
| Dzisiaj: | 125 |
| W tym miesiącu: | 2501 |
| W tym roku: | 12721 |
| Ogólnie: | 562612 |
Od dnia 21-09-2006
Jerzy Turczynowicz, inżynier, absolwent Szkoły Rydzyńskiej i Szkoły Podchorążych Saperów w Modlinie (z I-ą lokatą), bardzo dobry uczeń i świetny sportowiec, uczestnik kampanii wrześniowej (23 pp.), instruktor techn. batalionu Zośka AK, autor wielu projektów architektonicznych
Byłem wychowankiem bursy im. Stanisława Jachowicza, mieszczącej się w Żbikówku, małej dzielnicy Pruszkowa. Kierowniczką bursy była moja mama Olga, a wychowawcami hr. Lilia Czapska, starsza siostra znanego malarza Józefa Czapskiego, późniejszego wybitnego działacza emigracyjnego; zaś drugim wychowawcą był harcmistrz Aleksander Kamiński, dobrze znana postać, szczególnie z okresu okupacji, wspaniały człowiek, wielki przyjaciel młodzieży i przez młodzież kochany. W sąsiedniej bursie im. Józefa Piłsudskiego kierownikiem był harcmistrz Oskar Żawrocki, serdeczny przyjaciel A. Kamińskiego. Obaj przyjechali do Polski ze Związku Radzieckiego, gdzie na Ukrainie w Humaniu tworzyli zalążki harcerstwa polskiego. Żawrocki jako absolwent Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego w Warszawie (obecnie AWF) został w 1928 r. nauczycielem wychowania fizycznego w powstającym właśnie Gimnazjum internatowym w Rydzynie. Gdy ukończyłem w 1929 r. siedmioklasową szkołę powszechną i zdałem egzamin do gimnazjum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, którego dyrektorem był prof. Ostrowski, ojciec naszego przyszłego kolegi rydzyńskiego Stacha (tragicznie zginął w czasie zimowej wędrówki narciarskiej po jeziorze koło Gołdapii – Red.). Lecz stało się inaczej, bo dzięki mechanizmowi pewnych powiązań rodzinnych i koleżeńsko – zawodowych (A. Kamiński plus O. Żawrocki plus jego żona – szwagierka dyr. Ostrowskiego) skierowano mnie do Rydzyny, ku memu przerażeniu i na moje – jak się okazało – szczęście; wówczas nic o jakiejś Rydzynie nie słyszałem i nie wiedziałem.
We wrześniu 1929 roku rozpocząłem tam naukę. Poczatki były złe. Program nauczania w szkole powszechnej był zupełnie inny niż w pierwszych trzech klasach gimnazjum. Poza tym w Pruszkowie uczyłem się języka francuskiego, a w Rydzynie obowiązywał niemiecki. Początków tego języka uczyła mnie oraz kilku innych kolegów prof. Izabela Kubicowa, po lekcjach w godzinach popołudniowych. Począwszy od 6-tej klasy wiodło mi się już trochę lepiej. Polubiłem szczególnie dwa przedmioty: matematykę i język niemiecki, oczywiście za sprawą nauczycielki. Prof. Romuald Wilkowski (zamordowany w Oświęcimu w 1942 r) umiał zachęcić do pilnego uczenia się bieżącego programu, a w klasie siódmej i ósmej przerabiał z nami nawet, w małych zespołach, elementy wyższej matematyki, tj. rachunek różniczkowy i całkowy, co mnie przydało się bardzo na pierwszym roku studiów na Politechnice Warszawskiej. Prof. Stefan Kubica uczył języka niemieckiego metodą czytania dobrych powieści ze słownikiem w ręku, a jednocześnie w razie potrzeby, wyjaśniał zasady gramatyki. I tak np. w siódmej i ósmej klasie czytaliśmy propagandową broszurę pt. „S. A. – marschiert”. Cel był wiadomy: powinniśmy wiedzieć, co dzieje się za bardzo bliską Rydzyny granicą zachodnią.
W Rydzynie dużo czasu przeznaczone było na wychowanie fizyczne. Dyrektor Łopuszański uznał sport za bardzo ważny czynnik kształtowania charakteru. A więc uprawialiśmy różne gry: szczypiorniaka, koszykówkę, siatkówkę, a w zimę hokeja na otaczającej Zamek Rydzyński zamarzniętej fosie lub graliśmy w sali gimnastycznej w hazenę (obecnie „piłka ręczna”). Z gier lubiłem szczególnie szczypiorniaka, bo grało się na dużym boisku i można było się wybiegać. Uprawiałem też, z pewnym powodzeniem, różne konkurencje lekkoatletyczne, a więc rzuty, skoki i krótkie biegi. W owym czasie próbowano też wprowadzić w szkołach i w wojsku nową grę pod nazwą: „piłka polska”. Było to powiązanie szczypiorniaka z piłką nożną. Górne piłki grało się rękami, a dolne, poniżej kolan, nogami. Nie lubiliśmy tej gry. Ważną dziedziną w naszym rydzyńskim życiu były organizowane często w niedzielę zawody sportowe z reprezentacjami szkół średnich Lesznie, z III – cim Korpusem Kadetów w Rawiczu, z gimnazjami w Kaliszu i Poznaniu, a raz w roku 3-dniowe z Liceum Krzemienieckim, na przemian w Rydzynie i Krzemieńcu.
Przed zakończeniem roku szkolnego, przez dwa tygodnie obowiązkowo odbywaliśmy wycieczki piesze, rowerowe lub wodne, a młodsze klasy spędzały miesiąc maj nad jeziorem Serwy w Puszczy Augustowskiej. Tam kończyliśmy, z pewnym „przymrużeniem oka”, naukę, bo dużo czasu poświęcone było na wycieczki.
Wspominając mój pobyt w Rydzynie nie mogę pominąć wydarzeń muzycznych. Pierwsze koncerty urządzał nam prof. Maurer, łacinnik. Wysuwał z pokoju nauczycielskiego wielki gramofon, ustawiał go w drzwiach klatki schodowej, a chętni słuchania muzyki siadali na schodach. Profesor nadawał utwory muzyki poważnej, w tym najbardziej przez niego ulubiony „Taniec Szkieletów” Saint-Saensa. Profesor Grabianka miał w swoim pokoju pianino. Zapraszał kilku z nas do siebie na posłuchanie muzyki, a ponieważ był bardzo religijny, więc zaczynało się od zmówienia pacierza, a potem zasiadał do pianina i grał Chopina. Zaś prof. Piekara, sławny fizyk i muzyk amator przygrywał nam czasem na fortepianie do tańca, poloneza lub mazura.
Od początku mojego pobytu w Rydzynie należałem do chóru, który prowadził pan Magierowicz, skrzypek i nauczyciel śpiewu. Pierwszy nasz występ odbywał się w smutnych okolicznościach. Śpiewaliśmy pieśń żałobną na pogrzebie naszego bardzo dobrego nauczyciela rysunku i robót ręcznych, profesora Antoniego Kwinty. Na innych różnych uroczystościach szkolnych śpiewaliśmy pieśni ludowe, wojskowe, a z poważniejszych utworów poloneza Chopina, chór myśliwych z opery „Wolny Strzelec”. W kościele na chórze śpiewaliśmy starą polszczyzną „Bogurodzicę...” oraz po łacinie bardzo piękną pieśń: „Gaude Mater Polonia.”
Maturę zdawałem w maju i czerwcu 1934 roku. Tak zakończył się mój pięknie przeżyty okres szkoły średniej w pięknym Zamku Rydzyńskim.