Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 71
W tym miesiącu: 162
W tym roku: 14841
Ogólnie: 295739

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Niedzielny Uniwersytet Ludowy, cz. VI

Autor: Anna Minkowska
11-03-2014

Dalszy ciąg niepublikowanych wspomnień Anny Minkowskiej spisanych w latach 1952-1955. Autorka ukończyła studia historyczne, przed wojną pracowała jako nauczycielka w Warszawie, była także redaktorką „Verbum”. Od 1946 r. była bliskim współpracownikiem ks. Jana Ziei w jego duszpasterskiej i społecznej pracy w okolicach Słupska na tzw. Ziemiach Odzyskanych

W połowie listopada 1946 r. założyliśmy w Objeździe – największej wsi spośród podległych duszpasterstwu ks. Jana – tzw. Uniwersytet niedzielny. W Objeździe był kierownikiem szkoły powszechnej niejaki Wiesław Bobrowski. Był to przedwojenny nauczyciel szkoły powszechnej, dość inteligentny, oficer rezerwy, który przesiedział około 6 lat w Oflagu II. Na młodym tym mężczyźnie pobyt w niewoli pozostawił wyraźne ślady: był ponury, zneurastenizowany, wobec dzieci w szkole, jak później opowiadano – brutalny.
Z inicjatywy ks. Jana powstał zatem na terenie Objazdy tak zwany „Niedzielny Uniwersytet Ludowy”. W każdą niedzielę po mszy św. zbierały się w lokalu szkoły powszechnej tłumy ludzi. Największa klasa szkolna nie mieściła słuchaczy. Pełno było w przejściu i na korytarzu. Przychodziło dużo młodzieży, ludzie starsi, dużo chłopów, robotników, miasteczkowych wielkości, jak administrator państwowego majątku, aptekarz itd. Ksiądz miał wykład po dwóch mszach i dwóch kazaniach w Wytownie i Objeździe, jechał potem jeszcze na mszę św. do Machomina i co dwa tygodnie do Rowów. Wykłady ks. Jana były bardzo atrakcyjne – mówił np. o stworzeniu świata, wyjaśniając, że Kościół wcale nie jest zdania, że świat powstał w 6 dni, podobnie wyjaśniał, w jaki sposób i w jakim stopniu teoria ewolucji jest do pogodzenia ze światopoglądem chrześcijańskim. Bardzo mocno podkreślał przy tym duchową stronę człowieka i jej przejawy w życiu. Pamiętam też jeden z wykładów ks. Jana na ukochany przez niego temat – o Sokratesie. Wykłady te nie miały nic kaznodziejskiego, były mówione w niesłychanie prosty, obrazowy sposób. Muszę powiedzieć, że podziwiałam to uchwycenie sytuacji – pół godziny wcześniej mówił ks. Jan do tych samych ludzi kazanie w kościele, a wszystko było inaczej – nie tylko inna treść, ale inne spojrzenie, inny ton. Tam mówił autorytet Kościoła, tu prelegent, który podaje swoje przemyślenia, stawia problemy, szuka rozwiązań, odróżnia realną prawdę od hipotezy. Uchodziłam za dobrą wykładowczynię, wiem, że mam łatwość słowa, na ogół uważano mnie za dobrą prelegentkę, ale niełatwo było mówić po takim wykładowcy-artyście jak ks. Jan – co innego widzieć i czuć że się jest słuchanym z zainteresowaniem i życzliwością, ale co innego „porwać tłum”, władać słuchaczami, jak to potrafił ks. Jan.
Jeździliśmy do Objazdy na niedzielny Uniwersytet całą zimę i wiosnę od połowy listopada 1946 r. do maja 1947 r. Zima była tęga tego roku i trzeba się było okutać w ciężkie płaszcze poniemieckie a także koce. Wiew lodowy dął nam w twarz, kiedy jechaliśmy z ks. Zieją furką, na której zrobione były siedzenia, a czasem bryczką, wijącą się drogą z Wytowna poprzez lasy i małą wioskę zwaną Machomino Małe do Objazdy. Po drodze spotykaliśmy przeważnie Niemców i Niemki, idących z dużymi książkami na ewangelickie nabożeństwo do Wytowna. Wzrok ich nieraz ponury i zacięty rozświetlał się na widok ks. Jana. I na niejednej twarzy można było zobaczyć, jak zaciętość i nienawiść zaczynają tajać, zmieniają się w wyraz bólu i cierpienia.
Zorganizowanie Uniwersytetu Niedzielnego należy uznać za udane przedsięwzięcie. Mogę powiedzieć, że kierownik Bobrowski, do którego o pomoc w utworzeniu Uniwersytetu Niedzielnego zwrócił się ks. Jan, był początkowo niechętny, mówił, że to nie może się udać. A potem sam był zdziwiony sukcesem, zwłaszcza gdy w lokalnej prasie zaczęły pojawiać się notatki o Uniwersytecie Niedzielnym w Objeździe i jego twórcy, inicjatorze i kierowniku – Wiesławie Bobrowskim.
Próbowaliśmy stworzyć podobny Uniwersytet we wsi sąsiadującej o 4 km. z Wytownem, gdzie ks. Jan miewał też msze św. i kazania, ale impreza ta nie dała rezultatów, mimo że pierwsze wykłady miały powodzenie. Myślę, że było to rzeczywiście ponad siły ks. Jana, możliwe jednak, że zabrakło tam kierownika szkoły powszechnej, który by w tym przedsięwzięciu pomógł.

Wesela bez wódki
Rowy, rozległe osiedle rybackie, należało również do parafii ks. Jana. Dojeżdżał do niego przeważnie co drugą niedzielę. Ksiądz uważał tę miejscowość za bardzo zaniedbaną i potrzebującą opieki. Młodzież dużo piła i szukała łatwych zarobków. Ludność napływowa nie była tutaj wcale rolniczą, a gównie rybacką – i dla wszystkich prawie było to nowym i nieznanym zajęciem.
Już wiosną, a potem latem doczekał się ks. Jan pierwszych rezultatów swojej pracy, mianowicie mieliśmy aż cztery „wesela bez wódki”. Kto zna obyczaje ludowe, zna zabawy na Ziemiach Odzyskanych, ten zrozumie co to znaczy. Słowa ks. Jana bardzo mocne na ambonie, szereg wykładów na Uniwersytecie Ludowym „O alkoholizmie”, a również urządzane przez nas bale, na których się dobrze bawiono bez wódki, sprawiły, że myśl o tym, że można i wesele urządzić bez alkoholu, zaczęła kiełkować wśród naszych słuchaczy. Pamiętam np. wieczór andrzejkowy, który urządziliśmy dla naszych słuchaczy w Wytownie. Najpierw było tradycyjne lanie wosku, a potem wieczór taneczny. Była to ostatnia sobota przed Adwentem. Młodzież tańczyła z wielkim zapałem tańce ludowe, no i walca, poleczkę, od czasu do czasu tango. Była też składkowa kolacja, do której chłopcy poprosili dziewczęta, i w rytmie poloneza ruszyło całe towarzystwo do stołowego. Było zapowiedziane uroczyście, że nie może być ani kropli wódki. I rzeczywiście, młodzież tego dopilnowała. Nie wolno było również palić na sali tanecznej. Zabawa pod tym względem miała wielkie znaczenie. Alkoholizm był przecież plagą powojenną. Jeszcze trzeba zauważyć, że plenił się szczególnie na tych terenach wśród ludności wykorzenionej, dojutrkującej. A że zabawa się udała, więc młodzież zaczęła rozumieć, że można bez wódki dobrze się bawić. Najmniej zdaje się tym charakterem zabawy zachwyceni byli sprowadzeni z Objazdy muzykanci, ale musieli pocieszyć się dobrą kolacją i obfitszą zapłatą. Ks. Jan jadł razem z młodzieżą kolację, zaglądał od czasu do czasu na salę, wybijał takt oberka nogą lub dyrygował ręką. Była to sobota. Nazajutrz czekało go wędrowanie po czterech kościołach odległych od siebie do 12 km, cztery msze św. (miał jeszcze prawo z czasów, gdy był kapelanem do odprawiania takiej ilości), 4 kazania, nieszpory, spowiedzie i wykład w Uniwersytecie Ludowym w Objeździe.

***
W okresie wielkanocnym wyszła za mąż słuchaczka nasza Marysia Legedzianka, za swego miłego, z którym poznała się na robotach w Niemczech, a który odszukał ją potem w Wytownie. Panna młoda była śliczna i miała dużo delikatności w sobie i wrodzonej inteligencji, rodzina cała miała w sobie coś bardzo godnego i szlachetnego. Wesele było huczne, trwało całą noc i nie było na nim alkoholu poza odrobiną owocowego wina. Ks. Jan prosił mnie, abym opisała je w artykule, który chciał umieścić w jakimś piśmie. Zrobiłam to i ks. będąc w Słupsku zaniósł go do któregoś z pism, ale tam powiedziano mu, że ten rodzaj artykułu musi być oddany do starostwa. Nie pamiętam już jakimi drogami ten artykuł wędrował, ale w prasie pod zupełnie innymi inicjałami zjawił się mały artykulik, napisany w sposób nieco kpiący, w którym wyśmiewano się z gości spieszących na ucztę i doznających wielkiego rozczarowania, gdy zamiast oczekiwanego „kieliszeczka” na cześć młodych podano im herbatkę.
Drugie takie wesele, na którym byłam miało miejsce w odległym od Wytowna o 2,5 km Ryftangu (późniejsza spolszczona nazwa: Rytwianki). Mieliśmy i tam bardzo wielu uczniów. Była to maleńka wioseczka licząca kilkanaście małych domków przytulonych do wielkiego lasu. Otóż i tam było wesele bez wódki naszej uczennicy Helenki Standery z Zygmuntem Gederą. Pan młody wyrzekł się wódki, aby zaślubić piękną narzeczoną, która pod naszym wpływem twardo zażądała od niego wyrzeczenia się alkoholu. Wesele było huczne, bardzo dużo tańczono, śpiewano piosenki ludowe – byłam na nim aż do rana. Inne wesele było Słupsku. Wyszła za mąż nasza dawna słuchaczka I-go kursu Uniwersytetu Ludowego Wenia Zaleska – za naszego ucznia z Wytowna Romka Borowca.
Jednym słowem zaczynała się rozsiewać na terenie powiatu słupskiego moda na „eleganckie wesela bez wódki”. Ks. Jan, o ile tylko mógł, bywał gościem na tych weselach, i zawsze gdy parafianie go zapraszali, pytał: „Czy będzie to wesele bez wódki?” Ks. Jan bardzo wielkie znaczenie przywiązywał do walki z alkoholem. Opowiadał też, że kiedyś w czasie naszego pobytu w Wytownie był zaproszony do jakiejś obcej parafii pozbawionej księdza dla udzielenia ślubu. Po mszy zaproszono go na wesele. Stoły uginały się od butelek z wódką. Po bardzo krótkim czasie towarzystwo było pijane. Ksiądz opuścił gości weselnych, a kiedy ze wsi tej wyjeżdżał, uderzył go niezwykły obraz: w jasny, słoneczny dzień wśród zielonych łanów zboża szła drogą samotna, w ślubnym stroju i bardzo długim białym welonie panna młoda, uciekając w pole od rozhulałego towarzystwa, i płakała.
CDN