Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 112
W tym miesiącu: 3021
W tym roku: 16044
Ogólnie: 195881

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Ojciec Leon Knabit opowiada o osobach, które wywarły wpływ na jego życie

Autor: admin
20-03-2014

Styczniowe popołudnie w rozmównicy klasztoru ojców benedyktynów w Tyńcu. Z okna drugiego piętra roztacza się rozległy widok na Wisłę, ośnieżone pola i rozrzucone malutkie domki. Zadaję pytanie, o osoby, które wywarły wpływ na życie, dodając: osoby poznane osobiście lub poprzez lekturę. – „Lekturę?” – dziwi się o. Leon i z szelmowskim uśmiechem mówi – „to chyba Winnetou”...



Odpowiada ojciec Leon Knabit:


Z całą pewnością największy wpływ – tak jak powietrze, o którym się wie, ale którego się nie odczuwa, dopóki nie zacznie się ono poruszać z prędkością 175 km na godzinę – to wywarli rodzice – Aleksander Knabit i Aleksandra z domu Magdziarek. Moi rodzice byli zwyczajnymi ludźmi, zwyczajne małżeństwo wtedy względnie jeszcze młodych ludzi, bo tatuś urodził się w 1903 r., mamusia w 1906, a ja w 1929 r. Początek szkoły to rok 1936, czyli po śmierci Piłsudskiego; rozpocząłem naukę zaraz od drugiej klasy, bo po trzech dniach nauczyciele zorientowali się, że umiem już dobrze czytać (co prawda z pisaniem było gorzej) i przenieśli mnie od razu do następnej klasy. Rodzice bezsprzecznie wywarli wpływ swoją postawą. Normalna rodzina, tata pracujący na poczcie, mamusia zajmująca się domem, a więc formuła rodziny patriarchalna, mama zawsze pilna, staranna w prowadzeniu domu. Konflikty między rodzicami były stosunkowo niewielkie i nie wpływały ujemnie na poczucie stałości i bezpieczeństwa dzieci. Od samego początku było we mnie zaszczepione, że dom, pojęcie rodziny to coś bardzo wartościowego. Tatuś pracując przed wojną na poczcie zarabiał 120, potem już 180 zł miesięcznie i utrzymywał całą rodzinę, łącznie z babcią, która przywędrowała do nas do Małkini (leżącej na trasie Białystok-Warszawa) z dalekich Turmontów (obecnie na Litwie). Rodzina bowiem ojca wywodziła się z miasteczka, które było ostatnią stacją kolejową przed granicą łotewską na drodze do Dyneburga. Stacjonowała tam placówka KOP-u. Dawne nazwisko dziadka, czy może jeszcze pradziadka, było Knabson lub Knapson, sądząc po brzmieniu – inflanckie. Dziadek pracował jako zawiadowca tej małej stacyjki w Turmontach i mieszkał w tzw. „koszarce” – tak nazywano wtedy domy dla pracowników kolei, a i dzisiaj słowo „koszarka” oznacza na naszych aktualnie wschodnich terenach to samo. Dom, w którym mieszkała babcia w Małkini w pobliżu stacji kolejowej, stoi do dziś.


Z dzieciństwa pamiętam takie wydarzenie, miałem dziewięć czy dziesięć lat, pojechałem z kolegą z sąsiedztwa, Jurkiem, na wakacje właśnie do babci nad Bug. Po kilku dniach on się rozchorował, stale bolał go brzuch, więc babcia zadecydowała, że wsadzimy go do pociągu i odeślemy do domu. Wróciłem z wakacji zadowolony, a tu tata na mnie nakrzyczał: jak mogłeś puścić samego kolegę, chorego, trzeba było z nim wrócić, na szczęście nic się nie stało, ale tak się nie postępuje. Wtedy zrobiło mi się strasznie głupio. Została taka nauka we mnie: uważaj, pamiętaj o człowieku w potrzebie, lepiej w takiej sytuacji przedobrzyć niż coś zaniedbać. Z okresu okupacji pamiętam scenę, jak wracaliśmy z rezurekcji i mamusia wpadła do sąsiadki, która pomagała nam prać, aby złożyć życzenia, wróciła do domu roztrzęsiona, mówiąc: „wiesz, oni mają na święta razowy chleb posypany solą i zalany wrzątkiem”. I natychmiast zaczęła wszystko dzielić na pół – i ciasto, i mięso. Pewnych spraw potem już nie trzeba mnie było uczyć, wiedziałem, jak należy postępować – „bo tak było w domu”. Niby niewielkie sprawy, ale one pozostały we mnie i ukształtowały moje postawy i stosunek do innych ludzi. W czasie okupacji mój ojciec pracował na poczcie, w dziale, który przejmował także korespondencję do Gestapo. Przychodziło tam bardzo dużo anonimów. Mówi się, że Polacy wydawali Żydów. Z anonimów wynikało, że byli Polacy, którzy wydawali przede wszystkim rodaków, sąsiadów, donosili, że ktoś zabił świnię, słuchał Londynu itd. Tata wynosił te listy, odklejało się je nad parą wodną, i te, w których były donosy, niszczono, a puszczano jakieś nieszkodliwe czy urzędowe. Niemcy się jednak zorientowali, że coś za mało przychodzi donosów i zrobili prowokację, zaczęli sami wysyłać listy polecone i potem na poczcie pilnowali, u kogo ten list był, przez które stanowiska przechodził. I tak wychwycili trzech pracowników poczty, w tym mojego tatę. Dwóch z nich rozstrzelali. Mój tata miał wtedy czterdzieści lat. Mimo takiej tragedii nie słyszałem u mamusi złorzeczenia Niemcom, chęci zemsty, a nawet mamusia potrafiła powiedzieć: „Pamiętaj synu, są Niemcy i Niemcy”, nie było w niej niechęci do Niemców jako takich, mimo że zabili jej męża. Szkołę podstawową 7-klasową ukończyłem w czasie okupacji w 1942 roku i rozpocząłem naukę w gimnazjum już na tajnych kompletach. Skończyłem dwie klasy gimnazjum biskupiego. Przez całe gimnazjum, a potem liceum moim wychowawcą był historyk Jan Jędrychowski, który miał autorytet, jeździł z nami na wycieczki – byłem z nim w Tatrach, kształtował w nas poczucie prawdy, uczciwości, wtedy jeszcze nie wchodziły wzory komunistyczne. W ostatniej klasie liceum męskiego połączono nas z klasą żeńską; koedukacja wpłynęła na nas pozytywnie, powstało z tego jedno małżeństwo, dwie dziewczyny poszły do zakonu, a trzech chłopców do seminarium.


Potem rozpoczął się w moim życiu okres, w którym księża wpływali na zachowanie i na ideały. Byłem ministrantem w katedrze w Siedlcach od trzynastego roku życia, a więc nie od małego pętaczka. Tam obserwowałem kleryków, którzy jako całość tworzyli taką fajną, sympatyczną grupę. Nie bardzo sam wiedziałem, czy mam być księdzem, czy nie. I pamiętam dokładnie, było to 3 marca 1947 roku, zapytałem jednego z nich, z którym się przyjaźniłem, kleryka Stanisława Molskiego, czy ja mogę być księdzem, czy Pan Bóg mnie chce, bo co ja chcę, to nie jest takie ważne. I wtedy on odpowiedział: „uważam, że masz powołanie”. Powiedział to z taką stanowczością, że poczułem, iż to jest głos Boży dla mnie. Zaraz poszedłem do katedry, podziękowałem Panu Bogu, a w kajeciku, który prowadziłem, zapisałem i podkreśliłem: „znalazłem powołanie”. Do dziś mam ten kajecik. Tenże Staszek pokazał mi później Tyniec, tak że ja potem z kapłaństwa diecezjalnego przeszedłem do zakonu. Kiedy odwiedziłem go krótko przed śmiercią jesienią zeszłego roku, powiedziałem mu: „Widzisz, Stachu, udało Ci się trafić, jestem zadowolony, szczęśliwy”. Duży wpływ wywarł na mnie ojciec Wacław Skomorucha, który został ojcem duchownym seminarium, gdy ja tam wstąpiłem. Podziwiałem jego postawę kapłańską, zapał apostolski, sposób głoszenia kazań, także życzliwe odniesienie się do drugiego człowieka, troskę. Miał jasne spojrzenie na rzeczywistość, budził zaufanie, o wszystkim można było z nim porozmawiać. Moja przyjaźń z nim była bardzo wielka. Potem on został biskupem, umarł 12 lat temu.


Drugą taką postacią był biskup Ignacy Świrski, nasz ordynariusz, urodzony w Elernie pod Dyneburgiem, tam był majątek kniaziów Świrskich. Po studiach w Rzymie, podczas wojny z bolszewikami był kapelanem Wojska Polskiego, potem dziekanem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, stamtąd wraz z większością Polaków musiał wyjechać do Polski. W Białymstoku, gdzie umieszczono instytucje kościelne archidiecezji wileńskiej, został rektorem seminarium duchownego, w końcu został biskupem podlaskim. Ubóstwo nadzwyczajne, jak na biskupa, tak jak nasz papież Franciszek: chodził do biedaków, swoją pensję im rozdawał. Gdy patrzyłem na niego myślałem: „pamiętaj, taki jest ksiądz”, to, że biskup, nie było ważne. Pamiętam jakiś jego jubileusz w katedrze, gdzie przyszli ci wszyscy biedni, a on był taki szczęśliwy, że tu są i się za niego modlą. Wtedy odczułem, że jeśli mam utrzymanie w seminarium, to pieniądze nie są mi potrzebne i też tak powinienem postępować. Były w moim życiu takie malutkie ciosy dłutem życiowym, które miały wpływ na całość. Na szóstym roku seminarium zachorowałem na płuca. Wtedy ks. biskup zdecydował, że mnie wcześniej wyświęci. Do święceń kapłańskich bez dyspensy trzeba mieć 24 lata. Tak że jeden dzień po moich urodzinach, które obchodzę 26 grudnia, czyli 27 grudnia 1953 r., zostałem wyświęcony To była dobra decyzja, bo odłożenie święceń, gdy kleryk jest chory i choroba może się ciągnąć latami, źle wpływa na psychikę, a tak przyszło uspokojenie i też odciążenie mamy materialnie, bo jak odprawiałem msze, to zawsze ktoś jakąś niewielką ofiarę złożył. Potem pojechałem do sanatorium „Księżówka” w Otwocku i pierwszy list, który otrzymałem od mojego biskupa, zaczynał się tak: „Kochany księże Stefanie, a masz ty ciepłe ubranie na zimę?” – nie pobożne rzeczy, nie wyrzekanie, że jestem chorowity, nie ogólniki: trzymaj się! – tylko konkretna troska. U niego też wydębiłem, żeby wypuścił mnie do zakonu po niecałych pięciu latach bycia księdzem diecezjalnym. Nie chciał puścić, bo uważał, że będzie wojna, (był to rok 1958), a w czasie wojny rozwiążą zakony, a jako ksiądz będę mógł dłużej popracować, a poza tym, „w klasztorze się chudnie, a ksiądz nie ma z czego schudnąć”. Kiedy umarł 25 marca 1968 r., byłem akurat w Siedlcach, przyszedłem do kurii parę minut po jego śmierci i ubierałem go do trumny. Gdy zakładałem mu stułę, pomyślałem: on mi zakładał stułę przy święceniach 15 lat temu, a ja jemu na ostatnią drogę.


Następnie wielkie wrażenie wywarł na mnie ojciec Piotr Rostworowski, którego poznałem jeszcze przed wstąpieniem do Tyńca. Przeor benedyktynów, jeden z wielkich mistyków końca XX wieku. Przyjmował mnie do zakonu, był moim mistrzem nowicjatu. To, co rzucało się w oczy, to głębia modlitwy, był człowiekiem głęboko kontemplacyjnym, uśmiech nieziemski, pogodna, jasna twarz, jak to trafnie określił ojciec Augustyn Jankowski, widząc kiedyś jak idzie w kościele w szeregu mnichów: „temu dobrze z Bogiem”. Widziało się, że to jest człowiek na swoim miejscu. A jednocześnie podziwiało się jego inteligencję, znajomość języków, dowcip. Pisywał listy zawsze z „dogryzką” pewną, ale taką dobrotliwą, był szczerze przejęty ludźmi. Miał bardzo żywy kontakt z młodzieżą, rozumieli się dobrze. Później został przeorem kamedułów na Bielanach, bo kameduli nie mieli kandydata na przełożonego; został wizytatorem młodzieży kamedulskiej we wszystkich klasztorach na świecie, także w Stanach i w Ameryce Łacińskiej. Śmiał się, że jako benedyktyn prowadził się dobrze, a obecnie szykuje się do dziewiętnastego przelotu przez Atlantyk. Czasem umawiał się z kimś w listopadzie, że będzie tam w kwietniu na św. Marka o 20.15. I rzeczywiście 25 kwietnia, punktualnie 20.15 pukanie do drzwi, wchodzi ojciec Piotr. Kiedyś spóźnił się 5 minut – niesłychane, co się stało? Po 5 minutach wchodzi: „Bardzo przepraszam, nie przypuszczałem, że wejście na schody zajmie mi tyle czasu”. Poza tym pewność wiary. Kiedyś miał spotkanie w Laskach z młodymi poszukującymi komunistami z kręgu ludzi, którzy szczerze szukali dialogu z Kościołem, i wtedy oni po całonocnej dyskusji z nim powiedzieli, że nie ma płaszczyzny porozumienia, bo my szukamy, a on już znalazł. Doskonały kierownik duchowy, rozumiał, o co chodzi, można było z nim szczerze porozmawiać. Głębia modlitwy i dowcip jednocześnie, i zatroskanie o człowieka, i sposób prowadzenia klasztoru – to wszystko mi się podobało. Gdy na niego patrzyłem, to myślałem, taki powinien być mnich, tylko to teraz trzeba przekonwertować na własną postawę.


Na koniec oczywiście muszę wymienić Karola Wojtyłę, wtedy cała filozofia życiowa mi się ustawiła, nie dzięki Karolowi Wojtyle wprost, ale dzięki zrządzeniom Bożym. Po sanatorium zadecydowano, że przydałaby mi się zmiana klimatu i wysłano mnie w czerwcu 1954 r. do Gronkowa na Podhale, do proboszcza: jak nazwisko? – „przeważnie Miłaszewski”, też taki zgrywus. Umarł niestety podczas mojego pobytu i ja przez dwa i pół miesiąca administrowałem parafią. Potem poszedłem do Pewli Małej koło Żywca jako kapelan Domu Rekolekcyjnego i tam na wypoczynek ze studentami przyjeżdżał właśnie ksiądz Karol Wojtyła. I tak się zaczęło. Było w nim coś takiego jasnego, tak że już wtedy na krawędzi kalendarzyka zapisałem sobie, że wielkie wrażenie wywarł na mnie Wujek Karol. Mimo że profesor, to taki bezpośredni, zawsze więcej milczał niż mówił. Potem ja wstąpiłem do Tyńca, a on został biskupem pomocniczym, potem on arcybiskupem, a ja proboszczem. Pilnował tego, by była ścisła więź proboszcza z ordynariuszem. Mam 60 listów od niego jeszcze jako arcybiskupa i kardynała. Kiedyś mi napisał: „Papież potrzebuje modlitwy, ale kardynał też, a poza tym trzeba kiedyś przyjść”, co powiedziawszy pojechał na konklawe i już nie wrócił. Gdy pisałem do niego do Watykanu, dostałem odpowiedź: „Wszystkie Twoje listy czytam, ale nie na wszystkie odpisuję”, ale na 185 listów odpisał, to wystarczy. Pisał podobno siedem listów dziennie, na brudno na odwrocie czy kopertach, potem siostra to przepisywała, a on się podpisywał. Dostawał podobno czasem do 20 tysięcy listów dziennie. Była taka wielka sala, gdzie się uwijało parę osób i je sortowało. Tak działał ten magnes Wojtyły – czułem, że muszę do papieża napisać, bo wiedziałem, że dotrze, że pobłogosławi, a wiele listów przeczyta osobiście. On był taki, że wchodził w zastaną sytuację, to też tak uczyło postawy, że nie trzeba wszystkiego rewolucjonizować: czerwone buty – dobrze, mieszkanie na górze – dobrze. Natomiast papież Franciszek, ponieważ był dwie kadencje prowincjałem jezuitów i potem prymasem Argentyny, arcybiskupem Buenos-Aires, cały czas na górze, takiemu nikt nie podskoczy, robi co chce. Jak mówią: ubiera się jak dominikanin, żyje jak franciszkanin, a rządzi jak jezuita. Na szczęście jest dobry, ciepły, pogodny, otwarty na biednych. Gdyby był starej formacji, to ciężko by było, a tak teraz wszyscy przeciwnicy Kościoła jak kiedyś mówili: „Chrystus – tak, ale Kościół – nie”, to teraz mówią: „Franciszek – tak, ale cała reszta – nie”. A tymczasem i Chrystus, i Kościół, i Franciszek, i „cała reszta”! To jest dopiero COŚ!


Wysłuchała Dorota Giebułtowicz styczeń 2014 r., Tyniec


Ojciec Leon (Stefan) Knabit OSB, ur. w 1929 r. w Bielsku Podlaskim. W 1953 roku otrzymał święcenia kapłańskie, w 1958 r. został przyjęty do nowicjatu w opactwie w Tyńcu. W latach 1971-1980 był mistrzem nowicjatu, w latach 1977-1983 podprzeorem opactwa, a przez następnych 10 lat był przeorem w zależnym od Tyńca klasztorze w Lubiniu (pod Poznaniem). Po powrocie do Tyńca został ponownie powołany na urząd podprzeora, a w latach 2001-2002 przeora opactwa. Autor wielu książek, artykułów i felietonów