Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 106
W tym miesiącu: 197
W tym roku: 14876
Ogólnie: 295774

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Dwa królobójstwa: Francja i Polska

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
11-03-2014

Próba socjologicznej analizy zabójstwa Prezydenta Narutowicza
Paryż wart mszy
Henryk, król Nawarry (region w półn. zach. Francji połączony z nią unią personalną w osobie tegoż Henryka z przydaną mu cyfrą: IV), by zostać królem Francji przeszedł z kalwinizmu (hugenoci) na katolicyzm, wypowiadając znane słowa: „Paryż jest wart mszy”. Zapewnił krajowi, nękanemu dotąd okrutną wojną domową, porządek i pokój oraz pewien nawet dobrobyt (znane są inne jego słowa: „w garnku każdej rodziny chłopskiej powinna znaleźć się kura w dni świąteczne”). Dobierał ministrów wedle kwalifikacji, bez uprzedzeń politycznych czy religijnych (m. in. współpraca z wybitnym ministrem M. Sully – protestantem); osobiście był tolerancyjny, łagodny i przystępny również dla swych przeciwników.
Oczywiście, miał i opozycję w środowiskach konserwatywnych, zwłaszcza wśród „prawdziwych katolików”, lecz rzadziej wśród biskupów; a gdy jedni zarzucali mu pozorne nawrócenie, to inni, protestanci, którzy nie mogli zapomnieć nocy św. Bartłomieja (1572), oskarżali go o zdradę swego wyznania. Były więc kręgi społeczne sprzyjające pojawieniu się potencjalnego kandydata na królobójcę. Okazał się nim nieudacznik życiowy, nazwiskiem Ravaillac, niezrównoważony psychicznie (pozbyli się go z tego powodu dominikanie, a jezuici nie chcieli przyjąć go do nowicjatu); postanowił on dla „ratowania” Francji i Kościoła zabić króla, czego po paru nieudanych próbach dokonał w piątek 14 maja 1610 roku, gdy król udawał się karocą do chorego ministra Sullyego; i lekkomyślnie zrezygnował z asysty straży przybocznej, a z powodu upału tego dnia zdjął kaftan i polecił odsunąć skórzane w oknach powozu zasłony. Na wąskiej uliczce de la Ferroneri, gdzie utworzył się korek wozów z warzywami i sianem, którego usuwaniem zajęli się towarzyszący królowi lokaje, zamachowiec dogonił karetę, wspiął się na koło powozu i trzykrotnie ugodził króla myśliwskim nożem w tętnicę. Krew bluznęła przez usta króla i śmierć była natychmiastowa; morderca nie uciekał, aresztowany, torturowany w śledztwie został zgodnie z ówczesnym prawem okaleczony (spalenie ręki, którą zadał cios) i jeszcze żywy rozerwany publicznie końmi. Obserwujący egzekucję tłum dał wyraz swej nienawiści do zabójcy, linczując kijami i nożami trupa nieszczęśnika.
Zabójstwo to wywarło we Francji – wedle wielu ówczesnych świadectw – powszechny lament, żal i gniew, spotęgowane obawą ponownej wojny domowej na tle religijnym. I rychło powstała złota legenda Henryka, słabnąca bądź nasilająca się zależnie od epoki. I tak np. w okresie okupacji Francji przez hitlerowców zajaśniała silnym blaskiem; wydawano nawet książki sławiące Henryka IV, jak np. „Henryk, wyzwoliciel Francji”, wykorzystywane zarówno – jak pisze Baszkiewicz (s. 354) – dla propagandy de Gaulle’a jak i kultu marsz. Petaina (!).
Zgodnie z obowiązującym we Francji rytuałem ogłoszono natychmiast, po morderstwie Henryka, formułę: „król nie żyje, niech żyje król”, świadczącą o trwałości władzy; został nim 9-letni syn Henryka Ludwik (z liczbą XIII). I tego samego dnia wieczorem kamerdyner, usługujący mu do kolacji na klęczkach, co chłopca początkowo śmieszyło, lecz płacząc wyznał: „Wolałbym nie być królem... boję się, że mnie zabiją tak, jak zabili króla, mojego ojca”.
Inspiracja: art. W. Kalickiego w: G. W. nr 52/2009;
Źródło: Wielka Encyklopedia Larousse’a; Jan Baszkiewicz, „Henryk IV Wielki”, 1995.

Plecie jak Piekarski na mękach
Szczyciliśmy się tym, iż w przeciwieństwie do niektórych wysoce cywilizowanych krajów zachodniej Europy, nie było w naszej historii królobójstwa wyjąwszy, co pomijano, nieudaną próbę zamachu na życie Zygmunta III Wazę: zamachowcem był ziemianin z Bińkowic (Sandomierskie) Michał Piekarski; z powodu lekkich zaburzeń psychicznych został oddany przez Sąd Królewski pod kontrolę rodziny, która trzymała go dłuższy czas w zamknięciu. Po uwolnieniu, gdyż zachowywał się spokojnie, pałając niechęcią do króla za decyzję jego Sądu, ulegając namiętnej antykrólewskiej agitacji zwolenników rokoszu Zebrzydowskiego (1606-1609), jak i kolportowanym w Polsce wieściom o zabójstwie we Francji Henryka IV, postanowił dokonać zamachu na życie Zygmunta III. Zaczajony 15 listopada 1620 roku u wejścia do katedry św. Jana w Warszawie, uderzył niegroźnie dwukrotnie czekanem wchodzącego do świątyni króla. Aresztowany, torturowany, po obcięciu ręki, która zadała cios królowi, został tak jak Ravaillac rozdarty przez 4 konie; spalone ciało wystrzelono z armaty w powietrze. Pamięć o zamachowcu przetrwała w przysłowiu: „Plecie jak Piekarski na mękach”, bo jego zeznania podczas tortur nie miały sensu.

Pierwsze polskie królobójstwo
Tę chwalebną tradycję, choć ze „skazą” Piekarskiego, przerwał 16 grudnia 1922 r. niezrównoważony psychicznie nacjonalistyczny fanatyk, z zawodu artysta-malarz, Eligiusz Niewiadomski, zabijając w warszawskiej Zachęcie trzema strzałami z rewolweru pierwszego prezydenta odrodzonego państwa polskiego – Gabriela Narutowicza, równego stanowiskiem polskim królom. Był on wybitnym inżynierem, konstruktorem kilku zapór wodnych w Europie, szanowanym profesorem politechniki w Zurychu, cieszącym się za swe techniczne dokonania międzynarodowym uznaniem. Ze względów patriotycznych wrócił po wojnie do Polski, by służyć jej swą wiedzą i doświadczeniem technicznym. Kierując ministerstwem robót publicznych, a następnie spraw zagranicznych wykazał nieprzeciętne walory umysłu i charakteru; ponadto odznaczał się, podobnie jak Henryk IV, tolerancją i przystępnością wobec podwładnych oraz swych przeciwników czy krytyków politycznych. Po wyborze na prezydenta RP przez Zgromadzenie Narodowe, będąc tylko kilka dni Prezydentem nawiązał od razu pierwsze kontakty z osobami z różnych środowisk. Krótko ujmując był Prezydentem dużych dla Polski nadziei.

Wściekła kampania nienawiści
Ówczesna Prawica (Związek Ludowo-Narodowy, późniejsze Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne, zwane endecją i ugrupowania chrześcijańsko-demokratyczne) rozpętała przeciwko niemu kampanię nienawiści, oszczerstw i pomówień, podburzając „ulicę” do gwałtownych wystąpień i to już natychmiast po ogłoszeniu wyniku głosowania, w sobotę wieczorem 9 grudnia, co przybrało niemal histeryczny charakter w następnych dniach zwłaszcza w niedziele 10 grudnia, Powód? Został wybrany na urząd prezydencki również głosami Bloku Mniejszości Narodowych (posłów żydowskich, ukraińskich i niemieckich); wzburzenie ulicy zdaniem umiarkowanego nawet przedstawiciela Prawicy S. Głąbińskiego nie było atakiem na osobę Narutowicza, lecz tylko protestem przeciwko złamaniu kardynalnej zasady, że głowę Państwa polskiego wybiera większość polska, a nie mniejszości narodowe; a Blok Mniejszości głosował solidarnie za Narutowiczem, co z kolei zdaniem prof. Pajewskiego było ich błędem, a nawet „pyrrusowym zwycięstwem” („Gabriel Narutowicz, pierwszy Prezydent RP”, ss. 145, 164). Oczywiście, Głąbiński zapomniał, iż 96 art. Konstytucji Marcowej, opracowany i uchwalony również przez posłów Prawicy, mówił o równości wszystkich obywateli wobec prawa (pomijając tu popierającą tę zasadę opinię zachodnich demokracji, na których Polsce wówczas bardzo zależało ze względu na aprobowanie nieustalonych jeszcze granic państwa). Co więcej, grupa znanych posłów Prawicy (Stroński, S. Grabski, Korfanty i inni) złożyła na ręce marszałka Sejmu M. Rataja deklarację, zapowiadającą nieposłuszeństwo wybranemu Prezydentowi!

Decydująca rola warszawskiej ulicy
Teoretyczne uzasadnienie prawicowej opozycji wobec wyboru Narutowicza na Prezydenta nie miało oczywiście znaczenia dla „ulicy”. Tu głos decydujący mieli agitatorzy – mówcy wiecowi, bojówkarze i upolitycznieni, niestety, księża. Na powóz Prezydenta, udającego się na uroczystość swego zaprzysiężenia (11 XII), leciały grudki błota, śniegu i odłamki cegieł, a w Al. Ujazdowskich utworzono nawet barykadę z ławek. I gdyby nie interwencja honorowej asysty szwoleżerów, Narutowicz nie dojechałby żywy na uroczystości... Podobnie próbowano zatrzymać udających się na zaprzysiężenie Prezydenta lewicowych posłów na Placu Trzech Krzyży (dwóch z nich pobito, a prezes PPS i przyszły marszałek Sejmu Daszyński oraz 87-letni Bolesław Limanowski musieli schować się w bramie jednego z domów na ul. Mokotowskiej). Spontaniczni czy raczej kierowani manifestanci pod domem gen. Józefa Hallera nie usłyszeli słów uspokajających, lecz bojowe wezwanie, by bronić sponiewieranej godności narodowej! (F. Bernaś, „Ofiary fanatyzmu”, s. 158). Do tego pojawiły się w gazetach, po wyborze Narutowicza, artykuły podżegające ulicę do agresji o wiele mówiących tytułach jak np. „Zawada” lub „Zapora”, które nie pozostawiały wątpliwości, o kogo tu chodzi (w „Rzeczpospolitej”, „Gazecie Warszawskiej” i innych).
Polała się i krew robotnicza, jak na ironię na Placu Trzech Krzyży, gdzie zastrzelono pracownika rzeźni miejskiej, a wielu raniono z pochodu robotników z Woli, który szedł z odsieczą dla zaatakowanych i oblężonych posłów, próbujących dostać się na wyżej wymienioną uroczystość. Najbardziej rozpalały oskarżenia i inwektywy, że Narutowicz jest Żydem lub Litwinem, niewierzącym masonem, nie mówiącym dobrze po polsku, marionetką w rękach Piłsudskiego itp. I ta atmosfera umocniła zapewne Niewiadomskiego w jego szaleńczym zamiarze.

Królobójstwo i dziwna bierność władz
Zdumiewa bierność naczelnych władz (premiera Nowaka, ministra sprawa wewnętrznych i dwóch komisarzy policji warszawskiej), jakby sprzyjających po cichu rozruchom. Nie postawiono ich przed sądem; zostali tylko zdymisjonowani. A nowy premier gen. W. Sikorski spacyfikował rychło ulicę, niestety już po tragedii, która skompromitowała w Europie nie tylko młode państwo polskie, lecz i Warszawę jako jego stolicę, a ponadto podzieliła głęboko społeczeństwo, wywołując długotrwały kryzys moralny i brutalizację stosunków w życiu publicznym.
Przejmujący opis śmierci Narutowicza dała w swych „Wspomnieniach” poetka, Kazimiera Iłłakowiczówna (zob. „Bunt...”, nr 4/2001); tu tylko mały ich fragment, by oddać atmosferę tego wydarzenia w warszawskiej galerii obrazów, gdy padły trzy suche strzały: Prezydent osuwa się na posadzkę, poseł W. Brytanii, stojący obok, słabnie, słychać wokół krzyki w różnych językach oraz płacz wielu kobiet i mężczyzn: „«Na miłość Boską, prędzej księdza», ktoś woła, ktoś inny przynosi piękny krzyż ze zbiorów Zachęty i sukno ze stołu. Przykrywamy ciało... by nie był już tak... poniżony na podłodze... Woźny (z sali – Red.) stojący obok zabitego... jest nieprzytomny z oburzenia i zgrozy: «Psia krew, inteligent, żeby z tyłu strzelać – mówi – zaraz bym zrobił z nim koniec...», (Poetka – Red.) przekonuję go, że «powinien raczej żałować Prezydenta niż myśleć o zabójstwie zabójcy»”.
W uroczystej mszy pogrzebowej w katedrze św. Jana ks. prof. Szelągowski wygłasza piękne kazania, w którym ujawnia, iż dzień przed swą śmiercią Narutowicz, tak namiętnie oskarżany o ateizm i żydowskie pochodzenie, złożył wizytę ks. kardynałowi Kakowskiemu i przyjął od niego na klęczkach błogosławieństwo.

Zabójca przed sądem i porównanie z królobójstwem francuskim
Niewiadomski podobnie jak Ravaillac oświadcza przed sądem, że jest niewinny tylko złamał prawo. Polak prosi o wyrok śmierci. Staje przed plutonem egzekucyjnym z... bukietem kwiatów w ręku! Farsowe niemal zakończenie wielkiej tragedii narodowej, która niewątpliwie fatalnie zaważyła na dalszych losach Polski.
Porównując oba królobójstwa: francuskie i polskie nietrudno dostrzec podobieństwa, lecz i poważne różnice. Obaj zabójcy są niezrównoważeni psychicznie; obaj działają w – lub pod wpływem konfliktowej atmosfery środowisk, w których się obracają (w Polsce znacznie konfliktowo silniejszej); obaj uważają się za ideowych bojowników słusznej i wielkiej sprawy; obaj nie uciekają z miejsca przestępstwa.
Lecz są dwie zasadnicze różnice między francuskim a polskim królobójstwem. Po pierwsze, nie było we Francji uprzedniej, kierowanej odgórnie akcji antykrólewskiej ani spisku; zamachowiec czerpał jedynie „natchnienie” ze strony konserwatywnych „prawdziwych” katolików. W Polsce mamy do czynienia z zorganizowaną politycznie, a uzasadnianą „moralnie” akcją, która mogła doprowadzić nawet do wojny domowej i rozpadu państwa (podobnie jak w przypadku zamachu majowego w 1926 r.).
Po drugie, śmierć Henryka IV wywarła we Francji powszechny żal, lament i oburzenie. Niemal natychmiast tworzyła się, wedle Baszkiewicza, cytującego ówczesne dokumenty, „złota legenda” króla! Przeciwnie w Polsce. Po krótkim szoku i powszechnych oficjalnych słowach i deklaracjach potępiajacych zabójstwo i zabójcę, określone koła polityczne przystąpiły do kontrakcji, popierane w tym przez znaczną część społeczeństwa, próbując rehabilitować Niewiadomskiego a mord jakoś usprawiedliwić! Odprawiano np. liczne msze w jego intencji z odpowiednimi kazaniami, czemu kres położyła w końcu decyzja Episkopatu, zakazująca tych praktyk. Lecz i opinia publiczna zachowywała się w sposób zdumiewająco nieodpowiedzialny, o czym świadczy choćby zamieszczony na stronie 6 fragment pamiętnika polskiej ziemianki-arystokratki.

Pewne smutne konkluzje
Tak więc Francuzi wykazali w początkach XVII w. większe poczucie praworządności i zmysł państwowy niż Polacy, ściślej mieszkańcy Warszawy, w początkach XX w. A konsekwencje wydarzeń warszawskich były dla Polski znaczące: jaskrawe ujawnienie słabości młodego państwa i demokracji jak i niedojrzałego do niej społeczeństwa; postawienie kraju na krawędzi wojny domowej; międzynarodowa kompromitacja Polski; pogłębienie podziału społeczeństwa i głęboki jego kryzys moralny (oskarżenia, wyrzuty sumienia u bardziej świadomej i patriotycznej części społeczeństwa, wezwania Prawicy przez Lewicę do pokuty co oczywiście nie łagodziło, lecz zadrażniało sytuację); umocnienie się w Piłsudskim myśli o konieczności dyktatury, nie biorąc, zapewne, pod rozwagę ewentualności, iż bywa to często lek gorszy niż choroba... Kryzys polityczny został jednak opanowany. Lecz czy właściwym epilogiem zabójstwa Narutowicza nie był zamach majowy Piłsudskiego? Czy, przeciwnie, nie byłoby tego zamachu, gdyby prezydentem był Narutowicz szanowany przez Piłsudskiego jego krajan, a nie Stanisław Wojciechowski? Jest to możliwe, bo niewątpliwie przeżył bardzo boleśnie śmierć Narutowicza, którego lubił i szanował...

Próba socjologicznej analizy polskiego przypadku
Przypadek polskiego królobójstwa jest jednak bardziej socjologicznie skomplikowany niż się to na pozór wydaje w czysto historycznej perspektywie.
Socjolog ma tu do czynienia nie tylko z prostym prawnie, lecz złożonym psychologicznie i społecznie przypadkiem. Z jednej strony Niewiadomski był niezrównoważonym psychicznie fanatykiem, lecz z drugiej strony działał w określonej napiętej społecznie sytuacji z własną subiektywnie uzasadnioną motywacją odnośnie przyszłości Polski: jej zagrożenie w perspektywie narodowej czy raczej nacjonalistycznej było głównym w niej elementem.
Ta postawa każe mu nie uciekać z miejsca zbrodni, a przed sądem uzasadniać ideologicznie swój czyn jak również prosić o wymierzenie mu kary śmierci, by moralnie – jak uważa – wyrównać swój dług wobec zamordowanego. Również na egzekucję idzie spokojny, nie godząc się, by jego adwokat go podtrzymywał, nie pozwala zasłonić sobie oczu oraz wznosi przed żołnierzami plutonu egzekucyjnego okrzyk: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski”. Ogólnie budzi swoją postawą wśród świadków egzekucji nawet pewien podziw, co nie może dziwić w społeczeństwie wychowanym w kulcie martyrologii, podtrzymywanej właśnie przez polską Lewicę, w tym i Piłsudskiego i Narutowicza. Ginie tak jak przed nim wielu bojowców o wolność Polski, najczęściej z niepodległościowej Lewicy, tym razem nie od kul moskiewskich, lecz polskich. A rozróżnienie między „dobrym” i „złym” męczeństwem było oczywiście dla ulicy warszawskiej zbyt skomplikowaną kwestią, skoro decydowały emocje!
Nie może więc dzwonić, iż szybka ekshumacja ciała Niewiadomskiego z Cytadeli na Powązki – na co zgodziły się władze – nabrała charakteru manifestacji z kwiatami i światłami, studenci wyprzęgli konie i sami ciągnęli karawan na cmentarz, a grób zabójcy stał się dla znacznej części społeczeństwa obiektem kultu, zaś manifestanci chcieli nawet porąbać słupek, pod którym zginął Niewiadomski, by jego części rozdawać tłumowi jako relikwie!, na co się na szczęście, władze państwowe nie zgodziły. (Marek Ruszczyc, „Strzały w Zachęcie”, ss. 246-258)
Społeczny mechanizm tych wydarzeń miał dalsze socjologiczne konsekwencje. Prawica, po ochłonięciu z początkowego wstrząsu, wywołanego zabójstwem Głowy Państwa, do którego przyczyniła się swym działaniem (z czego musiała zdawać sobie sprawę), zaczyna coraz wstrzemięźliwiej potępiać czyn i osobę Niewiadomskiego – zabójcy. Najpierw próbuje osłabić skierowane przeciwko niej oskarżenia o moralne sprawstwo zbrodni (art. Strońskiego: „Ciszej nad tą trumną...”); następnie dostrzegać w sprawcy ideowe motywy działania, choć nie zasługujące, oczywiście, na pochwałę expressis verbis; wreszcie uświadamia sobie, że ma własnego męczennika sprawy, po licznych skazywanych tam, w Cytadeli, bojownikach Lewicy; a ich „męczennik” ma poparcie u znacznej części społeczeństwa, co można przeliczyć na głosy wyborcze. Wobec czego nie pochwalając zbrodni, nie należy jej zbyt ostro potępiać. Nie ulega jednak wątpliwości, że wszyscy rozsądniejsi przedstawiciele Prawicy uznawali chęć zabójstwa Narutowicza za czyn szkodliwy dla Polski, co przyznawano w prywatnej korespondencji, a bardzo kłopotliwy dla przyszłości Prawicy w Polsce. Było to Narutowicza za grobem zwycięstwo!

Zbigniew T. Wierzbicki