Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 65
W tym miesiącu: 156
W tym roku: 14835
Ogólnie: 295733

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

W wojsku Berlinga

Autor: admin
11-03-2014

Losy wojenne Genowefy Likowskiej z domu Ochnik
W wojsku polsko-sowieckim
Jechałyśmy do tego drugiego już wojska formowanego na ziemi sowieckiej jak zawsze ze strachem (który nas nigdy nie opuszczał), ale i z rosnącą nadzieją. Bałyśmy się tego życia wojskowego – nieznanych obowiązków i rygorów, nowych ludzi i sytuacji, ale przeważała chyba ciekawość i chęć życia. Nie miałyśmy zresztą wyboru: powołanie to powołanie, to rozkaz.
Pociąg dojechał do stacji Diwowoje. Była noc, umieszczono nas w namiocie, na podłodze namiotu była wyściółka słomiana. Rano pobudka, kapral, pewnie Polak z Armii Czerwonej, usiłuje wydawać komendy po polsku: „– Rozbiwajties’ trojkami!”. Miało to znaczyć, że ma oto nastąpić zbiórka w trójszeregu, a wszystkie się głośno roześmiały, bo słowa te miały dla nich wydźwiek erotyczny. Dotąd pamiętam jego przerażenie – nie wiedział, o co chodzi. (…)
Po zmobilizowaniu nie od razu byłyśmy pewne, że pojedziemy na zachód. W szyku trójkowym maszerowałyśmy raźniej, choć nieskładnie. Na wieczór ulokowano nas w ziemiance. Wszędzie pełno haseł – białe litery na czerwonym płótnie: „Idziem do ciebie, ziemio – matko nasza, coś z pierworodnej zrodziła nas gliny”. Po kolacji na apelu śpiewałyśmy „Wszystkie nasze dzienne sprawy...” Pieśń chóru jeszcze nie zestrojonego odbija się w moich uszach od ściany lasu.
Batalion Kobiecy im. Emilii Plater powstawał niemal równocześnie z I Dywizją im. Tadeusza Kościuszki i (co zadziwiające!) był w założeniu jednostką bojową, przeznaczoną do walki na pierwszej linii frontu; dlatego byłyśmy „fizylierkami” – wyposażono nas w pepesze. Dopiero później okazało się, że nie ma możliwości użycia takiej jednostki w formie zwartej. Kilkanaście dziewcząt i młodych kobiet po przeszkoleniu oficerskim dowodziło jednak plutonami złożonymi z samych mężczyzn, i to z powodzeniem. Naprawdę znakomite były te nasze fizylierki w służbie wartowniczej, być może ze względu na kobiecą ostrożność.
Byłyśmy – żyłyśmy! – szczęśliwe, że już tutaj jesteśmy. Mundurów jeszcze nam nie wydano, ale byłyśmy już po oględzinach lekarskich. Na komisji okazało się, że nie nadaję się do wojska – zbyt wychudzona, za słaba! Płaczę, nie chcę wracać do Akmolińska. Zwracam się do kpt. Sztachelskiej – pomaga mi, zostaję, zwolniono mnie początkowo z cięższych ćwiczeń. Po kilku dniach dostaję mundur, drużynowa woła: „Ochnikówna – zameldować się u do dowódcy”. Pytam, która ziemianka, pukam, słyszę „Wejść”, wchodzę i nie wiem, o co chodzi, mówię dzień dobrzy – słyszę „Wynoście się”, więc wracam do swojej ziemianki, a tu znowu: „Dowódca cię woła”. Idę, pukam: – „Wejść!”, a gdy wchodzę – „Wynoście się!”, i znowu – „Ochnikówna do dowódcy z drużynową!” Drużynowa melduje się, ja stoję nieszczęśliwa... – „Nauczcie ją meldować się!” i przez 2 godziny na strzelnicy marsz krokiem defiladowym pomiędzy tarczami i stanowiskami strzeleckimi, a na krańcach mam się meldować do słupka: „– Obywatelu kapitanie, melduję swoje wejście/wyjście!” Bolą mnie nogi od tego męczącego kroku defiladowego, od tego durnego meldowania się. Ale nauczka poskutkowała, przezornie byłam z musztry dobra do końca pobytu w wojsku, a musztra dla wojska jest – jak się zdaje – bardzo ważna.
Mimo wszystko – poczucie bezpieczeństwa, bo wszystko po polsku
W ramach zwolnienia od cięższych ćwiczeń przynajmniej przez tydzień myłam kotły w kuchni: praca nie była lekka, ale przynajmniej w wojsku gen. Berlinga nie czułam się zagrożona aresztowaniem. Nieraz w Akmolińsku, po drugim pobycie w więzieniu, budziłam się nad ranem z lękiem, budziłam przyjaciółkę, z którą spałam na polepie i szeptałam: „– Halinko, słyszysz? Oni chodzą pod oknami, zaraz zastukają do drzwi! Co mam robić?!” Ona odpowiadała: „– Śpij, Gena, jest cicho, nikt nie chodzi...” i momentalnie zasypiała, a ja z kołaczącym sercem, spocona i strwożona długo jeszcze czuwałam.
Tu w obozie wojskowym byłam bezpieczna. Las i rzeka Oka przypominały mi Polskę, wszędzie dookoła mowa polska, jakże było mi dobrze, mimo niedostatków jedzenia, mimo męczących, codziennych ćwiczeń i nocnych alarmów. Gen. Berling mawiał „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju”, więc ćwiczono nas ostro.
Spałyśmy w ziemiankach, deski na I piętrze i na II piętrze. Była jakaś słoma na tych deskach. Nie pamiętam, czy były jakieś koce do okrycia się. W ziemiankach było nie tyle ciepło, co duszno, co uświadamiały mi częste nocne apele. Trudno było pozbierać się do apelu, być przytomnym, równo pozapinać wszystkie guziki. W dzień odbywają się rozmaite ćwiczenia, jak to w wojsku. Chyba raz w tygodniu łaźnia, w każdą niedzielę msza święta, którą odprawiał kapelan ks. Kupsz. Te patriotyczne hasła porozwieszane dookoła, śpiewanie „Wszystkie nasze dzienne sprawy” wieczorem, a rano „Kiedy ranne wstają zorze” sprawiało podniosły nastrój patriotyczny, czułyśmy się bliżej Ojczyzny. Święta obchodziliśmy w jednostce według polskiej tradycji katolickiej – nawet stajenka była i żłobek, śpiewaliśmy kolędy.
Jedzenie w wojsku było marne. Pamiętam krupniki z kawałkami suszonych kartofli, rano na śniadanie dawali nam kawałek „świnoj tuszonki” z amerykańskich puszek, wieczorem kasza jęczmienna. Dziewczęta narzekały, że są głodne. Dookoła naszego batalionu krążyły miejscowe kołchoźnice, aby placki z marchwi wymieniać na odzież z cywila. Ja swoją odzież wysłałam mamie, bo u niej było bardzo źle. Placki jednak dziewczętom nie posłużyły, pochorowały się po tych plackach, więc z logiką wojskową wystawiono warty, aby te handlujące kołchoźnice przepędzać.

Pierwszy awans
Zaproponowano mi szkołę podoficerów oświatowych (w batalionie), gdyż jako jedna z doprawdy nielicznych miałam małą maturę. Te bardziej wykształcone, zwykle córki ziemian, oficerów, urzędników, wcześniej zdążyły wyjechać do armii gen. Andersa. Szkolono nas w tej szkółce batalionowej naturalnie w historii ruchu robotniczego, omawiano linię Curzona jako jedyną słuszną i sprawiedliwą wschodnią granicę Polski, były też ćwiczenia typowo wojskowe, jak strzelanie, musztra, czyszczenie broni itp. Sama nie wiem, jak zdołałam opanować składanie ckm Maxim wz. 1910 z rozrzuconych części, których było około 150 (w tej starej konstrukcji, zwykle niezawodnej, mogło się jednak zdarzyć prawie 70 rodzajów zacięć i trzeba było umieć je usuwać! Dlatego składanie i rozkładanie tego monstrum było tak ważne). Skończyłam szkołę batalionową jako prymuska i dostałam nominację na zastępcę dowódcy kompanii fizylierek jako oficer bez stopnia. Często mnie, z racji mojej funkcji, pytano, co z nami będzie, gdy dotrzemy do Polski – a ja sama nie wiedziałam, co w tej Polsce będzie. Wybierano spośród nas kandydatki do szkół oficerskich, poza służbą liniową szkolono na „oficerów oświatowych”, jak taka funkcja się początkowo nazywała, potem otwarcie nazwano nas „ds. polityczno – wychowawczych”.
Jednak praktyka naszego działania była w istocie „oświatowa”, a nie „polityczna”. Podległym żołnierzom wpajałyśmy podstawową wiedzę, czytałyśmy im gazety i opowiadaliśmy im o tym, jak przebiega front i jak toczą się walki. Zadania wpajania niechby i prymitywnych podstaw marksizmu-leninizmu nie tkwiły nawet w programach i planach pracy takich oficerów. Większość kobiet nie miała nawet ukończonej szkoły podstawowej. Wiele problemów i pojęć było dla nich całkowicie niezrozumiałych.

Morderczy marsz na Smoleńsk i z powrotem
Przed świętami Bożego Narodzenia w ramach „ćwiczeń” wyruszyliśmy spod Riazania na Smoleńsk; w linii prostej jest to około 500 km. Rozkazano nam iść forsownym marszem dniem i nocą, z krótkimi tylko postojami po kilkanaście minut. W plecakach niosłyśmy ciężkie walonki, w których nie sposób było maszerować (ale potem się bardzo przydały), koce, żelazne racje żywności, której bez rozkazu nie wolno było zjeść. Na ramieniu pepesza, przy pasie zapasowy magazynek i łopatka. Najgorsze były długie buty – cholewy z impregnowanego brezentu (kierzowyje), reszta, w tym zelówki ze skóry bardzo złej jakości, na stopach oczywiście onuce. Brnęłyśmy przez śnieg, ciepło nóg roztapiało na butach ten śnieg, nogi stale były mokre. Dopóki szłyśmy, było niewygodnie, ale można było to znieść. Gorzej było w czasie krótkich odpoczynków: dziewczyny padały na śnieg i momentalnie zasypiały, a budzenie wymagało mocnego poszturchiwania. Nogi przymarzały do wilgotnych butów, buty sztywniały – koszmar.
Nie pamiętam, jak długo odbywał się ten męczący marsz w zawiei i w głębokim śniegu. Nasz dowódca kompanii fizylierek poruszał się na nartach, dowódca batalionu jechał saniami. Z nami szła zastępca dowódcy kompanii, kapitan dr Irena Sztachelska, już przed wojną udzielająca się w organizacjach lewicowych. Była szczupła i wytrwała, nieraz brała pepeszę dziewczyny, która już nie dawała rady i niosła na każdym ramieniu po 2 pepesze; razem około 20 dodatkowych kilogramów, wliczając wagę 71-nabojowych magazynków bębnowych, przy wadze samego pistoletu maszynowego ponad 3,60 kg…. Podziwiałam ją i dotąd mam w pamięci jej hart ducha i jej siłę. Szła pochylona, nie korzystała z żadnego udogodnienia, jak sanie, którymi podróżowali inni oficerowie. Wiele dziewcząt nie dawało rady tym morderczym manewrom i po prostu padały, karetki je zbierały, zostawiały w jakiejś wsi, a my maszerowałyśmy dalej. Doszłyśmy w końcu do celu, rzucono nas natychmiast, bez odpoczynku, do kopania okopów, części dziewcząt udało się jednak odpoczywać. Po drodze wydawano nam do menażek dosyć pożywną zupę – podążała za nami kuchnia polowa. Potem trzy dni w okopach, zamieniłyśmy te okropne kierzowoje obuwie na walonki, przydały się one wtedy, choć ciężko było je nieść przez pół tysiąca kilometrów, były przynajmniej ciepłe.
A zaraz potem znów w drogę powrotną, też bardzo męczącą, cały czas zawieja, a od Smoleńska w stronę Riazania ciągnie się pasmo wzgórz, więc marsz znowu był bardzo uciążliwy. Dotarłyśmy w końcu do naszych ziemianek, które teraz wydały się nam bardzo przyjazne. Wieczorami przed snem rozpalałyśmy często ognisko i śpiewałyśmy „O Marianno, gdybyś była zakochana”, bądź jakieś piosenki, czasem harcerskie.

Polscy oficerowie w szkole oficerskiej
W naszym batalionie kobiecym na wyższe funkcje oficerskie mianowano członkinie Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi i KPP. Osoby te wcale nie narzucały swojego sposobu myślenia – pozostawiano pewnie tę sprawę indoktrynacji na potem. Inna rzecz, że nie za bardzo byśmy słuchały takich treści, mając za sobą przejścia jak moje; a może też już nie tak pewne były tej swojej utopii?
W styczniu 1944 r. zostałam skierowana do szkoły oficerskiej, już dla oficerów polityczno-wychowawczych, w Moskwie, przy ulicy Arbackiej, w dawnych koszarach armii carskiej. Powodem nie były poglądy, lecz po prostu moje wykształcenie – miałam małą maturę, jak wspominałam. Wykładano dużo historii, fakty były prawdziwe, ale jakaś inna interpretacja ruchu robotniczego, a także podstawowych zasad ekonomii. Wykładowcami byli m. in. późniejsi najwięksi dostojnicy państwowi i partyjni – same znane potem nazwiska.
Naturalnie były wykłady i ćwiczenia z umiejętności posługiwania się bronią, w tym znowu składania zamka karabinu maszynowego Maxim, składającego się z tak wielu części; ale to miałam już opanowane. Recytowano wiersz Juliana Tuwima
„A kiedy lud na nogi stanie,
niechaj podniesie pięść żylastą, daj pracującym we władanie
plon pracy ich we wsi i miastach”.
Przekonania miałam wtedy socjalistyczne, już przed wojną zetknęłam się z „Robotnikiem”, dziennikiem wydawanym przez PPS. To, co widziałam w ZSRR, zupełnie nie pasowało do haseł rewolucji francuskiej, ale do bardziej radykalnych i już socjalistycznych (socjalizm utopijny) haseł Wiosny Ludów. Człowiek przecież nie miał żadnych praw. Nawet poeta Majakowski pisał: „Jednostka – niczym!” W innych wierszach pisał „Niech głos ma towarzysz Mauzer!” (miał na myśli pistolet w drewnianej kaburze…), albo „Trzeba słuchać, co towarzysz komsomolec myśli!” To jest właśnie czysty bolszewizm, te trzy zdania!
Zauważyłam, że w tej szkole była grupa nieintegrująca się z resztą, ostentacyjnie trzymająca się osobno. Była to m. in. Madalińska, córka dużego przemysłowca z Łodzi, już przed wojną działająca w KPP, po wojnie została kierowniczką sekretariatu ministra gen. Stanisława Radkiewicza (Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego). Innych nazwisk już nie pamiętam, tyle tylko, że część moich kolegów i koleżanek pracowała potem w UB; ja nie utrzymywałam z nimi potem żadnego kontaktu.
W szkole zorganizowano nam spotkanie z późniejszym premierem Osóbką-Morawskim, który nas uświadamiał, jakie są podziały polityczne w Polsce. Mówił jako socjalista, ale czuło się w nim ducha polskiego i obronę polskiej racji stanu. Przemawiał też późniejszy przewodniczący Rady Państwa gen. Marian Spychalski – powtarzał jakieś ogólniki. Ogólnie po twarzach prezydium tego spotkania, a w szczególności radzieckich pułkowników, widziałam, że oni woleliby inne wystąpienia Polaków z przerzutu zza linii frontu. Między innymi Osóbka-Morawski powiedział, że „Wilno jest za daleko (od linii Curzona), ale o Lwów będziemy się targować z przyjaciółmi radzieckimi”, co wspomnianych sowieckich pułkowników wprost zmroziło, ich twarze stały się nagle kamienne – i chyba zaniepokojone, że w ich obecności dochodzi to takich rzeczy…
CDN