Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 272
W tym miesiącu: 3967
W tym roku: 9388
Ogólnie: 436434

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Anna Minkowska - Wspomnienia

Autor: admin
30-04-2013

Czwarta część wspomnień współpracy autorki z ks. Janem Zieją w Słupsku w latach powojennych Październik 1952 r.
Napisałam, że ksiądz Jan myślał o stworzeniu „idealnej” parafii (…), myślał już od dawna o parafii opartej całkowicie o wskazania ewangeliczne. Ludzie powinni współżyć ze sobą jak rodzina, nie powinno być żadnej bolączki, za którą by się nie szukało rady, parafia nie powinna wykluczać nikogo, szukać kontaktu z duszami, które odpadły, pomagać cierpiącym, zajmować się dziećmi, chorymi, starymi, iść naprzeciw wszystkim potrzebom. Cała ta działalność nie powinna mieć w sobie jako podstawę czysto społecznego nastawienia, ale wypływać z życia Kościoła. (…) I tak zaczęło się tworzyć przy kościele życie naprawę parafialne. Ośrodkiem życia w parafii zaczął się stawać ów mały kościółek. Tłumy bywały w niedzielę na kazaniach księdza Jana. I widać, jakby przybywały mu siły i znowu czuł się w okresie tworzenia. Ksiądz Jan potrafił w niesłychanie żywy sposób łączyć każdoniedzielną Ewangelię świętą z pracami i życiem dnia codziennego. Różne prace w parafii wyrastały jak grzyby po deszczu. Biblioteka zapełniała się czytelnikami. Powstało kółko religijne dziewcząt połączone ze świetlicą. Zorganizowaliśmy, niezależnie od Biblioteki Filareckiej, wypożyczalnię książek. Niebawem powstał „Caritas” parafialny, kółko dramatyczne, kurs repolonizacyjny. Z kół poświęconych życiu religijnemu: kółko różańcowe, potem koło eucharystyczne. Ludzie dziwili się, bo ksiądz Jan bardzo rzadko mówił o składkach pieniężnych. Skarbonka w kościele była jednak stale pełna. Również nie uznawał ks. Jan „taks” za Mszę św. czy ślub lub pogrzeb. „Dać możecie, ile chcecie – mawiał nieraz z ambony – na ile was stać”. Kiedyś jakiś dziennikarz, zresztą ku wielkiemu niezadowoleniu księdza Jana, opisał w „Dziś i Jutro” jego prace w Słupsku. Był to jakiś artykulik w rodzaju felietonu. Jedno w tym artykule było dobre, to opis wysokiej postaci księdza Jana na ambonie, na którą padało słońce. Było to rzeczywiście wcielenie natchnienia, łaski i talentu. Wszak i talent jest od Boga. Ale fakt jest, że jakiś prąd przechodził przez słuchających, Coś wyrywało ich z drobnej krzątaniny, z zabójstwa treści w życiu, aby po powrocie – tej zwykłej codzienności nadać sens i blask. To szło od ołtarza poprzez księdza Jana. Był on rzeczywiście pośrednikiem między Bogiem a ludźmi…

Kurs Repolonizacyjny
Miałam bardzo dużo prac w Słupsku. (…) Jedną z pierwszych było prowadzenie Kursu Repolonizacyjnego, który zorganizowaliśmy chyba na początku listopada. Zapisało się dwadzieścia kilka osób – mężczyzn i kobiet. Były to osoby zamieszkałe w parafii, które przyjęły obywatelstwo polskie i pragnęły poznać kulturę polską, a zwłaszcza nauczyć się języka polskiego. Ogromną większość stanowiły osoby w wieku 20-30 lat. Było kilka Kaszubek, między innymi niejaka Małgorzata Rolińska z domu Skrzypkowska, która bardzo szybko nauczyła się po polsku, choć znała uprzednio tylko kaszubski i niemiecki…
Początkowo bali się zgłaszać protestanci – sądząc, że ich nie przyjmą, ale gdy pierwszy taki śmiałek został uczniem Kursu i oznajmiłam mu, że wyznanie nie jest tutaj żadną przeszkodą, zaczęło zjawiać się ich więcej. Co było motywem, że się zgłaszali? No, oczywiście w ogromnym stopniu koniunktura. Dziwne tam były kombinacje językowe. Na przykład: Hildegarda Boczyńska i odwrotnie Wanda Knopf itp. Zdaje się, że ks. Jan, jak i cała nasza plebania była ośrodkiem ogromnego zainteresowania wśród Niemców, czy też jak ich zaczęto nazywać tutaj „autochtonów”. (…)

„Caritas” w Słupsku
Nasz „Caritas” przy parafii Św. Rodziny oparty na zasadach chrześcijańskich i ogólnych wskazaniach Kościoła otrzymał bardzo mocne zabarwienie płynące z osobowości księdza Jana. Ksiądz uprawiał sam stale Caritas (łac. Miłość – Red.) – myślę, że przepojony był duchem franciszkańskim. Gdy wyjeżdżał w niedzielę i święta do Wytowni i pobliskich wsi, aby odprawić Msze św, wkładaliśmy do jego teczki po kilkanaście małych paczuszek ze śniadaniami, gdyż tylko wtedy była szansa, iż jedna z nich zostanie przez księdza po nabożeństwie zjedzona. Rozdawał, a gdy miał tylko jedną, po prostu oddawał śniadanie spotkanemu po drodze głodnemu lub dzieciom proszącym o datek, często Niemcom w zimie 1947 r. Jeśli ktoś o coś księdza prosił, zawsze otrzymywał, o ile tylko było to w jego posiadaniu. Myślę, że u podstaw tego była zasada, którą mi kiedyś podano jako cytat z nieznanego źródła: „Jeśli ktoś cię o coś prosi, zachowaj się tak, jakbyś był przekonany, iż człowiek ten nie ma nikogo na świecie poza tobą, który może mu pomóc”. Drugie, które właściwie powinnam była podać jako pierwsze: „Gdy się proszą o suknię, daj i płaszcz…” W sumie, gdy o tej naszej pracy myślę, muszę powiedzieć jedno: nie ma pracy wśród ludzi, nie ma „Caritasu” dla tego człowieka, którego największą obawą jest, że zostanie oszukany, że miłosierdzie jego zostanie nadużyte. To ryzyko trzeba ponosić samemu. Każdy ofiarodawca musi zdawać sobie z tego sprawę. Nie znaczy to oczywiście, abyśmy nie starali się za wszelką cenę działać roztropnie i sprawiedliwie, poczuwać się do odpowiedzialności za dary i pieniądze dane do naszej dyspozycji, ale z drugiej strony musimy pamiętać, że sprawujemy akt miłości, a tych nie ma bez zaufania do człowieka cierpiącego i szukającego pomocy. Jakże łatwo jest utopić całą akcję w biurokratyzmie i formalizmie i kazać głodnemu czekać na… wywiad.
W pamięci mojej żyją w tej chwili dwa takie obrazy. Pierwszy jest taki: szeroką drogą poprzez gęsty las, wśród topniejących śniegów idzie ksiądz Jan, wysoki, chudy, zmęczony, ale rześki, z teczką pod ręką. Zbliża się już ku wieczorowi. To droga z Wielkiego Machomina do Wytowna. Ksiądz miał tam ostatnią Mszę. Koni ludzie nie dali, zapomnieli, czy może ksiądz im zniknął. Ileż uczynków wszelkiego typu miłosierdzia ksiądz dokonał. Wie o nich tylko Bóg. (…) I drugi obraz ze słupskiej parafii Św. Rodziny: ksiądz Jan wędruje małymi uliczkami wśród śniegu a częściej błota… I tu wydaje mi się jakby mniejszy, przygarbiony, nie pędzi już tak, jak ową drogą z Machomina. Ksiądz Jan odwiedzał swoich parafian. Starał się poznać ich warunki życia, odwiedzał jak ktoś bliski… „Caritas” to przedłużone ramię proboszcza, aby nim dosięgnąć i otoczyć wszystkich potrzebujących.
Po krótkim okresie naszego pobytu w Słupsku powstał nasz oddziałowy „Caritas”. Ksiądz Jan wyznaczył mnie na przewodniczącą, ale cała odpowiedzialność spadała na proboszcza. On reprezentował Oddział wobec władz wszelkiego rodzaju.
Ksiądz Jan był wielkim przeciwnikiem robienia wielkiej listy członków, zbierania składek imiennych i temu podobnych rzeczy. Ogłosił z ambony, że nie ma życia chrześcijańskiego bez spełniania aktów miłosierdzia, że wszyscy parafianie powinni je wypełniać, w czym pragnie im pomóc „Caritas”, starając się poznać potrzeby i bolączki miejscowe. Zamiast składek umieszczono w kościele skarbonkę z napisem „Caritas”. Poza tym co miesiąc „po pierwszym” przed kościołem kwestowały, zbierając datki do małej puszki, panie, które zgodziły się wejść do tzw. zarządu „Caritas”. Były to osoby religijne, które chyba wszystkie wchodziły do kółek różańcowych. Były to przeważnie tak zwane „kolejarki”, to jest żony miejscowych kolejarzy.
Ksiądz Zieja otworzył pierwsze zebranie „Caritasu”. Podnosił już samą swoją osobą poziom ludzi pojedynczych i całych grup. Toteż od razu wszystkie pracowniczki „Caritasu” wyczuły, że muszą być lepsze, że nie mogą między nimi powstawać drobne i małostkowe spory lub zatargi. Muszą wyrastać ponad siebie.
Ksiądz Jan był stale do dyspozycji dla wszystkich, którzy szukają jego rady, pomocy, choćby tylko kontaktu. Chętnie zapraszał do siebie innowierców. Wędrując podczas tak zwanej „kolędy” po domach swych parafian, nie pomijał nikogo. Zachodził nawet do domów tak zwanych „Świadków Jehowy”. (…)
W osobowości księdza Jana ocierały się o siebie dwie sprzeczne natury: artystyczna, która szuka samotności lub wytrawnego pod względem kulturalnym towarzystwa, pobudki dla myśli i słowa, a z drugiej strony społecznik, organizator. Gdyby tego wszystkiego nie spajało poczucie braterstwa, świadomości, że człowiek i służenie mu jest obowiązkiem kapłana i chrześcijanina i jakaś przed tym istniejąca więź ludzka, jeden z tych czynników musiałby pochłonąć drugi.
Wszystkie nędze materialne przychodziły do „Caritasu”. Przeważnie chodziłyśmy po domach, które albo ks. Jan nam podał, albo których mieszkańcy sami się do nas zgłosili. Była to ludność przeważnie „zza Buga”, jak się tutaj mówiło, zaciągająca charakterystycznym akcentem z okolic Wilna, Lidy i Oszmiany. Ludzie biedni, wykolejeni; byli szczęśliwi, że mogą się wygadać o swojej przeszłości, która w tych opowieściach była zawsze piękna i zasobna. Prawie w każdej rodzinie ktoś padł lub zaginął bez wieści. Czasem ojciec i mąż, czasem brat i syn, często dziewczęta albo i matka. Okaleczone to rodziny, jak drzewa z odrąbanymi gałęziami lub nadgryzionym pniem usiłowały zapuścić korzenie w obcej sobie ziemi. Śmielsi chcieli to zrobić świadomie. Ludzie ci rozlokowani przypadkowo przeważnie uprzednio się nie znali. Toteż odnosili się do siebie nieufnie. Parafia spełniała tutaj rolę czynnika scalającego i łagodzącego. Muszę powiedzieć, że wdzięczne serce mieli ci ludzie. Chodziłam do nich często, wszędzie na ogół brud niesamowity – dużo depresji. Należy pamiętać, że my z ramienia „Caritasu” wchodziliśmy tylko do tych domów, które albo szukały naszej pomocy, albo ktoś wskazał, że im ona jest potrzebna. Mogłabym o każdym z przypadków napisać całą opowieść – uchylało się dno wielkiej nędzy. Tu i ówdzie babcia z wnukiem jednym lub kilkorgiem – rodzice przepadli bez wieści. Nie może sobie poradzić nie tyle z wyżywieniem, co z odzieżą. Tam gruźlik – były długoletni więzień obozu koncentracyjnego, który nie ma nikogo na świecie, zwolniony z pracy. Ubezpieczalnia się skończyła, przytuliła go jakaś robotnicza rodzina, ale cóż – leży w nieopalonym pokoju, obawa, że dzieci zarażą się. Trzeba go umieścić w szpitalu. Bardzo duża nędza. Matka zarabia na ośmioro dzieci, ojciec przepadł bez wieści. Tysiące wypadków nieróbstwa, niezaradności, depresji. Przed wojną nikt nigdy nie myślał, że człowiek biedny może mieć depresję. Była ona jakby przywilejem ludzi wykształconych. A jednak, zwłaszcza wśród tej ludności kresowej była ona zjawiskiem bardzo częstym. Talent ks. Jana polegał na tym, że w sposób niewyjaśniony ciągnął i tutaj wszystko w górę, niwelował tarcia, sprawiał, że wszystko skąpane było w jakimś błękitnym świetle, było jakieś inne, niezwykłe, jasne.
CDN