Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 244
W tym miesiącu: 3939
W tym roku: 9360
Ogólnie: 436406

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Polityka zagraniczna – teza czwarta

Autor: Zbigniew T. Wierzbicki
03-05-2013

Jaką politykę zagraniczną powinna prowadzić Polska, kraj średniej wielkości, gospodarczo słaby, bo niszczony wojnami i powstaniami narodowymi, a położony w wyjątkowo trudnym geopolitycznie miejscu?

Od początków XVIII wieku dwaj imperialistyczni sąsiedzi: Niemcy i Rosja, próbowały traktować Polskę jako obszar quasi-kolonialny, eksploatowany zarówno gospodarczo jak i kulturowo (grabież dóbr narodowych); ponadto wynaradawiany brutalnie i przemyślnie sposobami, które można śmiało określić dzisiaj jako zarówno archaiczne, jak i barbarzyńskie.
Formułując tezę czwartą należy poczynić parę wstępnych zastrzeżeń. Przede wszystkim trzeba rozróżnić dwa okresy: przed akcesją Polski do Unii Europejskiej i po tej akcesji w 2004 r. Powinny się one różnić, choć często zazębiają się ze sobą; polityka w pierwszym okresie określa lub co najmniej wpływa na politykę zagraniczną drugiego okresu. Lecz okres drugi trwa jeszcze zbyt krótko, by jego doświadczenia pozwalały już na wyciąganie konkretnych wniosków; co najwyżej pozwala stawiać pewne hipotezy.
Po drugie, istnieje niewątpliwy związek w metodach i celach polityki zagranicznej rządu, a jego polityką wewnętrzną, wynikający zarówno z panującego aktualnie ustroju jak i walki partii politycznych o władzę. Ogólnie można zaryzykować hipotezę: im bardziej system rządzenia, sc. ekipa rządząca, jest niepopularny w społeczeństwie, tym większą wykazuje skłonność do populistycznego wygrywania polityki zagranicznej dla wzmocnienia swojej pozycji w społeczeństwie (polityka J. Becka po śmierci Piłsudskiego, lub braci Kaczyńskich w III RP) w stosunku do obu potężnych sąsiadów; często są to „marsowe” gesty i słowa, lecz nie bez znaczenia zarówno w zagranicznej, jak i wewnętrznej polityce; a niekiedy i czyny jak np. współudział Polski w rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Sukcesy, często pozorne, mają wzmocnić legitymację Władzy do rządzenia, zjawisko typowe dla różnych odmian tzw. cezaryzmu demokratycznego. Ogranicza to, oczywiście, skuteczność polityki zagranicznej sub specie państwowej racji stanu.
Nie można, oczywiście, abstrahować w przypadku Polski od jej położenia geopolitycznego. Jej czasowy rozstrój czy słabość, nie omijająca w historii żadnego państwa europejskiego, nie byłyby groźne, gdyby była wyspą, względnie by miała korzystne geograficznie granice. Tak jednak nie jest.
Należy poczynić w tych rozważaniach jeszcze jedno ważne zastrzeżenie: stan samego społeczeństwa, jego prężność i poziom moralny, oraz siła świadomości narodowopaństwowej, a w związku z tym, co najmniej od XVII w., zanik w Polsce tradycji polityki zagranicznej, która właściwie ukształtowała się dopiero w II RP, osiągając zresztą całkiem niezły poziom (zob. Piotr Łossowski, Dyplomacja polska 1918-1939), również mają znaczny wpływ na ukształtowanie polityki zagranicznej.
W przedrozbiorowej Polsce, a zwłaszcza pod zaborami mieliśmy tylko pojedyncze półprywatne koncepcje polityki zagranicznej: Adama Czartoryskiego w I poł. XVIII w., R. Dmowskiego – narodowa i Piłsudskiego – federacyjna w II poł. XIX w., wreszcie socjalistyczno-kolektywistyczna w początkach XX w.
Natomiast w okresie II wojny, poza próbą unii z Czechosłowacją (storpedowanej rychło przez Benesza pod naciskiem Stalina) nie mieliśmy niezależnej liczącej się koncepcji polityki zagranicznej, nie będąc zresztą faktycznie liczącym się po 1939 r. podmiotem polityki międzynarodowej.
Polityka „drzwi obrotowych”
W tym długim okresie braku własnej państwowości nasi pojedynczy politycy próbowali półoficjalnie włączyć się (lub wpraszać, co tak denerwowało Dmowskiego) z tzw. kwestią polską do różnego rodzaju międzynarodowych akcji czy koncepcji (lecz na Kongresie wiedeńskim w 1815 roku, mimo olbrzymiego polskiego militarnego wysiłku po stronie Francji, byliśmy całkowicie zignorowani; a decyzję ustanowienia z łaski cara Aleksandra I tzw. Królestwa Kongresowego, kwitowano w Polsce m.in. wierszykiem: „Bez Poznania, Krakowa, Wieliczki nie warta Polska ani jednej świeczki”). Zwięźle ujmując, jeśli sprawę Polski dopuszczono na stoły międzynarodowych obrad, to często traktowano ją jako „kartę przetargową” potężniejszych mocarstw (jaskrawy przykład to porozumienie wielkich mocarstw w Jałcie i potraktowanie Polski przez Roosevelta i Churchilla; pierwszemu, zdaniem Cata-Mackiewicza, należałoby postawić w Polsce pomnik na placu imienia Czerwonej Armii). A w tym międzynarodowym dyplomatycznym „kociokwiku” ewentualni przedstawiciele Polski czy polska opinia publiczna kierowali się bardziej tradycyjnymi emocjami (np. miłością do Francji) niż racjonalnym zmysłem politycznym, utraconym na skutek długiego okresu niewoli. Nic więc dziwnego, że pod koniec istnienia Księstwa Warszawskiego, utworzonego z łaski Napoleona I, wysunięto koncepcję polityki „drzwi obrotowych”: należy sprzymierzać się z aktualnie silniejszym przeciwnikiem, by w odpowiednim momencie zmienić sojusznika (uczyniła tak np. Rumunia w I wojnie światowej). Podobną politykę propagował u nas Władysław Studnicki, publicysta-wizjoner, a za nim Piłsudski, opowiadając się początkowo po stronie państw centralnych (choć z drugiej strony nie miał innego wyboru, uznając Rosję carską za głównego wroga Polski). Lecz Studnicki opowiadał się nawet za Niemcami hitlerowskimi! Jego koncepcja została ze względów ideologicznych, a więc emocjonalnych odrzucona przez społeczeństwo (AK wydało, wzgl. zamierzało wydać na niego wyrok śmierci?!), również i przez Józefa Becka, który polecił skonfiskować wydaną w 1939 r. przez Studnickiego broszurę, przewidującą trafnie przebieg nadchodzącej wojny i rozbiór Polski. W przypadku Becka odegrał ponadto rolę, zapewne, czynnik wspomniany na początku: okłamywanie społeczeństwa o sile militarnej Polski i wiara w papierowy traktat wzajemnej (!) pomocy z Anglią, co utrudniało mu jak i Sanacji zmianę polityki zagranicznej, czy nawet kompromis, choćby tymczasowy, wobec Niemców. Można mniemać, iż tzw. obóz sanacyjny zastawił sam na siebie w polityce zagranicznej psychologiczną pułapkę…, nie mogąc otrzeźwić siebie i społeczeństwo z mitów i złud! A czy było wówczas inne wyjście z tej piekielnie trudnej sytuacji? Wydaje się, że tak, niekoniecznie ściśle wedle „recepty” Studnickiego, lecz wykracza to poza ramy tych rozważań.
Nasze obecne zobowiązania
Oczywiście, członkostwo w Unii Europejskiej otwiera przed nami pewne nowe obiecujące perspektywy, niedoceniane początkowo przez niektóre nasze partie (PiS, PSL czy LPR), pod warunkiem, że nie będziemy popełniać pewnych błędów (m. in. manifestowania z pobudek np. prestiżowych wojowniczości w słowach czy gestach). Nie zniknęła jeszcze całkowicie możliwość współpracy niemiecko-rosyjskiej ponad nami, choć obecnie jest to znacznie trudniejsze niż przed II wojną. Ponadto demokracja niemiecka wydaje się być głęboko już zakorzeniona w mentalności niemieckiej, będąc nawet bardziej demokratyczna niż polska, co powinniśmy z szacunkiem doceniać. A na krzykliwe przejawy różnych postnazistowskich odprysków (np. p. Steinbach) reagować ze spokojem, nie przypisując im większego znaczenia niż mają we własnym społeczeństwie. Umiar naszej reakcji i pewna pobłażliwość są tu pożądane.
Jakie wnioski można sformułować w kwestii nowo kształtującej się polskiej polityki zagranicznej? Po pierwsze, obowiązuje nas zasada dobrego sąsiedztwa, zarówno na południu jak i wschodzie i zachodzie. Zobowiązuje nas do tego i członkostwo w Unii.
Trudnym problemem jest tu utrzymanie dobrych stosunków z Rosją przy jednoczesnym wspomaganiu niepodległości państwowej Ukrainy. Zalecenia w tej mierze „Kultury” paryskiej przypominają rady uczonego rabina, by podkuć żabę, pozostawiając jednak wykonanie tego zadania innym. Wydaje się, że w tej trudnej sprawie nie wykorzystujemy argumentów natury moralnej: nie popieramy Ukrainy i ewent. Białorusi, dlatego że jesteśmy antyrosyjscy, lecz dlatego, że mamy wobec tego kraju pewne zobowiązania natury moralnej. Przejmując po Litwie ukrainne obszary i nie realizując wobec Rusinów (Ukraińców) wariantu Unii polsko-litewskiej, utrudnialiśmy i likwidowaliśmy siłą ich dążenia wolnościowo-państwowe i wyznaniowe. Paradoksem historii było to, iż ucisk klasowy wobec tamtejszych chłopów i Kozaków (w tym i wielu zbiegłych z Korony i Litwy Polaków) był uprawiany przez szlachtę często pochodzenia rusińskiego, lecz spolonizowanej i skatoliczonej zaledwie w I lub II pokoleniu. Triumf wyższości kultury polskiej? Trudno na to odpowiedzieć, lecz nasza historyczna odpowiedzialność moralna wobec Ukrainy pozostaje. Czy kolejny nasz następca: imperium rosyjskie nie ma na swym sumieniu podobnych czy gorszych win wobec Ukrainy? Nie będziemy bić się w cudze piersi. Zostawmy to bardziej wrażliwej moralnie części społeczeństwa rosyjskiego. Jej postawa będzie świadczyć o wielkości lub małości całego narodu.
Wreszcie w naszych stosunkach z Unią musimy wykazywać obok troski o polską rację stanu uczucie solidarności i troski o los Unii jako całości. Wizja stanów zjednoczonych, Europy choć może bardzo odległa, powinna być naszą gwiazdą przewodnią. Oczywiście, rozsądne ograniczanie narodowych egoizmów obowiązuje wszystkich członków Unii. Pomocne mogą tu się okazać koncepcje wspólnych partnerstw, wyznaczonych podobnym położeniem geograficznym i bliskimi celami w ramach ogólnej wspólnej unijnej polityki zagranicznej, zwłaszcza wobec największego w Europie państwa – Rosji. Unikajmy w tej polityce gestów mających na celu zaznaczenie aspiracji mocarstwowych jak miało to miejsce w II RP. Mogą nas obecnie tylko ośmieszyć, a poddać w wątpliwość wiarygodność naszej demokracji.