
| Dzisiaj: | 97 |
| W tym miesiącu: | 2473 |
| W tym roku: | 12693 |
| Ogólnie: | 562584 |
Od dnia 21-09-2006
Kolejny odcinek wspomnień Haliny Ilinicz (pierwszy opublikowano w nr 20 „Buntu”) obywatelki radzieckiej narodowości polskiej, zamieszkałej w Moskwie od 1929 r., aresztowanej przez NKWD w r. 1936 (ojca aresztowano nieco wcześniej, o czym Halina nie wiedziała) i skazanej na 8 lat „obozu pracy”, a bezprawnie więzionej 16 miesięcy dłużej. Wspomnienia spisał red. Z.T. Wierzbicki podczas jej pobytu w Warszawie
ZTW: Warto może poświęcić nieco miejsca więzienno–obozowej opiece zdrowotnej, bo przecież taka istnieje we wszystkich karnych zakładach cywilizowanych krajów; chociaż z ogólnego obrazu życia łagiernego widać, jak straszne były to warunki. Ale szczegóły i przykłady zawsze są pożądane.
W moskiewskim wiezieniu, w „speckorpusie” był lekarz. Gdy źle się ktoś czuł, wolno było stukać w drzwi, otwierało się okienko i wtedy prosiło się o lekarza. Przychodziła kobieta w białym fartuchu i przez okienko pytała zawsze szeptem (takie było ogólne polecenie), o co chodzi, co dolega i dawała termometr, śledząc cały czas przez okienko mierzenie temperatury Po zmierzeniu podawała przez okienko lekarstwo, zazwyczaj pastylki pilnując, by je połknięto.
Lecz najgorsze były w wiezieniu epidemie dyzenterii. W nasze celi było ok. 160 kobiet, a tylko jedna parasza (bardzo duży kubeł na fekalie). A były też z nami dzieci, w tym dwa noworodki. I ja zachorowałam... W gorączce straciłam przytomność. Pamiętam tylko, że zabrano mnie na nosiłkach do więziennego szpitala; była noc – powietrze – i gwiazdy, i takie szczęście, że miałam swoje łóżko. W mojej szpitalnej celi było ponad 20 łóżek, okno duże choć z namordnikiem, wiec było nieco więcej światła; zaś szyby (były zwykłe, nie zielonkawe. Były w tej celi również osoby, które dostały pomieszania zmysłów. Obok mnie leżała kobieta lat ok. 30 i mówiła zupełnie od rzeczy, tzw. urojenia na tle więziennym. Strasznie to na mnie wpływało. Chciałam dlatego najszybciej opuścić ten szpitalik. Słychać tu było ponadto straszne krzyki z dołu, przekleństwa i „rugatielstwa” najohydniejsze. Z drugiej strony niejaka Niedźwiadkowska (pewnie Polka) chciała popełnić samobójstwo, wylewając na siebie wrzątek; od szyi w dół jedna wielki rana. Nie odpowiadała na żadne pytanie.
W naszym szpitalu w więzieniu w Moskwie lekarz jednak przychodził choć nieregularnie, w najlepszym razie raz dziennie ok. południa; towarzysząca mu siostra dawała lekarstwo, pilnując jak zawsze, by było połknięte.
Natomiast ci, co zostali w celi, mieli straszne warunki, tak iż nie można było nie zachorować. Normalnym zjawiskiem było to, że kobiety krzyczały o pomoc lekarza i waliły w drzwi.
W obu natomiast obozach, w których spędziłam te 11 lat, to w pierwszym nie było w ogóle dentysty, a w drugim pojawiał się (oczywiście był -więźniem) na krótko, by wyrywać chore zęby (o czym jeszcze wspomnę), lecz były lekarki wśród więźniarek, pozbawione zupełnie lekarstw, bez przyrządów i oficjalnie bez prawa leczenia. Mogły tylko doradzać towarzyszkom niedoli w ich dolegliwościach czy cierpieniach bez możliwości leczenia.
Opieka medyczna?
W pierwszym moim obozie w Potmie siostrze wspomnianego już mojego profesora z Uniwersytetu w Moskwie Friedlanda, która była lekarzem, kazano pełnić funkcje lekarki. Rozpaczała, że nie może pomóc chorym, bo chociaż zorganizowała małą infirmerię, rozporządzała tylko pustymi dłońmi. Poza jodyną, rycyną! i może aspiryną nic nie było w tym szpitaliku. Na jej rękach umarła Radkowa, gdy czytała jej list od córki z zesłania, który właśnie nadszedł. Ale ta już nie była przytomna.
Dużo więźniarek umierało na serce lub wylewy krwi do mózgu, chociaż nikt tego dobrze nie wiedział. Między innymi umarła, prawdopodobnie na „sarkomę mózgu”, Tretiakowa, sławna aktorka, żona Postnikowa, który był zastępcą Kaganowicza, gdy ten był komisarzem kolejnictwa. Czystka objęła wszystkich wyższych urzędników tego resortu, zawiadowców stacji itp. Tretiakowa miała szalone bóle głowy, ale nikt na to nie zwracał uwagi, bo i pomóc nie było można. Gdy umarła w nocy, straż wyniosła trupa do lasu i tam zostawiła.
Natomiast, może z powodu głodu, nie było w obozie chorób żołądka. Najwięcej kobiet chorowało na serce, natomiast przeziębień nie było, a raczej ich nie zgłaszano. Wszyscy jednak chorowali na reumatyzm. By uzyskać zwolnienie z robót (u tzw. lekpoma) trzeba było mieć 38 stopni gorączki, lecz nie dawano żadnych zwolnień czy ulg w pracy z powodu reumatyznu.
Odrębną trudną sprawą było utrzymanie zębów w dobrym stanie. Szczoteczek do zębów nie można było nigdzie kupić; na szczęście, przywiózł je Jurek (brat autorki - Red.). Więźniarki, jeśli myły zęby (i jeśli je jeszcze miały), to czyniły to palcem. Zęby na skutek niedożywienia, awitaminozy itp., same wychodziły z dziąseł, a zepsute korzenie rwał od czasu do czasu dentysta – więzień, który w czasie pobytu w Karagandzie był w obozie dwa razy; rwał oczywiście bez znieczulenia. Na wizytę do dentysty pisało się „zajawki”, które zbierał lekpom. Był to straszny dzień w obozie. Ja korzeni nie rwałam – nie mogłam, a zęby mi się wykruszały. Z zębami był dramat!
Szczególnie krytyczny dla nas był wspomniany już rok 1943. Wiele kobiet-więźniarek nie miało siły, by wstać rano z pryczy (choć nie miały gorączki). Trwało to długo. „Lepkom” zwalniał z pracy, aż wreszcie jego zwolnili z tej funkcji. Przyjechała więc komisja lekarska z Dolinki – trzech lekarzy i oni orzekli o słuszności zwolnień kobiet, które chorowały; nazywano je dochodjagami, bo już „doszły” a więc były na „wykończeniu”. Tym zaczęto dawać nieco lepsze porcje jedzenia, a więc „dożywianie”, które polegało na dodaniu do kaszy trochę sosu mięsnego i czasem jakiś ochłap mięsa lub olej oraz prembludo (premia deserowa – Red.), bardzo zresztą mizerne.
Drobne przejawy solidarnej pomocy
W tym tak strasznie tragicznym okresie przychodzi do mnie Ikorkina i już z daleka krzyczy: „Ala, Ala, tiebia posyłka”. Czytam adres i poznaję charakter pisma cioci (siostry mamy), o której wiedziałyśmy, że była aresztowana (męża jej rozstrzelano), a adres nadawcy brzmiał: Akmolińsk (w Kazachstanie), drugi taki obóz dla żon aresztowanych i rozstrzelanych dygnitarzy. Jak się okazało później, pracowała jako prodstoł, bo jak przywieźli ją do obozu, to podała, że jest księgową. Po odbyciu kary zwolnili ją, ale pod warunkiem, że pozostanie w obozie na tym samym stanowisku, ale już jako „wolna” pracownica, no i za jakąś płacę, bardzo zresztą małą. Dostała nawet swoją „kabinkę”. Dowiedziała się, oczywiście przez Moskwę, bo tylko taka droga była możliwa, gdzie my jesteśmy.
W przesłanej paczce było 2 kg kaszy manny, nieosiągalnej u nas, amerykańskie jaja w proszku, a nawet parę kawałków cukru, a myśmy już zapomniały, jak smakuje cukier!
Warto tu nadmienić, iż w czasie wojny nie było żadnej korespondencji (chyba, że na bardzo bliskie odległości). Oficjalnie nie była ona zabroniona, lecz praktycznie poczta nie funkcjonowała (co najmniej w przypadku obozów więziennych). Ciotka przysłała jeszcze raz paczkę, która doszła do nas; ale wysyłała więcej paczek i listów, które do nas nigdy nie dotarły.
Po tej „lekarskiej” komisji położyli mamę do szpitala. Nie pomogło to wiele, bo jej nie leczyli, ale leżała i wypoczywała. A na farmie, dokąd chodziłam, były cielęta; w obozie paliła w piecu stara Niemka. Dawałam jej część kaszy, a ona za to gotowała kaszkę, a ja ją przemycałam do obozu dla mamy, do szpitalika. Lecz w porównaniu z mlekiem, przemycić gotowaną ciepłą kaszę, to była sztuka i przeżycie, by nie złapali. Mama zaczęła się poprawiać a potem ze szpitala zabrał ją do siebie Stankiewicz, z pomocą zresztą Naty; nie chodziła w pole, lecz sprzątała baraki, roznosiła chleb i budziła dojarki oraz pilnowała, by o swoim czasie doiły, a przy tej okazji mogła popić sobie trochę mleka, choć istniało niebezpieczeństwo nabawienia się brucelozy.
Gdy wyrok się skończył...
W 1944 r. zaczynamy się z mamą denerwować, czy nas zwolnią. Natę przenieśli do Serepty, na większe składy – miała już dużą kabinę przedzieloną nawet firanką!
Gdy minął okres, na który zostałyśmy z mamą skazane, zdecydowałam się po upływie trzech miesięcy napisać do naczelnika podanie o zwolnienie, powołując się na wyrok sądowy. Wezwano mnie do naczelnika Sawczenki (Ukrainiec), wypasionego ordynarnego człowieka, który zawsze jeździł landą zaprzężoną w dwa konie. Ten mi nawymyślał i dał trzy dni karceru: „Och ty – i tu uderzył pięścią w stół, przeklinając soczyście po rosyjsku – wojna jest, a ty (tu przekleństwa) żyjesz jak u Pana Boga za piecem (kak u Boha za pieczkoj); jeszcze raz napiszesz, to dostaniesz drugie 10 lat”. W karcerze dawali tylko wodę i 20 dkg chleba. Warto tu wspomnieć, iż wśród strażników nie spotkałam ani jednego Kazacha, choć obóz był w Kazachstanie. W obozie Karagandskim odsiedziałam pięć lat, a ogółem spędziłam z mamą w obozach 10,5 lat. Zwolniono nas na jesieni 1946 r. CDN