Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 81
W tym miesiącu: 1129
W tym roku: 34649
Ogólnie: 344942

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Czy seks to grzech

Autor: admin
07-03-2014

Smutny spór Kościoła z laickim światem. Już prawie 20 lat temu kardynał Joseph Ratzinger powiedział w wywiadzie dla francuskiego dziennika „Le Monde”: „Myśl chrześcijańska i liberalna muszą się spotkać i wzajemnie zapłodnić”. Było to wspaniałe hasło dla dialogu, który powinien integrować dzisiejszy świat zwany zachodnim.
Niestety, dalsze wypowiedzi Kardynała, potem Papieża są nie tyle kontynuacją tamtej formuły, jej konsekwencją, ile niemal kontestacją. Benedykt XVI dość szybko rozwiał nadzieje na to, że jako papież będzie mniej polemiczny niż był jako profesor i arcystrażnik doktryny. Swój sprzeciw wobec relatywizmu, subiektywizmu i innych zgubnych – „izmów” zamienił niemal w mantrę.
A przecież ten rodzaj ekumenizmu musi rozwijać się obok wewnątrzchrześcijańskich spotkań, bo jest bodaj nawet ważniejszy od nich. Chrześcijanie, Kościół katolicki musi otwierać się na dzisiejszą kulturę zachodnią, na przenikającą ją głęboko myśl liberalną. Albowiem naprawdę mógłby to być dialog, wymiana wartości korzystna dla obu stron. Po prostu dla ludzkości.

Koniec ery manichejskiej

Wyrażenie „zapłodnić”, użyte przez Kardynała, przypadkiem dobrze tu pasuje, bo kojarzy się z życiem seksualnym, a przecież o nie chodzi głównie w owym obecnym sporze. Sprawa zaczęła się dawno temu, bo już w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Miało ono swoistych rywali w manicheizmie i gnostycyzmie, w ich głębokiej pogardzie dla ludzkiego ciała i spraw z nim kojarzonych, przede wszystkim seksu. Augustyn Aureliusz, arcyklasyk zachodniego chrześcijaństwa, polemizował z manicheizmem, ale nie wyzwolił się spod jego wpływu. Seks był według niego czymś zasadniczo złym, usprawiedliwionym tylko koniecznością prokreacji, przedłużenia rodzaju ludzkiego. Grzesznym było nawet przeżywanie przyjemności podczas stosunku płciowego. Tomasz z Akwinu złagodził trochę ten rygoryzm, bo był w ogóle mniej skrajny niż św. Augustyn, ale manicheizm w wersji „soft” utrzymywał się w Kościele katolickim przeraźliwie długo. Katechizmowe przykazanie szóste „nie cudzołóż” było faktycznie pierwszym i najważniejszym: wszystkie grzechy przeciw niemu, łącznie z „nieczystymi” myślami, kwalifikowano jako ciężkie, śmiertelne. Zresztą nie tylko katolicyzm owładnięty był ową manią: było jej wiele także w protestantyzmie. Dzisiaj jest ona widoczna czasem w Kościołach zwanych ewangelikalnymi, u baptystów, zielonoświątkowców. Mówił mi jeden z tamtejszych pastorów, że w jego środowisku nawet taniec uchodził jakiś czas temu za zdrożny, bo sprzyjał podnieceniu seksualnemu.

Przez łóżko do nieba
W Kościele katolickim kroków milowych dokonał tu najpierw Sobór Watykański II, który zrezygnował z traktowania prokreacji jako pierwszorzędnego celu małżeństwa: miłość wzajemna została mocno dowartościowana. Następnie również awansował ją Jan Paweł II, który w 2001 roku pierwszy raz w historii swojego Kościoła beatyfikował parę małżeńską jako właśnie taką parę: jako dwoje ludzi wspierających się nawzajem także poprzez życie seksualne. W Polsce bardzo się tu dzisiaj zasługują kapucyn ks. Ksawery Knotz, który dopuszcza nawet seks oralny, byleby w małżeństwie, oraz redaktor naczelny „Więzi” Zbigniew Nosowski, autor nowatorskiej książki „Parami do nieba”. Na Zachodzie, dużo śmielszym w pomysłach reformatorskich, nie są to już takie rewelacje. Tam zaczął się wcześniej niż u nas i posunął się dalej dialog katolicyzmu z liberalizmem, szczególnie właśnie w sprawie etyki seksualnej. Episkopaty Niemiec i Francji, a także Austrii i Belgii zdystansowały się zaraz od encykliki Pawła VI „Humanae vitae”, podtrzymującej zakaz stosowania antykoncepcji, a dzisiaj nie przejmują się nim nie tylko świeccy, także ich spowiednicy, a coraz któryś biskup, czasem i kardynał, kwestionuje jego sens. Kwestionują przede wszystkim zakaz stosowania prezerwatywy w walce z AIDS, ale również obstawanie przy monopolu etycznym tzw. metod naturalnych regulacji poczęć.

Co jest sprzeczne z naturą
No właśnie: metod nazywanych naturalnymi. Można chyba powiedzieć, że w patrzeniu Kościoła katolickiego na sprawy wiążące się z seksem samą obsesję manichejską mamy już z grubsza za sobą. Pozostała jednak sprawa „zgodności z naturą”, występująca głównie w sprawach życia płciowego. Ciąży ona nie tylko na ocenie antykoncepcji jako z ową naturą niezgodnej, także na tak ostrej obecnie kontrowersji na temat metody „in vitro”. Poczęcie dziecka w próbówce jest przez oficjalne kręgi kościelne uważane za niemoralne właśnie dlatego, że „w naturze” nic takiego się nie dzieje.
Kwestia jest skomplikowana, w felietonie można jednak powtórzyć pytanie, które zadają sobie zwykli ludzie: czy można uważać za niemoralną antykoncepcję oraz metodę „in vitro” w sytuacji, w której wbrew naturze dokonuje się tylu różnych rzeczy uważanych przez wszystkich za bezcenne, jak choćby przeszczepy (na które kiedyś moraliści katoliccy patrzyli krzywo).
Ba, dozwolona jest sztuczna inseminacja małżonki, byleby tylko plemniki znalazły się w próbówce nie dzięki masturbacji, jak przy „in vitro”, tylko normalnemu stosunkowi seksualnemu z prezerwatywą, na której zatrzyma się część plemników (reszta przykładnie przejdzie do macicy przez dziurkę w kondomie). Przedziwne jest też stanowisko niektórych moralistów katolickich, którzy uważają adopcję istniejących niestety niewykorzystanych zarodków za wątpliwą moralnie, bo trzeba je umieszczać w łonie adoptującej matki metodą „in vitro”. Lepiej, żeby umarły.

Kiedy zaczyna się człowiek?
Sprawa (nie) zgodności z naturą to jedno: w przypadku „in vitro” mamy jeszcze inny problem, moim zdaniem znacznie poważniejszy. Nie tylko moim, również senatora Jarosława Gowina, znanego intelektualisty katolickiego, byłego redaktora naczelnego „Znaku”. Jest on autorem projektu ustawy o „in vitro”, która dopuszcza tę metodę, ale bez mrożenia zarodków. Gowinowi – w każdym razie jako politykowi – nie przeszkadza „sztuczność” „in vitro”, stoi natomiast twardo na stanowisku, że życie ludzkie zaczyna się w chwili poczęcia: wobec tego niemoralne jest tworzenie większej liczby embrionów i wszczepianie tylko jednego, ponieważ zamrażanie równa się ogromnemu ryzyku unicestwienia.
Doszedłem tu do sedna kolejnego sporu etyki chrześcijańskiej (w szczególności katolickiej) z laicką. Czy zarodek (embrion) jest człowiekiem? Po stronie katolickiej powiada się nawet, że jest osobą, choć główny obrońca jego człowieczego statusu Jan Paweł II nie upierał się przy takim określeniu. Argumentacja obu stron w tej sprawie jest chyba wszystkim znana, dodam więc tylko, że w owym fundamentalnym sporze istnieje stanowisko poniekąd kompromisowe: zarodek niezagnieżdżony w macicy nie ma żadnych szans dalszego istnienia, wobec tego życie ludzkie zaczyna się praktycznie dopiero w momencie zagnieżdżenia, a los zarodków niewszczepionych jest taki, jak „w naturze”, gdzie zagnieżdżają się tylko nieliczne z nich. Na co jednak obrońcy stanowiska katolickiego odpowiadają, że i po zagnieżdżeniu życie ludzkie jest przecież zagrożone, poronienia „naturalne” zdarzają się często, a przecież w zarodku jeszcze niezagnieżdżonym jest genetycznie zakodowany nowy człowiek. Owszem, rozwój życia ludzkiego stanowi pewne continuum, ale w tym rozwoju jest tylko jeden moment szczególny: właśnie zaistnienie zarodka.
Przeciw stanowisku Gowina wysuwa się argument medyczny: metoda „in vitro” zakłada praktycznie tworzenie od razu kilku zarodków, bo pierwszy może się nie przyjąć, a owa twórczość nie jest rzeczą prostą. Natomiast wszczepianie od razu dwóch czy wielu grozi zaistnieniem tak zwanej ciąży mnogiej, trudnej do utrzymania.
W problemy medyczne nie chcę tu wdawać się głębiej, do czego zresztą brak mi kompetencji. A jest ich wiele. Przeciwnicy „in vitro” powołują się na olbrzymie możliwości wykorzystania tej metody dla procederów, w których zanika zupełnie związek powstawania nowego człowieka z małżeństwem. Zarodek staje się przedmiotem handlu ze wszystkimi problemami prawnymi wynikającymi z oderwania prokreacji od zwykłego stosunku seksualnego.
Można jednak pytać, czy nadużycia kompromitują samą metodę „in vitro”, która pozwala dwojgu ludziom na zaistnienie owocu ich autentycznej miłości, będącego przedłużeniem genetycznym ich obojga. I czy aby na pewno – jak twierdzą obrońcy stanowiska twardo katolickiego – metoda „in vitro” nie jest jedynym sposobem walki z bezpłodnością, czy rzeczywiście tak zwana „naprotechnologia” w tym celu wystarcza.

Prośba o wzajemne otwarcie
Nie o medycynie chciałem tu napisać ani nawet o bioetyce. Chciałem naszkicować problematykę dialogu, w którym też potrzebne jest swoiście ekumeniczne otwarcie. W Polsce nie widzę go po żadnej ze stron. Szczególnie brakuje mi go po mojej, katolickiej stronie. Próby faktycznego dowartościowania moralnego seksu, owszem, są, wspomniałem Nosowskiego i księdza Knotza, w końcu działa autorytet Jana Pawła II, autora przełomowej niegdyś książki „Miłość i odpowiedzialność”, krytykowanej początkowo przez tradycjonalistów, oraz późniejszych, papieskich już katechez. Niemniej w sprawie antykoncepcji „średnia” księża jest o wiele twardsza niż na Zachodzie: w konfesjonałach może jest trochę lepiej, ale publicznych wypowiedzi nowatorskich prawie nie ma (chlubny wyjątek stanowi jezuita Jacek Prusak w „Tygodniku Powszechnym”). W sprawie „in vitro” nawet „Tygodnik Powszechny” dołączył do innych katolickich czasopism cotygodniowych, które firmowały broszurkę „Bioetyka katolicka”, popierającą najtwardszy projekt poselski, odrzucający nawet możliwość adopcji już istniejących zarodków i przewidujący karę więzienia za stosowanie tej metody. Oczywiście, środowiska „katolicyzmu otwartego” są podzielone: w „Tygodniku Powszechnym” z jego redaktorem naczelnym ks. Adamem Bonieckim polemizowała główna publicystka pisma Józefa Hennelowa, a była współredaktorka „Znaku” Halina Bortnowska ostro skrytykowała ową broszurkę na łamach „Gazety Wyborczej”. Ale dominuje katolicyzm zamknięty na opinie środowisk liberalnych.
Wszelako i te nie otwierają się dostatecznie na przestrogi kościelne. Oczywiście „laica” nie ma swojego Kościoła czy różnych Kościołów, żaden Urząd Nauczycielski nie reguluje jej opinii. Owszem, ma swoje autorytety, ale nie urzędowe. Każdy myśli, co chce: w sprawach uważanych za prywatne jest to nawet święty kanon liberalizmu. Są niemniej środowiska, media i osoby opiniotwórcze. Otóż po tamtej stronie w sprawach seksu widać wręcz libertynizm. Seks jest konieczny nie tylko dla przedłużania gatunku, jest niezbędny do życia jak woda, ale nieregulowany prowadzi do powodzi. Albert Camus twierdził, że „dla opisania współczesnego człowieka wystarczy jedno zdanie: cudzołożyli i czytali gazety”.
W Polsce mamy zażarty spór o uświadamianie seksualne młodzieży, w którym obie strony wpadają w skrajność: prawda jest taka, że uświadamiać trzeba i zapewne rodzice nie robią tego najlepiej, potrzebna jest do tego szkoła – ale nie wystarczy informowanie, trzeba również młodych ludzi formować. Owszem, etycznie.
No i właśnie dramatyczny problem aborcji. Być może nic tu nie pomogą rygory prawne, zapewne jedynym sposobem są obowiązkowe konsultacje (to opinia także intelektualisty katolickiego Andrzeja Wielowieyskiego), ale przydałaby się bardzo wspólna walka ze zjawiskiem zwanym sympatycznie zabiegiem.
W ogóle przydałoby się wiele działań wspólnych, a i choćby spokojnych rozmów ludzi z autorytetem. Trzeba jednak na to burzyć mury myślowe (i uczuciowe!) uniemożliwiające poważną wymianą poglądów. Na Zachodzie kardynał Ratzinger dialogował spokojnie z filozofem Habermasem, kardynał Martini z Umbertem Eco. U nas do takiej rozmowy zdolny jest wśród hierarchów niemal tylko arcybiskup Józef Życiński. Wśród filozofów niekatolickich świecił przykładem Leszek Kołakowski, na temat dzisiejszej swobody seksualnej wypowiadał się krytycznie Zygmunt Bauman, do tanga trzeba jednak dwojga. Staram się nie być krytyczny tylko wobec swego Kościoła, ale wydaje mi się, że piłka jest po jego stronie. Tu zamknięcie jest bardziej szczelne.
Jan Turnau