Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 46
W tym miesiącu: 192
W tym roku: 6039
Ogólnie: 316300

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Piotr Łossowski - Powstanie styczniowe. Jak do niego doszło?

Autor: Piotr Lossowski
17-03-2013

Podjęta została decyzja uczynienia roku 2013 – rokiem obchodów 150 rocznicy powstania styczniowego. Jest to bezsprzecznie słuszna inicjatywa. Wydarzenia z lat 1863-1864 poszły już w dużym stopniu w niepamięć. W tej sytuacji warto, wykorzystując okazję, wypowiedzieć się, jak przebiegało i czym było powstanie styczniowe. Tym bardziej, że wcale nierzadkie są głosy osądzające powstanie, a nawet potępiające podjętą wówczas bohaterską, choć nie rokującą powodzenia walkę. Tematyka powstania styczniowego jest szeroka i wielowątkowa. Trzeba przy tym pamiętać, iż samą walkę poprzedził dłuższy okres demonstracji, podczas których ludność manifestowała coraz wyraźniej swe pragnienie wolności. Dokonywała się w tym czasie „rewolucja moralna”, następowała radykalizacja nastrojów, co stworzyło przesłankę do następnego kroku – zrywu zbrojnego. W tym miejscu pragnę wypowiedzieć się tylko o tym pierwszym okresie.
Próby zaaktywizowania społeczeństwa
Do początku lat 60-tych XIX wieku ziemie zaboru rosyjskiego wyraźnie pozostawały w tyle, w porównaniu do tego co działo się w zaborze austriackim i pruskim. Nawet podczas wojny krymskiej, która zakończyła się klęską Rosji, w Warszawie nic nie drgnęło. Namiestnik Królestwa Michał Gorczakow, raportując Aleksandrowi II o stanie kraju za 1860 rok, wyrażał zadowolenie z zaistniałej sytuacji. Zwłaszcza gospodarka miała być w stanie kwitnącym. Namiestnik nie widział potrzeby żadnych zmian.
Wszakże zmiany, zwłaszcza społeczne, były konieczne. Chodziło w pierwszym rzędzie o zniesienie pańszczyzny i uwłaszczenie chłopów. Rozumiała to większość właścicieli ziemskich, a szczególnie tych, którzy zjednoczeni byli w Towarzystwie Rolniczym. Co więcej wśród młodzieży rozpoczął się ruch umysłowy. Zbierano się na wspólne czytanie zakazanych książek, prowadzono dyskusje. Podejmowano różne działania, ażeby rozruszać pasywne społeczeństwo.

Podnieść ducha narodu
Jedno z kółek postanowiło wyjść do szerszej publiczności. W tym celu wykorzystano pogrzeb generałowej Sowińskiej, wdowy po słynnym obrońcy reduty wolskiej podczas powstania listopadowego. Przemawiano do ludzi, rozdawano ulotki. Rezultat był widoczny, nastąpiło wyraźne poruszenie.
Stało się to zachętą do zrobienia następnego kroku, mianowicie urządzania obchodów różnych wydarzeń postania listopadowego, którego okrągła 30 rocznica właśnie przypadała. Po mszy w kościele Karmelitów na Lesznie zabrzmiała po raz pierwszy publicznie pieśń „Boże coś Polskę”. Manifestacja wywarła duże wrażenie.
Był to znak zmiany nastrojów. Idea podnoszenia ducha narodu coraz silniej torowała sobie drogę. Zrodziła się myśl okazywania swych postaw za pomocą żałoby narodowej. Kobiety zaczęły nosić czarne suknie, zaś mężczyźni ciemne czamarki i rogatywki. Karnawał 1861 roku obchodzony był nader skromnie. Żałoba stała się działaniem masowym, które wpływało na szerokie kręgi społeczeństwa.
Teraz każda rocznica, każda okazja była dobra dla organizowania wciąż nowych demonstracji. Na 25 lutego zwołano manifestację w 30. rocznicę bitwy grochowskiej. Pochód wyruszył z ulicy Freta. Na czele niesiono czerwoną chorągiew z białym orłem, obok kościelną. W pierwszych szeregach zapalono pochodnie. Manifestacja robiła przejmujące wrażenie – czytamy we współczesnej relacji – W mroku wieczornym migotały płomienie pochodni, a oświetlony Orzeł Biały unosił się nad tłumem. Na widok manifestantów ruszyli na nich konni żandarmi. Mimo prób oporu pochód został rozproszony. Kilkadziesiąt osób zostało rannych.
Wrażenie manifestacji było jednak ogromne, szło w parze z rosnącym oburzeniem na postępowanie żandarmów. Postanowiono zamanifestować to, na jeszcze większą skalę, już 27 lutego. Maszerowano znowu uliczkami Starego Miasta, by rosnąc w liczbę, wyjść na Plac Zamkowy. Reakcja ze strony zgromadzonego wojska była bardzo brutalna.
Zaczęło się od ataku Czerkiesów na tłum, bicia i płazowania szablami. Ludzie próbowali się bronić. Zawziętość i wrogość z obu stron potęgowały się. W pewnym momencie na plac wystąpiła rota niżowskiego pułku piechoty. Rozległa się komenda i salwa karabinowa została oddana do tłumu. Chmura dymu przesłoniła miejsce wydarzenia. Krzyk zgrozy rozdarł powietrze, gdy rozproszył się dym. Na bruku leżeli zabici i ranni. Zginęło wówczas pięć osób. Ale po chwilowym zamęcie gromadzić się zaczęły jeszcze większe tłumy. Współcześnie oceniano, że „przez ten rozlew krwi cała Warszawa została jak najsilniej na rzecz ruchu zaagitowana i po jego stanęła stronie”.
Władzom nie udało się zastraszyć ludności. Wręcz przeciwnie, narastała zawziętość. Nie bano się wojska, przemarszów ulicami, potrząsania orężem. W wytworzonej sytuacji niewiele dawały próby porozumienia. Najwyraźniejsze wysiłki podjęte przez Aleksandra Wielopolskiego też nie przyniosły rezultatu.
W napiętym oczekiwaniu minęło kilka tygodni. Dzień 8 kwietnia 1861 roku nie zapowiadał początkowo niczego szczególnego. Na Placu Zamkowym zebrało się wprawdzie trochę młodzieży, która zaintonowała „Boże coś Polskę”. Stopniowo jednak tłum narastał. Panowało oczekiwanie, że coś się wydarzy.
Nagle z bramy Zamku wyszedł starszy oficer w towarzystwie dwóch doboszów. Gdy umilkły bębny oficer wezwał zebranych do rozejścia się, gdyż po trzykrotnym bezskutecznym wezwaniu zostanie zastosowana siła. Nie uwierzono temu. Zaczęła się przepychanka publiczności z policją. Uformowany pochód z krzyżem na czele próbował przedrzeć się przez plac. Wówczas wojsko zaczęło strzelać. Padło kilkudziesięciu zabitych i rannych. Tłum jednak nie ustępował. Wywiązała się nierówna walka. Trwała dość długo zanim przybyły posiłki wojskowe. „Ze wszystkich stron miasta – czytamy w relacji – rozległy się sygnały wojskowe, dźwięk trąb, łoskot bębnów, tętent pędzących koni i turkot armat. Zrobiło to wrażenie. Ulice opustoszały”.
Pamięć masakry jednak pozostała. Rosła zawziętość wobec wojska, wobec zaborców. Zwiększała się przy tym liczba ludzi, którzy jedyne wyjście widzieli w przygotowaniu ludności miejskiej, a potem i wiejskiej do powstania, do zbrojnego zrywu. Myślano przy tym nie tylko o Królestwie Polskim, ale i ziemiach zabranych. Organizowano wciąż nowe manifestacje, które miały przybliżyć ideę jedności ziem Rzeczpospolitej.

Manifestacja w Kownie

Największą i symboliczną urządzono 12 sierpnia 1861 roku w Kownie. Miasto leżało wówczas na styku ziem Królestwa i Litwy, a granicę wyznaczał bieg Niemna. Ruszyły ku sobie dwie wielotysięczne demonstracje z prawego i lewego brzegu Niemna. Władze nie chcąc dopuścić do ich połączenia, rozebrały pośrodku drewniany most. Nie powstrzymało to jednak ludzi – płynięto ku sobie na tratwach, na łodziach. Kozacy, którzy próbowali do tego nie dopuścić, nic jednak nie podołali. „Bez żadnego rozkazu – czytamy w tekście źródłowym – olbrzymie tłumy padły na kolana, nie przerywając przejmującego śpiewu i bite, tratowane końmi, trwały nieruchomo”. Wojsko okazało się wobec tych bezbronnych ludzi bezsilne.
Teraz już każdy miesiąc, każdy tydzień niemal przynosiły nowe wydarzenia. Rosnącej woli oporu nie mogły złamać nasilające się represje. Mnożyły się protesty Mimo ostrzeżeń, mimo ofiar władze carskie nie dostrzegały innych sposobów na „uspokojenie” ludności. Wierzyły, że tylko represje i siła mogą okiełznać niepokornych Polaków.

Msze za Ojczyznę
Jednak brutalne tłumienie wystąpień nie pomagało. Opór krzepł i narastał. Dawała się zauważyć rosnąca rola Kościoła, który wspierał ruch oporu. Wydarzenia rozgrywały się wokół i wewnątrz kościołów. Od jesieni 1861 roku rozpoczęły się nabożeństwa „za pomyślność ojczyzny”, które zamawiały różne środowiska. Po zakończeniu mszy rozlegały się śpiewy patriotyczne, które intonowały zorganizowane grupy młodzieży.

Stan wojenny w Królestwie
Gniewało to niepomiernie władze zaborcze, które zrobiły następny krok na drodze tłumienia wystąpień. Mianowicie 14 października 1861 roku w całym Królestwie wprowadzony został stan wojenny. Pozamykano niektóre najbardziej uczęszczane kościoły, wojsko wdarło się do wnętrz. Aresztowano mężczyzn w sile wieku. Część z nich oddano pod sąd. Skazywano na wcielenie do wojska bądź na zesłanie.
Na prowincji naczelnicy wojenni dopuszczali się okrucieństw. Na przykład w Płocku miejscowy dowódca kazał bić rózgami kobiety, które chodziły w żałobie. Wszędzie miały miejsce deportacje w głąb Rosji.
Wszystko to wzmagało jeszcze do ostatecznych granic nienawiść do zaborcy i bynajmniej nie złamało ducha oporu. Stan napięcia przeciągał się. Ale ludzie rozumieli, że trwać tak nie może bez końca.
Po wprowadzeniu stanu wojennego, wśród nieustannych „dragonad moskiewskich” idea zbrojnego zrywu upowszechniała się coraz bardziej. Wydawana w podziemiu „Strażnica” pisała w 1862 roku: „Zbrojne powstanie jako ostateczna z najazdem rozprawa, prędzej czy później wybuchnąć musi. Wymaga to jednak dobrego przygotowania, wielkiej siły, większej rozwagi, a najwięcej odwagi”. Wyrażała ona poglądy większości mieszkańców.

Ku powstaniu
Gdy analizujemy opisane wydarzenia dostrzec możemy, jak kraj najpierw powoli, a później coraz prędzej zbliżał się ku powstaniu. Przemożne stawało się pragnienie chwycenia za broń, by odzyskać wolność.
Największą odpowiedzialność za to ponosiły zaborcze władze rosyjskie. Nie rozumiały one podbitego narodu. Sądziły, że brutalnej siły wystarczy, by zdusić niepodległościowe dążenia. Proponowane przez rząd ustępstwa były ograniczone i połowiczne. Nie mogły odmienić nastawienia Polaków.
Ale jednocześnie i ze strony polskiej wytworzyła się sytuacja, w której praktycznie decydowali młodzi, niedoświadczeni ludzie, kierujący się emocjami. Nie dostrzegali oni złożoności wytworzonego położenia, nie chcieli widzieć ogromnej dysproporcji sił.
Nieodwołalnie zbliżała się konfrontacja zbrojna.
Piotr Łossowski