Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 19
W tym miesiącu: 1372
W tym roku: 22624
Ogólnie: 303524

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

W Kazachstanie, część XVII

Autor: Halina Ilinicz
01-04-2014

Kolejny odcinek wspomnień Haliny Ilinicz (pierwszy opublikowano w nr 20 „Buntu”) obywatelki radzieckiej narodowości polskiej, zamieszkałej w Moskwie od 1929 r., aresztowanej przez NKWD w r. 1936 (ojca aresztowano nieco wcześniej, o czym Halina nie wiedziała) i skazanej na 8 lat „obozu pracy”, a bezprawnie więzionej 16 miesięcy dłużej. Wspomnienia spisał red. Z.T. Wierzbicki podczas jej pobytu w Warszawie w latach 70-tych.

Potem był Semipałatyńsk, a po nim wreszcie płd. Kazachstan i Usztabe. Ledwie trzymając się na nogach, głodne, wysiadamy i siadamy na jakiejś beczce na stacji. I co mamy dalej robić?
Usztabe okazało się takim sobie miasteczkiem. Większość ludności to byli Koreańczycy, a pozostali — Kazachowie. Pierwsza nasza myśl, to pójść na bazar, gdzie kupujemy placuszki z kukurydzy i kwaśne mleko (bardzo smaczne). Domki Koreańczyków zadbane, wszystko lśni w przeciwieństwie do domów Kazachów.
Szukamy więc pracy. Ale nikt nie chce nas brać, bo wyglądamy przecież okropnie. Koreańczycy uprawiają ryż, nawet do tego nie chcieli nas najmować. Przez tydzień nocujemy znowu na dworcu.
Straszna nasza sytuacja: wolni, lecz może w gorszym jeszcze położeniu, co najmniej pod pewnymi względami niż w obozie.
Rozmawiamy z ludźmi, którzy mówią, że jakieś 50 km stąd (od Usztabe), w Tautel lub Tekeli (dobrze już nie pamiętam), w górach, do której prowadzi kolej wąskotorowa, a po drodze jest wielka fabryka cukru. Ale tam was — mówią — nie przyjmą, o tym nawet nie myślcie. Co to jest ten Tautel? Lecz nikt tego nie wie, bo to tajemnica państwowa, ale tam wszystkich biorą do pracy. Zaopatrzenie lepsze niż w Usztobe, gdzie sklepy są zupełnie puste.
Jedziemy więc tam, lecz w drodze mówią nam inni: jeśli was przyjmą, to już nie zwolnią, a tam przemysł szkodliwy dla zdrowia (wrednoje proizwodstwo); jakoby wydobywanie uranu?
Wysiadamy więc na stacyjce przy cukrowni. A płynęła tam w pobliżu ładna rzeka, więc wykąpałyśmy się i poszłyśmy na bazar, ale już nie miałyśmy pieniędzy. Wspólna decyzja: sprzedajemy nasze ręczniki, które przywiózł nam Jurek z dawnych domowych zapasów), a które miały duże powodzenie. Potem prosto do cukrowni, do kadr i błagamy o przyjęcie do pracy. Bez rezultatu. Nagle wchodzi jakiś elegancki, z wielkim brzuchem mężczyzna, dobrze się prezentujący, nazwiskiem — jak się potem dowiedziałyśmy — Babynin, który okazał się być dyrektorem cukrowni. Zwraca się do nas w sposób grubiański, żądając dokumentów. Gdy je zobaczył, to zaczął nam grozić: „Wy szpiony, działałyście na szkodę sowieckiego państwa, a teraz prosicie o pracę”.

Pierwsza praca na „wolności”

Ale jak się okazało: fabryka potrzebowała robotników, więc łaskawie zgodził się dać nam najgorszą pracę na polu, gdzie ustawia się sterty z burakami (kagatnoje pole). Układało się je w stosy, wyjmując z płynącej wody w kanale. A więc znowu jak w obozie w Karelii — praca w wodzie, a klimat tu był upalny i malaryczny. Na tej „buraczanej stacji” w Kazachstanie, a więc już nie w obozie a na zesłaniu, warunki zdrowotne były jeszcze gorsze, np. studzien w ogóle nie było, tylko te kanały irygacyjne, w których się myło i czerpało wodę do picia po zagotowaniu. Pierwszego dnia po pracy zaczęłyśmy szukać jakiegoś miejsca na nocleg, bo u mamy zaczynał się już atak febry. A był taki sobie baraczek w budowie, ale pod dachem, choć bez drzwi i okien. Stał się naszym domem, do którego już w nocy wślizgiwałyśmy się a maty, którymi przykrywano buraki, służyły nam za posłanie i przykrycie.

Na dnie i wołanie o ratunek

Wkrótce zachorowałyśmy obie na malarię. Majster nam wymyślał, że takich robotników mu nie potrzeba. U mamy zaczęło się od ostrego ataku malarii; u mnie poza malarią, na szczęście lżejszą, dostałam wrzodów pod pachami i na nogach, a gorączka dochodziła do 400C. Był w cukrowni, na szczęście, prawdziwy felczer; narzekał, ale pomagał. Poza nim nie spotkałyśmy tam ani jednego człowieka, któryby nam pomógł, doradził lub powiedział dobre słowo. Gdy w nocy (zimno już bardzo było) leżałyśmy na matach mamusi przypomniało się, że ojciec pracował około roku w „Sacharotrestie” i podlegały mu wszystkie cukrownie w ZSRR. A więc wszyscy dyrektorzy przyjeżdżali co pewien czas do Moskwy. Jeden z nich bardzo sympatyczny Ukrainiec, dyrektor nazwiskiem Sawlinow, zaprzyjaźnił się z ojcem i utrzymywał z nim stosunki również po jego odejściu z „Sacharotriestu”. Kiedyś nawet mieszkał z żoną u nas, gdy przyjechali do Moskwy. Przypomniałam sobie jego, gdy martwił się, że przeniosą go służbowo do Kazachstanu.
Kiedy znowu rano wleczemy się, mimo że jeszcze chore, do pracy, na chwilę siadłyśmy w cieniu stożka buraków; a już brygadier podbiega do nas z krzykiem dlaczego leniuchujemy. Wstajemy powoli, a mama pyta go, czy nie zna nazwiska: Sawlinow. Owszem zna, to dyrektor sąsiedzkiej cukrowni w Ałma Acie. A jakiś samochód ciężarowy jedzie właśnie do tej cukrowni, bo, jak się okazuje, obie cukrownie współzawodniczą ze sobą, więc „przedstawiciele” tych cukrowni odwiedzają się wzajemnie na kontrolę. Mama pisze więc na jakimś świstku papieru: „Siergiej Akimowicz, jeśli możecie, pomóżcie, my giniemy, po 10-letnim więzieniu w łagrze; z Alą znajdujemy się tu i tu”. Ja nie przywiązuje do tego wagi i nazajutrz sprzedaje resztę rzeczy na bazarze, by kupić coś do jedzenia i chodzimy na robotę, markując raczej pracę niż pracując, bo ja nadal choruję, mama też, a ja cała w ranach. Lecz w nocy, gdy leżymy w baraku, słyszymy jakiś chamski głos i stąpanie buciorów. Wchodzą do baraku takie dwa brodiagi, mużyki i świecą latarką. Widać, że wściekli, że muszą szukać kogoś po nocy. My już drżymy, a oni krzyczą na nas i chcą wyrzucić nas z baraczku. Ale po nawymyślaniu nam ordynarnie, wynieśli się z baraku.
Rano, ledwo żywe wychodzimy do pracy. Brygadzista Kocubin pyta się nas nagle, gdzie mieszkamy, i pyta o Sawlinowa.
Ponieważ mama ma znowu atak febry, wracamy więc do baraku. I tu przychodzą ponownie nasi dwaj nocni goście i po grubiańsku pytają się o nasze nazwiska, a następnie: „Wy znajome dyrektora Sawlinowa”. A na nasze potwierdzenie dalsze wypytywanie: „Do diabła, wierzyć wam, czy nie wierzyć? Prawdę mówicie, czy nie? Nie kłamiecie? Maszynę po Was przysłali — no, siadajcie, pojedziemy”.

Niespodziewana pomoc

Pomoc przyszła w ostatniej chwili; bez niej byśmy niechybnie zginęły.
Ałma Ata była od miejsca naszego pobytu o ok. 400 km, a cukrownia Sawlinowa jeszcze 9 km dalej w miejscowości Burundaj. Tam dojechałyśmy ciemną nocą, do jakiegoś ogrodzonego budynku, który był jak nazajutrz zobaczyłyśmy, obszerną willą. Wrota w płocie ktoś zaraz otworzył, a przed wejściem do domu czekała już na nas — jak się okazało później — żona dyrektora cukrowni. Zaraz szybko i cicho bez powitań, wprowadziła nas do domu, jakby chciała, by naszego przyjazdu nikt nie widział. Zajęła się nami nadzwyczaj serdecznie, opatrzyła moje rany, przygotowała kąpiel w wannie – moja pierwsza kąpiel od czasu aresztowania – i poczęstowała dobrą kolacją. Następnie zaprowadziła nas do oddzielnego pokoju, gdzie stały dwa prawdziwe łóżka z czystą pościelą. Trudno było nam uwierzyć, że to rzeczywistość.
Byłyśmy tam tylko trzy dni. Przez te dni nikogo w domu nie przyjmowali, by się nie rozeszło, że mają takich dziwnych gości u siebie. A gospodarz domu głowił się, jak nam pomóc. Nie żałował lekarstw, jedzenia, a jednocześnie bał się i denerwował, bo nie wiedział, co z nami zrobić. Po trzecim dniu naszego pobytu u Sawlinowa, w nocy, by nikt nas nie widział, wsiadłyśmy do półciężarówki z otrzymanymi sporymi zapasami żywności i pojechałyśmy do Żetygiena. Była to stacja kolejowa odległa od Ałmy-Aty o ok. 40 km, stanowiąca punkt zbiorczy dla zwożonych buraków tzw. „cwiekłopunkt”.
Pracowały tu tylko Niemki z Powołża, przesiedlone bez mężów (ci byli aresztowani) z dziećmi; jedna z nich Paula Drescher miała ich pięcioro. Co się stało z aresztowanymi mężami nie wiedziały. Przepadli jak kamień w wodę.
Kierownikiem był niejaki Zorin, inwalida wojenny (4 lata na wojnie w Europie), bezpartyjny, który wszystkiego miał już dosyć. Ale magazynierem był już partyjny.
Kierownik przydzielił mamę do pracy przy wadze, a mnie do pracy w biurze. Niemki i inni robotnicy mieszkali w ziemiankach, które, gdy były deszcze, zawalały się. Kierownik kazał zamknąć tzw. krasnyj ugołok, czyli świetlicę, którą był mały pokój i tam nas umieścił. Był to jednak pokój, choć bez podłogi, a więc miałyśmy lepsze warunki niż inni tu zesłańcy, a byli więźniowie. Kierownik pozwolił nam zabrać maty, bo bielizny pościelowej nie miałyśmy ani poduszek, a tylko jeden koc (drugi dałam w obozie Ikorkinie). Poza kierownikiem Zaninem, prostym ostrym człowiekiem oraz magazynierem nie było tu innych Rosjan, tylko – jak już wspomniałam – Niemki z dziećmi. Zorin siedział na tym odludziu i czegoś się bał, może był w niewoli niemieckiej. Mówił nam jednak o strasznej grabieży (marodiestwo) żołnierzy sowieckich, o tym jakie straszne łupy zabierali. Ułożyły się między nami dobre stosunki, domyślał się o nas sporo, ale nigdy nas nie zapytał o przeszłość.
Niemki prosiły mnie o pisanie podań do władz w sprawie mężów i do naczalstwa Gułagów. Napisałam ich ok. 100; one nie umiały pisać po rosyjsku. Była to straszna nędza, choć może miały się trochę lepiej niż my w obozie. Natomiast było jeszcze w tym „buraczanym punkcie” dwóch stróżów –Węgrów; jeden z nich pilnował w nocy buraków i zachodził do kantorka, by się pogrzać. Nie wiadomo skąd się on tu wziął; nazywał się Maryoszy. Drugi Węgier był jeńcem wojennym jeszcze z I wojny, pozostał w Rosji a następnie został aresztowany i zesłany do Kazachstanu.
Sawlinow przysłał nam małego prosiaka i pięć kur; radził założyć małe gospodarstwo, polecając wydzielić dla nas małą działkę pod ziemniaki. Nasze kury zostały niestety, zjedzone przez świnię Węgra, bośmy nieostrożnie razem je trzymali.

Nowa praca i nowe warunki

Moja praca w kantorze polegała na prowadzeniu ewidencji. Każda kołchoźnica miała 1 ha do obróbki, a prawie wszystkie tam urodzone Polki, dosyć już zrusyfikowane (mężowie ich byli aresztowani i nic o nich nie wiedziały) były kołkoźnicami. Jeśli zebrały więcej buraków, ponad plan, to za nadwyżkę dostawały cukier, który miał tam wielką cenę, bo go w ogóle kupić nie można było. Kołchoźnice przyjeżdżały więc z burakami samochodami, które otrzymała Stacja), by dopilnować wagi oddawanych buraków. Pewnego razu jedną z nich, Dobrowolskoją (z pochodzenia Polka) zaprosiłyśmy, ponieważ było już późno, by u nas przenocowała, oczywiście na klepisku. W rozmowie z nami prosiła mnie usilnie, by podnieść „normę” jej buraczanego transportu:
– Co to ci szkodzi? Nie bój się, wszyscy tak robią. W ubiegłych latach tak samo. W ten sposób robi się „udarników socjalistycznego truda”.
Zaczęłam więc tak robić. Jak przywiozła ona 1 tonę, to ja zapisywałam 1,2 t. I stała się ona stachanowką, pisały o niej wszystkie lokalne gazety, a nawet wozili ją na różne pokazowe zebrania.
Ja dopisywałam te wartości, ale w nawale pracy zapomniałam już komu, a ponadto masowo kradli buraki na wódkę, dla szoferów na poczęstunek i na sprzedaż. A kraść przychodzili do nas nocą z okolicznych kołchozów. A ponadto pewien procent wliczało się na straty w produkcji. Tak iż kontrola była praktycznie niemożliwa.
Halina Ilinicz
CDN