Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 40
W tym miesiącu: 1088
W tym roku: 34608
Ogólnie: 344901

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Czas trwogi, przerażenia i strachu 1939 – 1945, część XI ostatnia

Autor: admin
07-03-2014


Losy wojenne Genowefy Likowskiej z domu Ochnik
Nowy tytuł Szkoły i mój awans
Była już wiosna 1944 r. Szkołę oficerów polityczno-wychowawczych (na takie określenie zmieniono poprzednie „oficerów oświatowych”, a ja pozostałam nadal bezpartyjna, aż do końca życia!) ukończyłam ze stopniem podporucznika, co wynikało z faktu, że otrzymałam drugą lokatę. Poza tym świetnie strzelałam, nauczyłam się perfekcyjnego już składania tego skomplikowanego zamka ckm Maxim, umiałam wydawać komendy. Nie byłam dobra w walce na bagnety i z tego miałam trójkę, ale też i ta umiejętność miała niewielkie znaczenie w realnym boju. Ale potem tak się ułożyły moje losy w wojsku, że nigdy nie nosiłam broni i nie strzelałam. Usiłowano mnie namawiać, abym jako oficer nosiła ten swój przydziałowy rewolwer Nagan, ale ja nawet go nie wyfasowałam i zawsze odpowiadałam, że przecież ja pierwsza nie wyciągnę broni nawet w obliczu zagrożenia, więc po co mam nosić kilo żelastwa u boku?
Po paru miesiącach tej szkoły opanowałam odpowiednią frazeologię „oświatową” i „wychowawczą”, nauczyłam się nią posługiwać, nie burząc swoich własnych przekonań patriotycznych i innych. Przychodziło mi to o tyle łatwo, że w czasie pracy w Delegaturze w Akmolińsku zajęła się mną, młodą dziewczyną, pani Pilichowska, prawnik i znana przed wojną socjalistka. Prowadziła ze mną rozmowy znacznie wykraczające tematyką i horyzontami poza wiedzę wyniesioną przeze mnie ze szkoły średniej.
Nauka w tej szkole była o tyle łatwiejsza, że już wyraźnie było widać, że droga I Armii wiedzie jednak na zachód, do Polski, a nie do Kazachstanu. Akceptacja mundurów, które nam nałożono, dla nas wszystkich wynikała właśnie z tej okoliczności. Generał Berling miał być tym, który wywiedzie nas z sowieckiej niewoli. Wrażenie swojskości potęgowały wspomniane liczne hasła patriotyczne umieszczane na ziemiankach, w stylu „Idziemy do Ciebie – Ziemio Matko Nasza!” itp. Rano w szykach zwartych na apelu obowiązkowo wojsko śpiewało „Kiedy ranne wstają zorze”, a wieczorem dzień żegnaliśmy pieśnią „Wszystkie nasze dzienne sprawy…”. To był niewątpliwie polski obyczaj żołnierski – niewątpliwie Wojsko Polskie, tak myślałyśmy na samym początku i później. Dopiero w Lublinie mogły nas ogarnąć inne myśli.

W wojsku w Żytomierzu
Po szkole skierowano mnie do Żytomierza, gdzie formował się II Batalion Kobiecy z kobiet z Wołynia i Podola. Dowódcą była Stasia Zawadecka, starsza ode mnie (potem była przewodniczącą Ligi Kobiet), a ja byłam jej zastępcą. Dziewczęta trzeba było szkolić, nie były umundurowane (brakowało sortów w magazynach), co utrudniało szkolenie. Gdy już znalazły się w Żytomierzu, bały się, że ziemie, na których mieszkały, mogą wrócić – jak w 1939 r. – pod władzę Sowietów. Obawy był zasadne, jak wiemy, a pobór tych kobiet do wojsk ratował je przed gwałtami, morderstwami, napaściami, podpaleniami wsi, jakich dokonywali na tamtych terenach nacjonaliści ukraińscy.
Kobiety pozostały, pełniąc służbę wartowniczą (bardzo rygorystycznie, co zaznaczam raz jeszcze), a mnie oddelegowano jako dowódcę konwoju kilkunastu ciężarówek ze sprzętem i zaopatrzeniem do Lublina; dotarliśmy tam bez przeszkód.
Któregoś dnia wczesnym rankiem obudzono mnie, bym szybko sprowadziła jakiegoś lekarza, bowiem jedna z dziewcząt ciężko zaniemogła i ma straszne bóle. Została przy niej ppor. Zawadecka, a ja biegiem i szybkim marszem do szpitala, zatrzymywana przez liczne warty, musiałam się opowiadać hasłem. Obudziłam dyżurnego lekarza i z nim już jeepem z powrotem do obolałej i cierpiącej dziewczyny. A tam, jak się okazało, urodziło się dziecko! Przyjęłyśmy to jako wielkie szczęście, każda chciała coś uszyć dla maleństwa, coś w ogóle zrobić, Cudowne to było. Ppor. Zawadecka opowiadała mi potem, że zorientowała się, że ona rodzi i mówiła jej
– Słuchajcie, wy rodzicie!
A ona odpowiadała:
–- Jak Boga kocham, pani porucznik – NIE!
Urodziła po dwóch czy trzech miesiącach pobytu w wojsku i nikt nie zauważył jej ciąży! Chwała komisji lekarskiej! Albo brak kompetencji medycznych, ale raczej głęboka znajomość życia w Rosji sowieckiej: przy wojsku i ona, i dziecko przeżyją…
Nadeszły żniwa 1944 r. i nasze dziewczyny-wojacy, w ogromnej większości córki rolników, uważały, że tu marnuje się czas na jakieś bezrozumne czynności wojskowe, a tam są potrzebne ręce do pomocy w polu, zboże czeka na żniwo – i uciekły pracować! Dezercja to przecież straszna rzecz, złapano je naturalnie, odstawiono do Żytomierza i wsadzono do aresztu. Sąd odbył się szybko, były wielkie kary za dezercję – lecz po kilkunastu dniach całkowita amnestia; co dalej było z tymi dziewczętami, nie wiem, ale pewnie nie rozstrzelano żadnej, jak by się należało w czasie wojny, przecież one poszły do pracy z obywatelskiego poniekąd obowiązku…
W Żytomierzu zwróciłam uwagę na Annę Jakubiszyn, która ukończyła już 2 lata filologii francuskiej, więc zapromowałam ją do wojskowej gazety „Zwyciężymy”, gdzie była cenioną i bardzo potrzebną korektorką. Redakcja Gazety bardzo szybko doszła do przekonania, że nie można publikować bez jej pracy. Warunki bytowe miała ciężkie, ale dzielnie wszystko przetrwała.
Mieszkałam wtedy w chałupie tuż nad rzeką, Ania przychodziła do mnie kąpać się. Rzeka była dziwna, zdradliwa, płynęła to głębokimi jeziorkami, to znów było płytkie kamieniste dno, niektóre odcinki można było przejść w butach nawet. Ania miała piękne kasztanowe włosy, upięte w dwa grube warkocze, chciała je w wodzie poprawić – wpadła w jakąś dziurę i zaczęła się topić. Zaczęłam ją ratować, ale nie dawałam rady. Na wysokim brzegu stał żołnierz radziecki i przykładając ręce w tubę do ust wykrzyczał: „Czto – ona toniet?!” Mówić nie mogłam, pokiwałam głową, on błyskawicznie zdjął pas, czapkę i buty, pędem zbiegł z tego wzgórka i wyciągnął Anię, nawet udzielił pierwszej pomocy. Ania potem odnalazła jego jednostkę w Żytomierzu, zameldowała się u dowódcy, podarowała temu żołnierzowi paczkę, jaką właśnie dostała od swojej matki, co więcej – napisała o zdarzeniu w swojej gazecie. Rozpisuję się o tym, bowiem było to jedno z najbardziej wyrazistych emocjonalnie przeżyć w mojej służbie wojskowej. Bardzo blisko nas siedziało dwóch Ukraińców – i żaden z nich nie ruszył się ratować tonącej młodej kobiety! Tylko z tego powodu się nie ruszyli z miejsca, że obie byłyśmy polskiej narodowości! Pomógł zaś będący znacznie dalej Rosjanin, po prostu człowiek.
Z Żytomierza pamiętam też straszliwe bombardowanie niemieckie. Schroniłam się w jakiejś piwnicy, Dziewczyna, chyba mieszkanka tego domu, zapytała:
– Diewoczka, a wy iz kakojże armii?
A ja, że z polskiej. Dotykała moich epoletów, obejmowała mnie, a na koniec powiedziała: „Ja toże Polka”, a potem odsłoniła spod jakiś worków regały pełne książek polskich, Paderewski, Sienkiewicz itd. Ucałowałyśmy się po wyjściu ze schronu, więcej nie widziałyśmy się. Ale często o tym opowiadam. Ilekroć słyszałam cokolwiek o Paderewskim – natychmiast przychodziła mi na myśl scena w piwnicy, polskie książki ukryte za kotarą z worka.
W Lublinie coraz bardziej „politycznie”
Z Żytomierza, jak wspomniałam, wyruszałam do Lublina jako dowódca kolumny samochodowej wiozącej sprzęt i zaopatrzenie. Wszędzie na postojach zaraz pojawiali się Polacy, którzy pytali, co z nami będzie, czy Sowieci opuszczą Wołyń? Odpowiadałam wymijająco, któż mógł przewidzieć, jak się potoczą moje i ich losy, co zostanie zadecydowane w sprawach granic Polski? Na szkoleniach wbijano nam do głów linię Curzona – która oryginalnie, jeszcze z lat Wielkiej Wojny 1914 – 1917, miała mniej korzystny przebieg, niż ostatecznie to zadecydowano w Poczdamie. Poza tym, mieliśmy przecież jak najgorsze doświadczenia z „falowaniem” naszego polskiego obywatelstwa.
W Lublinie skierowano mnie, ku mojemu niezadowoleniu, do Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego Wojska Polskiego. Było to środowisko składające się zwłaszcza na wyższych szczeblach, z byłych członków KPP i – jak można się domyślać – popierali tylko swoich. Nie otrzymałam jednak funkcji politycznej, lecz zupełnie nieoczekiwanie zostałam „instruktorem propagandy artystycznej”. Miałam odtąd organizować imprezy kulturalne, pracę świetlicową, a także okolicznościowe „akademie ku czci”, co w tamtych czasach odbywało się bardzo często. Nader często potem, po upadku Powstania Warszawskiego, zgłaszali się do nas dosyć licznie artyści z Warszawy, różnych kategorii i klasy, o bardzo zróżnicowanych umiejętnościach – oni chcieli grać dla Wojska Polskiego, a przy tym otrzymywać wynagrodzenie w naturze, głównie żywność. Należało to do moich obowiązków i chętnie organizowałam z ich udziałem przedstawienia, koncerty i akademie.
Moja nowa służba w szpitalu
We wrześniu 1944 r. skierowano mnie na zastępcę komendanta Szpitala Ewakuacyjnego Nr 64. Odpowiadało to moim chęciom pomagania ludziom pokrzywdzonym przez los, rannym. Ponadto zespół lekarski składał się z ludzi o wysokich umiejętnościach, świetnym przygotowaniu zawodowym – jak powszechnie uważano, a przy tym ofiarnych i oddanych pacjentom. Znaczna część tych lekarzy miała za sobą przeszłość w AK. Komendantem był oficer sowiecki, a ponadto pracowało w szpitalu dwóch innych lekarzy sowieckich.
Z polskiego zespołu należy wymienić lekarzy: Kazimierza Hołotę, Tadeusza Mockałło, St. Lorenza, Edwarda Gorzowskiego, a także stomatologa panią Grabowicz-Perskiewicz. Tych lekarzy zapamiętałam, z kilkoma osobami utrzymywałam w miarę możliwości kontakty i przez wiele lat po wojnie, jeszcze w latach ‘80.

Żołnierze AK a NKWD i UB
Wielu z naszych pacjentów stanowili żołnierze Armii Krajowej, którzy przepłynęli Wisłę w czasie Powstania Warszawskiego lub zostali ranni przed dostaniem się do Warszawy. Opiekowano się nimi, przedłużano pobyt – zatajano, skąd oni są. Ujawnienie faktu, że z AK – mogło nieść bardzo niedobre skutki i dla nich, i dla lekarzy. Jednak ani lekarze sowieccy, ani chyba działająca w szpitalu Informacja wojskowa niczego się nie domyślali.
Wtedy, w Lublinie, dowiedziałam się, że PKWN pozwalała NKWD i polskiemu Bezpieczeństwu na krwawe rozprawy i represje wobec żołnierzy AK i innych z ruchów niepodległościowych. Doskonale wiedziałam przecież, czym jest system sowiecki – a tu żołnierze AK szczerze i otwarcie się wypowiadali. W sierpniu 1944 chodzili w mundurach z biało-czerwonymi opaskami. W tym czasie odwiedziłam w Lublinie stryjenkę mojej przyjaciółki także deportowanej z Kobrynia do Kazachstanu, Marii Surackiej (wyszła z Kazachstanu z armią gen. Andersa, zamężna z Frankiem Muchlińskim, mieszkająca do dziś w Anglii). Wspomniana stryjenka prowadziła dochodowe przedsiębiorstwo hurtu spożywczego i chętnie na znaczną skalę wspierała finansowo AK. Spotkałam u niej wiele osób, krewnych Marysi, z różnych okolic Lubelszczyzny Mając do mnie pełne zaufanie – opowiadano tam sobie przerażające wieści o fizycznym niszczeniu całych grup żołnierzy AK. Jednak nawet my, tam zebrani, choć wiedzieliśmy więcej, niż inni – nie zdawaliśmy sobie sprawy z rzeczywistej, ogromnej skali tego mordowania.
Do mnie docierały i inne informacje. Oto mój dawny dowódca kompanii, dobrze mi znany por. Woźniak, nawiązał w Warszawie kontakt z pewnym praskim oddziałem AK i został natychmiast aresztowany i rozstrzelany. Potem spotkałam w Lublinie por. Pisulę, który był wówczas adiutantem generała Aleksandra Zawadzkiego (Pisula później, jak się dowiedziałam z gazet, został ministrem przemysłu spożywczego i skupu); był on w stanie okropnego szoku. Wracał bowiem bezpośrednio z miejsca (nie powiedział, gdzie) w którym przetrzymywano dużą grupę żołnierzy AK. Jego szef, późniejszy przewodniczący Rady Państwa, osobiście raczył strzelać z pistoletu w tłum akowców stłoczony w jakiejś sali. „Oni krzyczeli – opowiadał por. Pisula – Walczyliśmy za Polskę! Dlaczego nas zabijacie?!”
Strwożona, niemal tak jak w areszcie NKWD, wysłuchiwałam tego w zacisznej kawiarni, przy kieliszku wina… Z naszymi lekarzami jednak nigdy na ten temat nie rozmawiałam – obawiałam się, że informacja o faktach lub o osobie je podającej może dojść do niepowołanych uszu. Rozumieliśmy się w tych sprawach bez słów.

Na pewnej mszy w kościele w Lublinie
W Lublinie w niedzielę w naszym szpitalu odbywały się msze, odprawiane na półpiętrze przez kapelana szpitala. Dzięki takiemu umiejscowieniu ołtarza większa liczba uczestników mogła obserwować kapłana składającego ofiarę – środkiem schodów w górze (poniżej schodów też stali wierni), po bokach, na piętrze za barierką też tłoczyli się wierni.
W grudniu 1944 r. w pewną niedzielę, akurat w trakcie mszy, przywieziono do szpitala samochodami ciężarowymi wielu rannych, na noszach i tylko przykrytych kocami. Padał mokry śnieg, rannych wnoszono do kąpieli (był to gmach gimnazjum, na parterze w szatni urządzono łaźnię i dezynsekcję), potem przenoszono ich parę kroków dalej, do izby przyjęć. Stałam wśród rannych. Cichy szmer i lekkie poruszenie oczywiście mogły księdzu przeszkadzać w sprawowaniu ofiary. Staraliśmy się zachowywać bardzo cicho, ale przecież szpitale są dla rannych. Ksiądz odwrócił się od ołtarza i zwracając się do mnie, jakby winnej całego tego poruszenia, surowo powiedział: „Porucznik Ochnikówna! Proszę zaprzestać tych praktyk i pozwolić mi odbyć mszę świętą w ciszy i spokoju!”. Musiałam odpowiedzieć z całym szacunkiem: „Ci ranni biedacy muszą jak najszybciej znaleźć się w szpitalu i otrzymać pomoc. Żołnierze – pacjenci widzą, jaka jest pogoda i nie można ich w żadnym wypadku trzymać na śniegu z deszczem, dopóki się msza nie skończy!” Dostałam oklaski od wiernych, po czym niezwłocznie spontanicznie odmówiono „Ojcze Nasz” i „Zdrowaś Mario” w intencji zdrowia nowoprzybyłych rannych.
Sześć lat później, w 1950 r., gdy w Poznaniu jechałam tramwajem z dwójką małych dzieci, podszedł do mnie ten kapelan i zapytał:
– Porucznik Ochnikówna?
A ja:
– Już nie porucznik i już nie Ochnikówna, ale matka dzieciom, proszę księdza.
Podał mi kartkę z adresem swojej plebanii mówiąc:
– Miała Pani rację, taka młoda była pani, ja często myślę o pani.
A więc mądry ksiądz. Zaprosił mnie z mężem i dziećmi na swoją plebanię. No – cóż, samochodu wtedy nie mieliśmy, podróż pociągiem i furmankami byłaby uciążliwa, więc podziękowałam księdzu za miłe słowa dobrej w sumie oceny mojej pracy. Ucieszyło mnie jego zrozumienie, choćby po niewczasie.W Lublinie ulegałam wypadkowi samochodowemu – sowiecki kierowca nagle (pewnie pijany) wjechał na chodnik i potrącił mnie. Powstałe wtedy uszkodzenia kręgosłupa, początkowo niespecjalnie dokuczliwe, z biegiem lat nasilały się, powstało zniekształcenie stawu biodrowego najpierw jednego, potem drugiego. Obecnie mam endoprotezy obu stawów biodrowych i choć do niedawna poruszałam się o kuli, potem o dwóch, dosyć dziarsko, chodziłam na spacery, to teraz już jednak moja ruchliwość i samodzielność w ostatnim roku znacznie się zmniejszyły; to bezpośredni skutek tego wypadku.
CDN