Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 7
W tym miesiącu: 8750
W tym roku: 25659
Ogólnie: 205498

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Uzdrowisko Pohulanka nad Dźwiną

Autor: Dorota Giebultowicz
10-05-2017

„Pohulanka miała w sobie niezachwianą łagodność sosen, piasków, wody i wrzosów. Na niskich łąkach Tatarzy paśli ogromne stada klaczy, z których mleka robiono dla suchotników zbawczy kumys. Nie miałam jednak wówczas serca nawet do Pohulanki. Wabił mnie gwizd pociągów, byle dalej od domu, od przymusu, od wszelkich «uczuć»” – pisała w „Niespiesznych wynurzeniach” (wyd. 1958 r.) Kazimiera Iłłakowiczówna.  
Poetka osierocona w dzieciństwie przez matkę (swojego ojca Klemensa Zana, zmarłego przed jej urodzeniem nie mogła znać) została wychowana przez arystokratkę Zofię z Platerów Buynową. Dla przybranej matki, która nie miała własnych dzieci, odejście z domu wychowanki było trudnym momentem, ale jak wspomina Iłła, matka wręczając jej paszport „pasujący na samodzielność” nie płakała. A w dniu jej urodzin, obchodzonych w Pohulance 6 sierpnia: ...„Rano znalazłam obok mego nakrycia na werandzie willi olbrzymi stos kwiatów, nieprawdopodobną ilość goździków, astrów i gladiolusów. Osłupiałam...
– Dla mnie?! Od kogo?!
Miss Wynne, nie odwracając ku mnie głowy znad książki, objaśniła: – Od mamy.
– Ale przecież w Pohulance nie ma takich kwiatów.
– Przywieźli z Liksny.
– Dla mnie?!
– Dla ciebie.
A samego wyjazdu ani pożegnania nawet nie pamiętam. Jakże mogłam później mieć za złe czyjąkolwiek twardość serca?!” – pisze poetka.
Takie dramaty pożegnań rozgrywały się na werandach dziś zamkniętych na głucho willi Pohulanki.
***
Uzdrowisko Pohulanka nad Dźwiną
Pierwsze skojarzenie związane z nazwą „Pohulanka”, jakie się nasuwa, to Teatr na Pohulance w Wilnie. Ale miejsca czy dzielnice o tej nazwie istniały także w innych miastach dawnej Rzeczypospolitej. Miał swoją Pohulankę Lwów, miał też Dyneburg leżący w dawnych Inflantach Polskich nad rzeką Dźwiną.
Napoleon Rouba w swoim przewodniku tak pisał o tej północno-wschodniej Pohulance:
„Prześliczny folwark nad rzeką Dźwiną o 7 wiorst od Dyneburga (Dźwińska), własność Zyberk-Platerów z Krasławia, w pow. dyneburskim guberni witebskiej. Obecnie jest murowany zakład kąpielowy i uzdrowisko z wszelkim komfortem i wygodami urządzone. Zakład kumysowy. Mnóstwo prześlicznych zakątków spacerowych w borach sosnowych i na brzegu Dźwiny.”
(Napoleon Rouba, „Przewodnik po Litwie i Białejrusi”, Wilno, 1909 r.).
Miejscowość miała dogodne położenie także pod względem komunikacyjnym: leżała przy zbiegu dwóch dróg żelaznych w Dyneburgu: Warszawsko-Petersburskiej i Rysko-Orłowskiej. Z samego Dyneburga, jak mówiono też z rosyjska Dźwińska (obecnie łot. Daugavpils), dojeżdżało się tutaj także statkami parowymi — linia została uruchomiona przez właścicieli — Platerów.
Miejsce na uzdrowisko było dobrze wybrane: położone na wysokim brzegu rzeki Dźwiny (łot. Daugavy) wśród lasów sosnowych. W pobliżu atrakcję stanowiły także jeziora, a właściwie cała „seria jezior”, jak pisała Iłłakowiczówna w „Niespiesznych wynurzeniach”:
„Inna seria jezior ciągnęła się nieco niżej nad Dźwiną pomiędzy Liksną a Pohulanką — pierwsze z nich tuż przy torze kolejowym. Widziało się je zaraz na początku wielkich Iiksnieńskich lasów miękko usłane w kotlince tak świeżej i łagodnej, jakby nie bywała nigdy deptana przez tysiące dyneburskich letników.
Od razu z pociągu widać było, jak się zapowiadają poziomki i czernice w tym roku, jaki będzie porost paproci i wrzosów, bo wszystkiego bywało po trochę przy torze pomiędzy pociągiem a jeziorkiem. To następne leżało bagniste, pełne lilii, trzcin, ajeru i wszelakiego zielska wodnego. Nie można było dojść do brzegów inaczej, jak po długich deskach rzuconych rzędem na szeroką zieloną przestrzeń.
 (...) Ajer — to jest po tamtejszemu, po naszemu, tatarak. Ajer, którym u nas posypywano drobno ciętym izby, który stał na Zielone Świątki pękami po wszystkich kątach. Ajer, mający wewnątrz miękkie jasnozielone pasemko, które jadło się z takim smakiem... Na ajerze można było nawet gwizdać. Bahun pachniał dusznością i kadzidłem. Pijanice bywały szare, podobne do czernic, ale miały w środku białe mięso.
Torf, torf, torf słał się wszędzie na mile daleko i na pewno na mile głęboko! Torf palił się całymi latami, przez wszystkie pory roku snując pasmami po okolicy wątły a przenikliwy zapach dymu, niepodobny do niczego innego, zapadający głęboko w pamięć.”
(„Niewczesne wynurzenia”, wyd. 1958 r.)

Uzdrowisko w Pohulance zostało założone przez hrabiego Jana Kazimierza Plater-Zyberka na początku lat 80. XIX wieku. Ta gałąź Platerów gospodarowała w pobliskiej Liksnie, leżącej ok. 11 km dalej, w górę rzeki Dźwiny. W Liksnie przedsiębiorczy Platerowie pobudowali także fabrykę igieł. Siostrą Jana Kazimierza była Zofia z Platerów Buynowa, przybrana matka poetki Kazimiery Iłłakowiczówny.

Z Platerami, a przez to i z Pohulanką związane są młodzieńcze lata poetki i osobistej sekretarki (od 1926 do 1935 r.) marszałka Józefa Piłsudskiego.

 

Dwie matki Kazimiery Iłłakowiczówny

Kazimiera była nieślubnym dzieckiem adwokata wileńskiego Klemensa Zana, najstarszego syna Tomasza Zana „Promienistego” i Barbary Iłłakowiczówny. Urodziła się w sierpniu 1889, już po tragicznej śmierci swojego ojca, który został zastrzelony w pociągu w marcu tego roku:
„Z nim to znów była inna wileńska smutna historia. Kiedy ja się urodziłam, on już od miesiąca nie żył. Pod Wilnem są tak wysokie góry, że dojazd koleją do miasta wypada przez tunel. Otóż do tego tunelu wjechał mój ojciec żywy i zdrów, w pełni sił swoich trzydziestu ośmiu lat, a w Wilnie na dworcu znaleziono go w przedziale nieżywego. Był zastrzelony. Rewolwer leżał obok. Nikt nigdy nie dowiedział się, co i jak się stało.” („Trazymeński zając”, wyd. 1968).
Ten tragiczny wypadek miał miejsce w marcu 1889 r. Nawet niezbyt wnikliwy czytelnik wyłapie nieścisłość: poetka urodziła się w sierpniu, a więc nie miesiąc po zabójstwie ojca. Ale Iłłakowiczówna traktowała datę swoich urodzin niefrasobliwie, podając nawet rok bardzo różnie — od 1888 do 1892: „metryka moja była czymś tak niepewnym, że bez skrupułów dodawałam sobie raz po raz lat, a kiedy indziej znów odejmowałam” — wyznaje rozbrajająco szczerze w „Trazymeńskim zającu”.
W tym samym tomiku wspomnień tak pisze o matce: „Kiedy byłam maleńka, tak mała, że się z tego wieku zwykle nic nie pamięta, mieszkałam z matką moją Barbarą i starszą siostrą w Wilnie. Mama była bardzo niezamożna, dawała lekcje, i z tego żyłyśmy we trzy ze starą niańką Kazimierzową. Matka nasza umiała po francusku, po niemiecku, po rosyjsku, po łacinie i po grecku. Dawała także lekcje muzyki i śpiewu. Pozostała na zawsze młoda, bo kiedy umarła, miała lat dwadzieścia osiem.”
 
Początkowo dziewczynki tułały się po krewnych: „Przywieziono mnie, linijką z Krasławia od pani Żabiny, u której zmarła matka moja Barbara była kiedyś nauczycielką domową. A do pani Żabiny dostałam się od wujostwa ze Śniegów... Do nich zaś przedtem spadłam od wuja i wujenki, u których miałam się wychowywać w Dyneburgu po śmierci matki mojej Barbary w Śniegach. Nie było tam żadnego wychowania i płakałam całymi dniami, zaniedbana i zawszona, pod opieką dwóch dzieńszczyków (rosyjskich ordynansów), więc zabrano mnie z powrotem do Śniegów. Tymczasem u pani Żabiny cały czas leżała moja fotografia. Tę fotografię zobaczyła nowa moja matka, Zofia, i postanowiła mnie wziąć do siebie”.

Pierwsze spotkanie z przybraną matką miało miejsce w majątku Platerów w Baltynie koło Krasławia. Kazia miała wtedy około czterech lat: „Misia zawiozła [mnie] bułanym koniem, Waśką, do nowej matki, Zofii. Baltyn leży dziś na Łotwie Sowieckiej, wtedy leżał w guberni witebskiej. Ganek był obszerny, opleciony dzikim winem. Matka moja Zofia siedziała przy herbacie, na ganku, za niskim, koszykarsko plecionym stolikiem, kiedyśmy zajechały. Miała białe włosy i jedno pasmo ciemnorudych pośrodku, patrzyła na mnie bez uśmiechu.”
Ale dziewczynka bardzo szybko pokochała swoją nową matkę: „miłość zaczęła się między nami od razu, nie pamiętam takiej chwili, żeby jej we mnie czy koło mnie brakowało.”  Później we wspomnieniach pisała o niej zawsze: „matka moja Zofia”.
W książce „Niespieszne wynurzenia”  Iłłakowiczówna wspomina: „Ale gdziekolwiek sypiałam w tym Baltynie, którego nazwa sama stała się dla mnie symbolem lat dziecięcych, wszędzie pochylała się nade mną troska i najtkliwsza opieka matki mojej Zofii”.
 Później przyszedł okres młodzieńczego buntu, gdy Kazimiera zapragnęła niezależności i postanowiła wyjechać do Petersburga, aby tam zdawać egzamin dojrzałości: „odeszłam z jedynego domu, jaki kiedykolwiek na świecie chciał być moim, od jedynego serca, przy którym znalazłam całkowite zaspokojenie”. To odejście odbyło się właśnie nie z domu, ale wprost z uzdrowiska w Pohulance. Rzeczy przysłano jej później w dużym kufrze do stolicy imperium.
Dopiero po latach zrozumiała, jak wielkim ciosem była jej decyzja dla przybranej mamy: „Ileż łez, o Boże, ileż przeszlochanych nocy wśród wyrzutów sumienia, które dopadły mnie kiedyś wreszcie w parę lat później, jeszcze niedorostka na ziemi angielskiej! I co za powrót stamtąd do łoża śmierci — jakże znowu rozpaczliwie, beznadziejnie kochanej, jedynej na świecie, najlepszej, tej jednej wszystko rozumiejącej... Jakiż potem z jej trumną powrót nad Dźwinę...” Zofia Buynowa, zmarła w Le Paquier w Szwajcarii w wieku 62 lat i została pochowana na cmentarzu w Liksnie.


Rozwój uzdrowiska
Na początku lat 80. XIX wieku hrabia Jan Plater-Zyberk zaczął budować kurort na wysokim brzegu rzeki Dźwiny. Budowę zakończono latem 1883 r. i zaczęto przyjmować pierwszych gości. Najważniejszym obiektem o ciekawej architekturze była wodolecznica, która z przerwami działała do drugiej wojny światowej. Przeznaczona była głównie do leczenia chorób układu nerwowego. Leczono tu kąpielami siarkowymi, „sosnowymi”, biczami wodnymi o zmiennej temperaturze wody — „Szarko” (od nazwiska francuskiego neurologa Jeana Martina Charcota), masażem wibracyjnym i innymi zabiegami.
Uzdrowisko Platerów funkcjonowało znakomicie przez ponad 30 lat. Wokół uzdrowiska powstał obszerny park, pobudowano wiele willi letniskowych. W sanatorium hodowano 90 kobył dla produkowania uważanego za leczniczy — kumysu, sfermentowanego kobylego mleka.
Pohulanka słynęła także z kliniki ocznej zorganizowanej na 30 pacjentów, prowadzonej do pierwszej wojny przez wybitnego okulistę dr. Kazimierza Noiszewskiego (1859-1930). Był on synem powstańca z 1863 r.; dzieciństwo spędził w głębi Rosji, w Tule, a później kształcił się i zdobywał praktykę lekarską — w Moskwie, Krakowie, Wiedniu i Paryżu. Był lekarzem, cenionym nie tylko na wschodzie, ale i na zachodzie Europy; znane były także szeroko jego specjalistyczne publikacje. W 1900 r. uzyskał doktorat z medycyny w Petersburskiej Akademii Wojskowej. W dwudziestoleciu międzywojennym był profesorem Uniwersytetu Wileńskiego (objął tam katedrę okulistyki jako profesor zwyczajny) i Warszawskiego, prowadził jeden z najlepszych Zakładów Medycyny Oka w Warszawie, pracował w Ministerstwie Zdrowia. Założył Towarzystwo Okulistów Polskich.


Pohulanka po wojnie
Po II wojnie trafiali tu chorzy na gruźlicę. Jeszcze w latach 50. sanatorium zatrudniało 120 pracowników, leczono pacjentów z problemami krążenia, stosując także jak za czasów Platerów wodolecznictwo. Pobudowano tereny sportowe. Ostatnich pacjentów przyjęto tu na początku lat 90. XX w. Uzdrowisko zamknięto 1 czerwca 1991 r.
Dziś główny teren uzdrowiska można oglądać z daleka przez metalowe ogrodzenie lub z drugiego brzegu rzeki; większość willi tonie w chaszczach, inne zostały przerobione na domy mieszkalne, oszpecone przybudówkami. Teren głównego uzdrowiska został sprywatyzowany i nie wiadomo, jakie będą jego dalsze losy. Tylko piaszczyste zejście nad rzekę Dźwinę  zostało jakby nietknięte przez czas.
Dorota Giebułtowicz

Na zdjęciu jedna z opuszczonych willi w Pohulance (obecna nazwa Mezciems) nad Dźwiną (Łotwa).