięć o Ukraińcach ratujących Polaków powinna być przez nas troskliwie zachowywana. Dobrze, że IPN wydał „Kresową Księgę Sprawiedliwych” (Warszawa 2007), a prezydent Andrzej Duda w grudniu 2016 r. ustanowił Krzyż Wschodni, którym odznaczani będą sprawiedliwi niosący ratunek osobom narodowości polskiej na terenach byłego ZSRR. Byle z tym nie zwlekać!
Znakomitą pracę wykonuje wspomniany już przeze mnie „Kurier Galicyjski”. To nie jest jakieś pisemko dla miłośników Kresów, ale poważna opiniotwórcza gazeta, która rzeczowo przedstawia Ukraińcom polski punkt widzenia; relacjonuje, ale też aranżuje wydarzenia kulturalne, naukowe i biznesowe oraz otwiera swoje łamy dla przyjaznych Polsce intelektualistów ukraińskich (np. dla prof. Wasyla Rasewycza, który ma odwagę krytycznie odnosić się do wielu aspektów polityki historycznej swojego państwa). Dobrze, że MSZ i opiekujący się Polakami za granicą Senat RP dopomagają istnieć tak pożytecznym wydawnictwom.

„Bunt Młodych Duchem” ma też swój mały wkład w kultywowanie dobrych relacji między oboma narodami. To jedno z najważniejszych zadań, które przed 15 laty postawił przed nami nasz naczelny prof. Zbigniew T. Wierzbicki, inspirując się myślą Jerzego Giedroycia. Dzięki stałej współpracy z bardzo zasłużonym przedstawicielem mniejszości ukraińskiej w Polsce, historykiem i publicystą śp. Antonim Serednickim mogliśmy zaprezentować naszym czytelników całą plejadę Ukraińców zasłużonych dla polskiej kultury, nauki czy wojskowości. To niezwykle pożyteczne dzieło kontynuuje obecnie, piszący do nas ze Lwowa, jego syn red. Jarosław Serednicki.


Jacek Giebułtowicz