Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 76
W tym miesiącu: 167
W tym roku: 14846
Ogólnie: 295744

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Ks. Jan Zieja - Być księdzem w Polsce, cz. 3 (ostatnia)

Autor: Ks. Jan Zieja
05-04-2013

Normalny przebieg studiów przerywa wojna. Księża i studenci zgłaszają się do wojska jako ochotnicy. Ja też – jako kapelan. Jednak biskup sandomierski nie zgodził się na to. Zadecydował tak, gdy otrzymał powiadomienie, że kapelanów jest już dość i nowych zgłoszeń się nie przyjmuje. Zostałem w Warszawie do czerwca 1920 r. Potem byłem w Drzewicy. W końcu przysłano z Kurii pozwolenie: mogę wstąpić do wojska – w trzeciej dywizji gen. Berbeckiego właśnie zmarł kapelan – potrzebny następny.
Gdy się zgłosiłem do wojska, natychmiast przesłano mnie do Siedlec, gdziem został przydzielony do 8 p.p. Legionów. Odbyłem z tym pułkiem całą kampanię do 21 listopada 1920 r. Pierwsza, czynność kapłańska to było prowadzenie pogrzebu jednego żołnierza poległego na wschód od Brześcia. Trumna z nieheblowanych desek zbitych w pośpiechu: z trumny szparami wychodziły wiechcie słomy. To ubóstwo jego pogrzebu zdobiło na mnie wielkie wrażenie.
A potem takich trumien było coraz więcej. Wreszcie 3-dniowa bitwa pod Brzostowicą Wielką. Z naszej strony brała w niej udział cała III Dywizja. Na tamtejszy front sowiecki przybył sam Trocki, naczelny wódz.
Pułk nasz przesunął się do Brzostowicy wcześniej. Nie pamiętam, dlaczego ja sam zostałem we wsi o jakieś 10 km. Odbywałem tę drogę sam, pieszo w sukni księżej, ale w mundurze żołnierskim; w teczce komża, stuła i krzyż. Gdym doszedł do wzniesienia torami przed Brzostownicą – była pora przedwieczorna, ale jeszcze było widno. Rozległy się strzały karabinowe i armatnie. Widzę z pagórka, jak oddział naszej artylerii ustawia się w polu z lewej strony gościńca. Na prawo od gościna jakieś niskie zarośla. Tam ciągną nasi piechurzy. Biegną chyłkiem rowem przydrożnym. Przyłączam się do tego oddziału naszej piechoty. Zakładam komżę, stułę, ściskam krzyż w ręku. Nie ustaje strzelanina. Rozkaz: „padnij!” Padliśmy w tych krzakach na ziemię. Nikt nie jest ranny. Pociski karabinowe przelatują nad nami. Gdy tak leżymy dość długo, mówię do kaprala obok mnie leżącego.
– Dlaczego nie podrywamy się i nie biegniemy naprzód, by odpędzić nieprzyjaciela?
– Nie mamy rozkazu – odrzekł kapral.
Gdy zapadł zmrok, strzelanina dlaczegoś ucichła. Dostałem się do miasteczka, zgłosiłem się do dowództwa pułku, bo tam było regulaminowo moje miejsce postoju. Przez trzy dni trwała zacięta walka. Rannych mnóstwo. Ostatnia kompania naszego pułku weszła do działań. „Nie ma już żadnych rezerw” – mówi dowódca pułku. Do jakiejś stodoły przywieziono ciężko rannego porucznika. Staję nad nim:
– Panie poruczniku, jest ksiądz przy panu. Może pan chciałby się spowiadać?
– Nie.
– To niech pan tylko pomyśli o Bogu. Ja będę się modlił za pana.
– Dziękuję, księże kapelanie. Ja sam jestem sobie Bogiem. Proszę tylko dać znać o mej śmierci mojej matce, mieszka w Kijowie.
Trzymałem go za rękę aż skonał. Z trudem odłączyłem swoją dłoń od jego już zimnej dłoni.
Gdy ucichły walki, a bolszewicy się cofnęli – poszedłem na główne pobojowisko na zboczu doliny. Straszny widok! Nie do opisania. Nie do zapomnienia!
Potem było już tylko gonienie uciekających bolszewików, drobne potyczki. Po jednej z nich dostał się do naszej niewoli oficer bolszewicki. Klęcząc składał ręce i wołał: Iditie w Moskwu! Daroga odkryta! I wreszcie ostatnia potyczka i pogrzeb dwu poległych żołnierzy. Ostatnie moje kazanie do żołnierzy pułkowych:
„Wychowywały nas ideały chrześcijańskie. Jeżeli w tej wojnie żołnierz polski wziął do ręki karabin, to tylko po to, żeby go już nikt nigdy do ręki nie brał”. Po Mszy św. dowódca pułku kapitan Szafranowski powiedział mi: „Księże kapelanie, myślałem nad tym, czy was nie aresztować za takie powiedzenie; gdy wojna jeszcze trwa, pokój nie zawarty”.
Ale nie aresztował mnie i wkrótce po tym, gdy dowództwo pułku przebywało dłuższy czas w Kiemieliszkach czy gdzieś jeszcze dalej, telefoniczne wezwanie: „ksiądz kapelan Jan Zieja ma się natychmiast stawić w dowództwie dywizji, stacja kolejowa Podbrzezie”. A do tego Podbrzezia było 21 km. Moje koniki były tak wyczerpane, że mowy nie było, bym je użył do tej wyprawy. Podwód bezpłatnych nie wolno było brać. Chciałem nająć za pieniądze furmankę u jednego z tamtejszych gospodarzy. Odmowa. Dlaczego?
– Ja bojusia.
– Czego?
– Wołkow.
Więc zostało tylko jedno: ruszać pieszo – a nadchodził wieczór. Ułamałem sobie gałąź z jakiegoś drzewa i ruszyłem wieczorem sam – cały czas droga wiodła przez lasy. Stawiłem się w dowództwie około północy (21 listopada 1920 r.). Przyjął mnie gen. Berbecki. Krzyż walecznych i natychmiastowe zwolnienie z wojska na kończenie studiów uniwersyteckich. Takie samo zwolnienie otrzymali wszyscy ochotnicy studenci. Tak się skończył mój udział w wojnie.
Zabrałem się do nauki i życia akademickiego na nowo. Odczułem, że Związek Młodzieży Ludowej woli obywać się beze mnie. Zbliżyłem się do Odrodzenia. Obserwowałem polityczny ruch Chrześcijańskiej Demokracji, ale po zjeździe CH.D. w Skarżysku, gdzie uchwalony przez Zjazd uczestników: „Udział robotników w dochodach zakładów przemysłowych”, uznano za niemożliwy do przyjęcia, bo go nie zaaprobują biskupi – przestałem się tym ruchem interesować, a bardziej zacząłem się przyglądać organizacji młodzieży wiejskiej.
27 czerwca 1979 r. przerwałem robienie tych zapisków. Strata czasu. Trzeba mi jeszcze czegoś uczyć się, a nie opowiadać o niepowrotnych zaszłościach.