Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 59
W tym miesiącu: 150
W tym roku: 14829
Ogólnie: 295727

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Z wizytą u polskich protestantów

Autor: admin
08-04-2013

Rozmowa z proboszczem parafii w Kętrzynie pastorem Pawłem Hause
Red. Z. T. Wierzbicki (ZTW) – Prosiłbym księdza o kilka wstępnych wyjaśnień o Jego parafii św. Jana Apostoła w Kętrzynie na Mazurach.

Pastor Paweł Hause (PH) – Reformacja w Kętrzynie zawitała, tak jak na całych Mazurach, w XVI w. Jednak ciekawostką jest to, że w roku 1480 powstał kościół (obok obecnego kościoła św. Jerzego) jako kaplica cmentarna, przekształcony w szkołę łacińską, a w XVIII w. zaczyna służyć ten kościół Mazurom i nazywany jest od tej pory „kościołem polskim”. Od początku XIX w. datują się nabożeństwa w języku polskim, ewentualnie odprawiane po mazursku; znane są nazwiska polskich diakonów, pastorów dla ludności częściowo napływowej z Mazowsza, albo autochtonicznej, która już mówiła po mazursku. Patron Kętrzyna, dawnego Rastenburga, który urodził się jako Adalbert von Winkler, dorastał w rodzinie pastora ewangelickiego, jednakże zmienił nazwisko na polsko-brzmiące Wojciech Kętrzyński, gdy dowiedział się, że jest adoptowanym dzieckiem z rodziny polskiej. Zaczyna zbierać stare zachowane historie, wiersze w języku polskim, zostaje historykiem i badaczem literatury; od jego nazwiska przyjmuje nazwę Ośrodek Badań Naukowych w Olsztynie. Zaś stara nazwa miasta Kętrzyn pochodzi zapewne od połączenia słów: rasten – odpoczywać i burg: zamek; może dlatego, że od początku miasta był tu zawsze zamek, gdzie rycerze mogli odpoczywać. Gdy Kętrzyński umiera (1918 r.), następuje fala germanizacji, która doprowadza do tego, że praktycznie cała ludność mówi już tylko w języku niemieckim, bardzo niewielu mówi po polsku czy rozumie mowę polską. Kościół polski, znów traci swoją polską funkcję i służy parafii niemieckiej dużego kościoła jako dodatkowa jego kaplica, np. do odprawiania nabożeństw dla szkółki niedzielnej czy lekcji konfirmacyjnych. Po 1945 roku duży kościół przechodzi w ręce katolików. Ludność napływowa, która tutaj się znalazła m.in. w związku z „akcją Wisła”, otrzymuje w darze duży kościół, a ludności niemieckiej pozostaje mniejszy kościół ewangelicki, tuż obok kościoła św. Jerzego. Duża część autochtonów wyjeżdża zaraz po wojnie, albo w późniejszych falach emigracji.
Po wojnie sytuacja mniejszości ewangelickiej była taka sama jak na innych terenach naszego kraju, ale tu jeszcze dochodził element narodowościowy, ponieważ Mazurzy byli utożsamiani z Niemcami; więc spotykały ich szczególne represje, byli stawiani w sytuacji, że muszą stąd wyjechać. W związku z tym nie wolno było odprawiać nabożeństw w języku niemieckim.

Przedziwny jest fakt, że tylko na tych terenach władza ludowa nie zgodziła się na odprawianie nabożeństw po niemiecku, w przeciwieństwie do Wrocławia, Zielonej Góry, Szczecina, Słupska i wszędzie tam, gdzie powstały nie-polskie zbory ewangelickie i gdzie gromadziła się ludność pochodzenia niemieckiego. Dopiero przełom Solidarnościowy przynosi odwilż i można już odprawiać nabożeństwa w języku niemieckim – głównie w sezonie dla turystów, ale też dla ludności pochodzenia niemieckiego (wprowadził to biskup ewangelicko-augsburski Janusz Jagódzki). Na tych terenach podczas sezonu przysyłani są duszpasterze z Kościoła ewangelickiego z Niemiec i oni odprawiają nabożeństwa. Lecz po 1945 r. mogły się tu odbywać nabożeństwa tylko w języku polskim, co stanowiło dużą trudność dla ludności autochtonicznej; zdarzały się takie przypadki, że śpiewano pieśni w języku niemieckim, mimo iż ksiądz zapowiadał pieśń ze śpiewnika polskiego; starsi po usłyszanej melodii odnajdywali tę pieśń w starym sprzed wojny śpiewniku. Z czasem sytuacja uległa zmianie, ponieważ ludność już mówi i rozumie po polsku.
Nastąpiły fale wyjazdów w latach 50, 60, 70 i 80, podczas których sporo parafian wyjechało głównie do Niemiec, ci którzy pozostali, są wiernymi uczestnikami nabożeństw; pozostało w powiecie kętrzyńskim, bartoszyckim i powiecie lidzbarsko-warmińskim zaledwie około 550 parafian ze stacjami kaznodziejskimi, ale jest to i tak największa parafia ewangelicka na Mazurach.

ZTW – Co było powodem, że nie wszyscy wyjechali, część pozostała?

PH – względy rodzinne przede wszystkim; ci, którzy poślubili kogoś z grona ludności napływowej – Polaków, Białorusinów, Ukraińców, to im trudno było się wyrwać, bo tu urodziły się dzieci, wnuki. Część, która pozostała, ale nie chciałbym generalizować, to ci, którzy nie znaleźli dość odwagi, iskry ku temu, by wyjechać, zaryzykować, lub też tacy, którzy pozostali tu świadomie i z dumą to podkreślają, że ich wypędzano, a oni tu się urodzili, oni są tu u siebie.

ZTW – Przełomem w stosunkach była w Polsce Solidarność. Czy można więc powiedzieć, że odegrała ona i w tym regionie rolę pozytywną?

PH – Może tu tak bardzo nie było to odczuwalne, chociaż w połączeniu (zaryzykuję wiele mówiąc to) z osobą Papieża Jana Pawła II miało to niewątpliwie swoje znaczenie ze względu na jego podejście ekumeniczne. Wolność, którą otrzymali rzymscy katolicy zaczęła przekładać się na większą tolerancję wobec innych wyznań. Skończyło się wybijanie szyb w kościołach ewangelickich. To, jakiego kto był pochodzenia, wyznania, przestało odgrywać decydującą rolę, jak miało to miejsce przed tym przełomem. Abstrahując od tego, co rzeczywiście myślał Papież i co rzeczywiście działo się w umysłach katolików, stworzona została pewna wizja otwartości. Papież Polak wychodzi naprzeciw, zaprasza przedstawicieli różnych Kościołów, różnych wyznań, nawet innych religii, i to bardzo pozytywnie zostaje tu odebrane. Lokalnie przekłada się to na autentyczną otwartość, może idącą dalej, niż się tego hierarchia w Watykanie spodziewała. Ludzie naprawdę zaczęli się szczerze zapraszać, wykazywać wzajemną akceptację, choć śmiem twierdzić, że w pierwotnym zamyśle miały to być tylko pewne gesty; natomiast nie mogło to dokonać się faktycznie wobec bardzo silnej tożsamości Kościoła rzymskokatolickiego. Początkowo zaczęto może nawet patrzeć z niepokojem na tę otwartość ekumeniczną, ale okazało się, że nie trzeba w tym widzieć żadnego niebezpieczeństwa, że ta otwartość rzymskich katolików nie przeszkodziła im w tym, by pozostawali oni dalej wiernymi synami i córkami Kościoła rzymskiego. Ale nam bardzo to ułatwiło współpracę i egzystencję. To z kolei mogło doprowadzić do tego, że spora część społeczeństwa mogła zacząć się bardziej interesować innym wyznaniem, np. Kościołem ewangelickim; ale nie odnotowaliśmy takiego zainteresowania, które byłoby połączone z chęcią przyłączenia się do naszej wspólnoty.

ZTW – Czy przed przełomem Solidarnościowym nie było jakichś poważniejszych przejawów dyskryminacji przez władzę administracyjną np. czy ewangelicy nie mieli większych trudności niż katolicy w uzyskaniu lepszej pracy, płacy itp.?

PH – Dorastałem, wychowywałem się w Warszawie, tam odczuwałem skutki propagandy komunistycznej w szkole, że Niemiec to wróg i jeśli ktoś nosił niemiecko-brzmiące nazwisko był obiektem wyszydzeń. W szkole podstawowej był to dla mnie problem, że nosiłem takie nazwisko, więc byłem postrzegany jako ktoś obcy, jak człowiek drugiej kategorii, na kim można zawiesić jakąś łatkę. Był to dla mnie bardzo trudny czas, mimo, że byłem i tak w komfortowej sytuacji, ponieważ nie było jeszcze lekcji religii w szkole, więc w tak dużym mieście jak Warszawa mogłem powiedzieć, że idę na religię do innego kościoła. Po przełomie Solidarnościowym, kiedy religia wróciła do szkoły, powróciły również te problemy. Tu już nie chodzi tylko o indoktrynację religijną. Mam z tym do czynienia na co dzień: rodzice ewangelicy posyłają swoje dzieci na katolicką lekcję religii po to, by uniknąć ewentualnego wytykania, wyśmiewania. O tym niechętnie mówią księża, rodzice, ale dzieci owszem. W chwili, gdy dziecko zostaje na lekcji religii, jest spokój, nie ma żadnych docinków, ale w sytuacji, gdy dziecko wychodzi z klasy i nie bierze udziału w lekcji, aby potem odbyć swoją religię, to wtedy zaczynają się problemy – on jest inny, wyłamuje się. Aby uniknąć tego typu sytuacji rodzice świadomie posyłają swoje dzieci na lekcje religii katolickiej, aby nie dać powodu do żadnej dyskryminacji, a to powoduje, że dzieci od 7 roku życia uczą się 2 godziny tygodniowo również religii katolickiej i w skutek tego formuje się człowiek, który doskonale porusza się w obrębie obu wyznań, nie ma wręcz problemu z jego przejściem na katolicyzm. Z punktu widzenia zachowania tożsamości wyznaniowej, z pozycji mniejszościowego Kościoła augsbursko-ewangelickiego wyznania, jest to sytuacja niebezpieczna, ponieważ ubywa nam wiernych.
Podobny skutek obserwujemy w przypadku zawierania mieszanego wyznaniowo związku małżeńskiego, ponieważ tracimy mężczyzn. Panowie idą za głosem wybranki serca, dziewczyna chce mieć ślub w swoim kościele, ksiądz i teściowa dobrze pilnują, aby dzieci były wychowane w wierze katolickiej. Odwrotnie jest w sytuacji, gdy w młodej parze mieszanej wyznaniowo narzeczona jest wyznania augsbursko-ewangelicznego, to ona czyni starania, aby małżonka przyciągnąć do swego Kościoła, lecz tutaj czasami brakuje tego zdecydowania, bo siła ciążenia w makrospołeczeństwie pozostaje po stronie większości. Propozycja ślubu ekumenicznego, to znaczy w obecności kapłanów obu wyznań, nie jest jak dotąd aprobowana przez mieszanych wyznaniowo nowożeńców; spotkałem się np. z odpowiedzią (na podobną propozycję), po dłuższym wahaniu, że jednak młodzi wolą ślub normalny, a więc ekumeniczny nie jest normalny.

ZTW – A więc obserwujemy tu pewną ogólną prawidłowość socjologiczną, która nazwałbym oddziaływaniem „zasady większościowej”. Lecz w tej sytuacji, czy nie istnieje zagrożenie, że parafia tak zmaleje, że zniknie?

PH – Parafie nam się zmniejszają, ale nie zawsze liczebność parafii decyduje o istnieniu, to znaczy, czy będzie ją stać na utrzymanie duchownego i obiektów sakralnych; decydujące są tu pieniądze; w tej sytuacji nie możemy pozwolić sobie na finansową zależność od wiernych, ponieważ nas ubywa; tylko na Śląsku Cieszyńskim jest tak, jak w Kościele rzymskokatolickim. Tam te parafie są kilkutysięczne i mogą utrzymać duchownego. W innych parafiach decydujące są wpływy z nieruchomości, w tym i z kamienic do wynajęcia, które dana parafia odzyskała w procesie rewindykacji (Wrocław, Poznań, Warszawa, Kraków) i to są środki, które pozwalają na budowę nowych kościołów. Są też parafie, które utrzymują się z działalności gospodarczej typu turystycznego: Mrągowo, Mikołajki, Sorkwity, Szczytno. W Karpaczu (Wang) turyści płacą za bilety wstępu, dzięki czemu jest to jedna z najbogatszych parafii w Polsce. Natomiast w przypadku parafii, które nie mają podobnych możliwości, egzystencja ich jest mocno zagrożona. W zasadzie nie ma tak wielkiego znaczenia czy parafia ma 100 czy 20 osób; ponadto niekiedy z pomocą przychodzą dotacje centralne od organizacji światowych takich jak Światowa Organizacja Luterańska czy Ewangelicki Kościół w Niemczech, ale tylko w formie dotacji celowych, np. na remont kościoła, dzwonu. Pomoc tą otrzymuje Warszawa i dzieli ją wśród najbardziej potrzebujących parafian.
Wspomniana wyżej rewindykacja nieruchomości była utrudniona, i tak np. Wrocław, dzięki zaangażowaniu prawników, odzyskał najwięcej nieruchomości na szczególnych zresztą zasadach. Konkordat i inne uregulowania prawne – m.in. ustawa regulująca stosunki pomiędzy państwem a Kościołem – były tworzone pod „dyktando” Kościoła rzymskokatolickiego, tak więc parafie mogą odzyskać swoją własność pod warunkiem, że nie znajduje się ona w rękach innego Kościoła. Zamykało to drogę do odzyskania nieruchomości, które znalazły się po wojnie w rękach Kościoła rzymskokatolickiego, natomiast pozwalało na odzyskanie własności, które przeszły do skarbu państwa. Lecz zdarza się i tak, że wbrew naszemu prawu i zasadom Unii Europejskiej, mimo iż nam się coś należy, administracja, w tym i Agencja Nieruchomości Rolnych, stwarza „schody” trudne do pokonania, interpretuje przepisy w sposób niekorzystny dla naszych parafii, np. w przyznawaniu parafiom należnych 15 ha ziemi (na terenach poniemieckich, ust. o stosunku państwa do Kościoła ewang.-augs. w RP 13.051994 – Red.). Przedstawiłem niektóre fakty nas dyskryminujące na spotkaniu w Mikołajkach z p. premierem Mazowieckim, ale odpowiedział, że nie chce się mieszać do walk wyznaniowych.

ZTW – Zrobił więc unik?

PH – Dużo zależy od samego człowieka – czasami trafiamy, np. we wspomnianej Agencji na człowieka związanego z katolicką organizacją, i wtedy spotykamy się z nieżyczliwą postawą. Podobnie jest w niektórych obrzędach religijnych: widzi się chętnie naszą obecność, ale nie zaprasza się do udziału w liturgii, a więc mamy występować tylko w roli asysty. Piękny ekumeniczny ruch z Taizé, zapoczątkowany przez protestanta brata Roger, przeniesiony do Polski nabrał charakteru rzymsko-katolickiego. Nas się doń nie zaprasza! Natomiast nasza hierarchia nie chce zadrażniać wzajemnych stosunków i wiele spraw przemilcza; podobnie postępuje Redakcja „Zwiastuna” nie publikując przypadków dyskryminacji ewangelików. Nie wydaje mi się ta polityka słuszna.

ZTW – Lecz wracając do lokalnych problemów: jaka jest struktura parafialnej społeczności. Zapewne przeważają starsi. Jaki jest procent młodych?

PH – Jest ich około 25 procent ludności; na wsiach nadal jest dużo dzieci, młodzieży ze względu na rodziny wielodzietne, więc parafia tak szybko się nie starzeje; mało pogrzebów, dużo ślubów.

ZTW – A jaki procent tej młodzieży uczęszcza na nabożeństwa?
PH – Około 5 procent. Młode pokolenie jest jednak w życiu parafii widoczne.

ZTW – Co można przyjąć w kościele protestanckim za wskaźnik tożsamości?

PH – Wskaźnikiem tożsamości będzie tu walor bądź negatywny, a mianowicie wskazywanie, że nie jestem rzymskim katolikiem i nie uczestniczę w tamtych uroczystościach; bądź pozytywny, wówczas wskaźnik brzmiałby: jestem innego wyznania i chodzę do kościoła ewangelickiego oraz kilka razy w roku przystępuję do komunii świętej i jestem konfirmowany w ewangelickim kościele; lub przeszedłem do Kościoła ewangelicko-augsburskiego na skutek zawarcia związku małżeńskiego. Tożsamość jest silna, choć nie zawsze jest wyrażana, bowiem istnieje silny nacisk społeczny, aby uczestniczyć w różnych świętach czy uroczystościach nie-ewangelickich, np. mój syn śpiewa w chórze szkolnym i był niejako zobligowany do tego, by po śmierci Jana Pawła II na schodach ratusza śpiewać pieśni ku czci Papieża; inne dzieci musiały recytować wiersze ku jego czci mimo, że są wyznania ewangelicko-augsburskiego. Dzieci, które chodzą do szkoły świeckiej, dowiadują się nagle, że będzie nosić zaszczytne imię Jana Pawła II.

ZTW – Działa więc tu „zasada większościowa”, dyskryminująca istniejące mniejszości. A jakie główne problemy ma ksiądz w swojej pracy duszpasterskiej?

PH – Borykając się tak jak większość pastorów z problemami materialnymi, nie jesteśmy w stanie skupić się na problemach duchowych, ponieważ wszystko powiązane jest ze statusem materialnym parafii. Gdy brakuje na wszystko, to rzecz, która nie jest konieczna, wydaje się ekstrawagancją, luksusem, a powinna to być normalna praca z dziećmi, konfirmantami, powinny znaleźć się pieniądze na wspólny biwak, wyjazd, a nie ma takich pieniędzy...
Drugim problemem jest też duże rozproszenie parafian. Dojazd do kościoła jest niesamowitym problemem, ponieważ autobus nie kursuje w niedziele i dni świąteczne, albo też kursuje tylko w jedną stronę i nie ma możliwości powrotu. Z tym wiąże się następny problem: brak własnego środka lokomocji.
Jeśli chodzi o dzieci, to sprawa jest nieco lepsza, ponieważ dzieci z wiosek popegierowskich dowożone są do szkoły i zbieram wszystkie dzieci po zajęciach. Zdarza się tak, że autobus odjechał i dzieci nie mają się jak dostać do domu, bo zostały ze mną na lekcji religii, więc jeszcze muszę te dzieci rozwieźć. W naszym kościele nie ma kolędy, ale jest wizyta duszpasterska, ale niestety jest ona utrudniona ze względu na szczupłość finansów. Poza tym są takie problemy jak wszędzie, tzn. frustracja parafian, że nie mają pracy, lub też częściowo odwracają się od Kościoła, zwłaszcza młodzi „poszukujący”, są bardziej krytyczni wobec Kościoła i nie pojawiają się w kościele po konfirmacji, a nam na nich najbardziej zależy; no, wspomniany już problem małżeństw mieszanych.

ZTW – Czy przeciętny poziom zamożności rodzin protestanckich jest niższy niż katolickich?

PH – Statystycznie tak, co wiąże się ściśle z poziomem wykształcenia. Jeśli nie pokończyli szkół, trudniej im znaleźć zatrudnienie. Ostatnio zauważyłem, że młodzi chętniej kończą studia. W chwili, kiedy 10 lat temu przyszedłem na parafię, mogłem na palcach jednej ręki policzyć osoby, które ukończyły studia wyższe w tej parafii liczącej 550 osób.
A pod względem zawodowym: Dwie osoby prowadzą swój interes – jeden ma zakład zegarmistrzowski w Kętrzynie, drugi ma zakład ślusarski w Bartoszycach – jego żona jest kościelną, opiekującą się kaplicą; pozostali pracują gdzieś u kogoś, może wyłączając kilku rolników, małych i dużych gospodarzy. Większych gospodarzy jest niewielu i oni nie poczuwają się do tego, aby być sponsorami dla parafii, bo oni przy swoich dochodach mogliby dobrze postawić nas na nogi, ale trudno od nich tego wymagać, bo mają często swoje własne problemy finansowo-rodzinne.

ZTW – Jest taka opinia, że protestanci lepiej pracują, niż katolicy, kult pracy w Kościele protestanckim był zawsze znacznie większy, niż w katolickim. Czy to się jakoś obecnie zaznacza?

PH – Myślę, że w sytuacji, gdy protestanci stali się mniejszością, to poważnemu zmniejszeniu uległ też ten dawny etos pracy, tzn. dorównaliśmy do średniej krajowej w sposób doskonały, a nawet ją przewyższamy. Chyba my, księża, zawiedliśmy, za mało podkreślamy ewangelicki etos pracy. Teraz, gdy mamy problem małżeństw mieszanych, te wartości się trochę kwestionuje – ojciec mówi: pracuj pilnie, a matka powie: nie daj się wykorzystać; ojciec: podziel się z innymi, matka: bądź chytry, a kto tobie da? Nie chcę twierdzić, że Polacy – katolicy, może zawsze bardziej uciskani, musieli się martwić o siebie, a ewangelicy byli idealni, wspaniali, pracowici – podałem to jako pewien przykład.

ZTW – Jakiego wyznania są przesiedleni tu Ukraińcy, jeśli są w związkach mieszanych?

PH – Na ogół takiego wyznania jak kobieta, czyli greko-katolickiego; lecz jeśli wychodzi za katolika, to jednak często stają się katolikami. Oni też przegrywają, oni też starają się podobnie jak prawosławni, jak baptyści o to, aby znaleźć współmałżonka w obrębie swego wyznania. Najlepiej mają prawosławni, bo ich jest w Polsce około 300 tys., natomiast ewangelicy, których jest tylko 80 tys. mają małe szanse, by poznać kogoś własnego wyznania.
Wracając do Ukraińców, to nie podejrzewałem ich o taką pracowitość i ofiarność, jaką wykazują. Przychodzą bardzo licznie do swojego kościoła, choć jest ich tylko 500 osób, a ponieważ przez długie lata nie mieli swojego kościoła i musieli odprawiać nabożeństwa gdzie indziej, nasza rada parafialna wyraziła zgodę na użyczenie im naszego kościoła. Odbywały się u nas nabożeństwa przez wiele lat – nieodpłatnie, płacono tylko za sprzątanie kościoła. Przed dziesięciu laty wybudowali tu piekną cerkiew i to tylko dzięki ofiarności swych parafian, no i zapewne dzięki pomocy z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Parafianie nie dostają pieniędzy za pomoc przy pracach w swym kościele, co u nas jest bardzo rzadkie. Ciekawostką będzie fakt, że po wybudowaniu cerkwi, my musieliśmy opuścić jedną z kaplic ze względu na zły stan techniczny budynku i właśnie po rozmowach z władzami greko-katolickimi, proboszcz od razu zgodził się na odprawianie nabożeństw w ich kościele w Reszlu.

ZTW – Czy zdarzają się przejścia z katolicyzmu na protestantyzm?
PH – Tylko w środowiskach wiejskich, gdzie dochodzi do konfliktu z proboszczem i babcia zaczyna świadomie przychodzić do nas.

ZTW – Jak wygląda problem alkoholizmu i narkotyków?
PH – Jest duży problem z paleniem papierosów na skutek zalewu rosyjskich papierosów z przemytu. Również alkoholizm jest plagą z powodu rosyjskiej wódki, taniego wina i piwa Jest tak samo jak wszędzie, jak na obszarach dotkniętych bezrobociem. Natomiast problem narkotyków istnieje przede wszystkim w środowisku miejskim, choć zdarza się też i w wiejskim. Pewna nasza parafianka przed maturą została zatrzymana za posiadanie narkotyków, ponieważ poczęstował ją kolega. Przyznała się do wszystkiego, wskazała dealera i kto jeszcze brał. W klasie i w szkole została określona jako „czarna owca”. A gdy po namowach matki zmieniła swoje zeznania i powiedziała, że nie pamięta, kto jej sprzedał, wtedy okazało się, że jest równa kumpela i wszystko jest w porządku. Każdy boi się powiedzieć prawdę, bo to jawi się jako donosicielstwo. Takie jest nasze życie...

ZTW – Jedno pytanie jeszcze, na marginesie naszej problematyki: czym można wytłumaczyć tak silny antysemityzm Lutra?

PH – Może tym, że nosił „moherowy beret”, jak to zauważył mój synek, patrząc na portret Lutra. Ale poważnie: to była specyfika XVI w., przy czym antysemityzm Lutra nie miał charakteru rasowego czy etnicznego; był ideologiczny, podobny do stosunku wielu współczesnych ludzi np. do Świadków Jehowy...

ZTW – Serdecznie dziękuję za interesującą rozmowę.

Wywiad przygotowała do druku Edyta Żebrowska.