Facebook
Bunt Młodych Duchem
Książki polecane:
Licznik odwiedzin:
Dzisiaj: 25
W tym miesiącu: 237
W tym roku: 14916
Ogólnie: 295814

Od dnia 21-09-2006

Bunt Młodych Duchem

Moi bracia mariawici

Autor: Jan Turnau
23-05-2013

Parafia warszawska Kościoła Starokatolickiego Mariawitów poprosiła mnie w lutym br., bym tam opowiedział o swoim stosunku do tej wspólnoty. Powiedziałem, jak umiałem, czyli mniej więcej, jak poniżej, dodając tylko informacje konieczne dla czytelników „Buntu”.

Zaczęło się od „Więzi”

Mam lat osiemdziesiąt, a starzy ludzie mają zwyczaj wspominania tego, co było za króla Ćwieczka. Zatem zacznę od przypomnienia czegoś bardzo dawnego, bo sprzed prawie pół wieku! Przypomnę i pochwalę bardzo artykuł Andrzeja Grzegorczyka „Nasi bracia mariawici”, drukowany w 12. numerze „Więzi” z roku Pańskiego 1965. Tak, był to dla chrześcijan polskich rok rzeczywiście Pański, jeśli przez ten religijny przymiotnik rozumieć zgodność ważnych wydarzeń czasu z wolą Bożą.
Albowiem było z całą pewnością wolą Bożą, by w środowisku rzymskokatolickim powiedziano wreszcie prawdę o tym chrześcijańskim wyznaniu. Zresztą w jakimś sensie szczególnym: jest to jedyne przecież wyznanie powstałe w Polsce, tu, w naszym kraju, zatem należą mu się specjalne patriotyczne względy. Było wolą Bożą, żeby powiedziano prawdę o tym wyznaniu jak żadne inne atakowanym, znieważanym, mieszanym z najgorszym moralnym błotem. I to przez „rzymskich” katolików, choć przecież powstało właśnie z troski o to, by rzymskokatolicki Kościół na ziemiach polskich moralnie odnowić. Owszem, nastąpił potem w tej wspólnocie bardzo poważny kryzys. Po śmierci założycielki, matki Franciszki Kozłowskiej, w r. 1921 zwierzchnik Kościoła, arcybiskup Jan M. Michał Kowalski dokonywał w nim zmian częściowo rzeczywiście fatalnych, w szczególności czyniąc z matki Kozłowskiej niemal czwartą osobę Trójcy Świętej, jednak w r. 1935 większość wspólnoty doprowadziła do zdjęcia go z urzędu. Nastąpił w niej podział: Kościół większościowy, istniejący obecnie pod nazwą „Kościół Starokatolicki Mariawitów” i mający swoją centralę w Płocku, czci Założycielkę jako po prostu jedną ze świętych. Inna, zgodna z pomysłami ks. Jana Kowalskiego, jest doktryna wspólnoty noszącej paradoksalnie nazwę „Kościół Katolicki Mariawitów” (centrala w Felicjanowie).
Tekst Andrzeja Grzegorczyka, skądinąd profesora filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, był zaprawdę jaskółką czyniącą wiosnę. Dokonywał rehabilitacji ostrożnie, popełniając pewne nieścisłości, które odnotował w tejże „Więzi” pięć numerów później ksiądz profesor M. Paweł Rudnicki, niemniej na tle ówczesnych poglądów, zalegających umysły Polaków, było to wydarzenie. Wydarzenie także w moim życiu. Jeśli dobrze pamiętam siebie sprzed tylu już lat, miałem wówczas w głowie wiele z owego błota, którym mariawitów obrzucano. Miałem jednak również wielki zapał ekumeniczny w ramach ogólnego zapału odnowicielskiego, podbudowanego wspaniale przez Sobór Watykański II, który się w końcu roku 1965 właśnie zakończył. Cała „Więź” wówczas chciała owego remontu, a więc była za publikacją tekstu wtedy bardzo odważnego.

Prace naukowe, działania hierarchów

Od tamtego artykułu się zaczęło, później były dalsze głosy rehabilitacyjne. Przyjmowałem je z radością wieloraką. Ucieszyła mnie szczególnie już wręcz naukowa praca ks. Daniela Olszewskiego, zamieszczona w periodyku naukowym KUL-u, ponieważ było to potwierdzenie kościelne tego, co napisał Grzegorczyk. Jeszcze nie głos biskupi, ale coś więcej niż wypowiedź zwykłego świeckiego katolika w piśmie katolików świeckich i to tych właśnie najodważniejszych.
Przyszła z czasem kolej na biskupów. Mam mówić nie o historii „zewnętrznej”, tylko o mnie samym, więc nie będę wyliczał owych faktów sympatycznych – zresztą każdy z moich słuchaczy i każda ze słuchaczek na pewno czytała fundamentalną pracę Stanisława Rybaka „Mariawityzm. Dzieje i współczesność”, więc wie, jak było i jest. Powiem tylko, że był dla mnie wydarzeniem bardzo radosnym list przewodniczącego rzymskokatolickiej Komisji Episkopatu do Spraw Ekumenizmu, biskupa Władysława Miziołka, i jej sekretarza, ojca Stanisława Bajki, jezuity, do mariawickiego biskupa naczelnego Wacława M. Innocentego Gołębiowskiego, wystosowany z okazji 50. rocznicy śmierci Założycielki, Marii Franciszki Kozłowskiej. Był to rok dopiero 1971, a napisano tam: „ (...) Kościół w Polsce chce się odnieść do Mariawitów jako w wielkiej i istotnej mierze ludzi swoich, odwracając się od metod i sposobów ich traktowania w czasach przeszłych i przepraszając (...) za to wszystko, co było nieodpowiednie lub krzywdzące ze strony Kościoła w stosunku do ruchu Mariawickiego i jego ludzi, w początkach i później. Gotów jest też Kościół poddać obiektywnej rewizji swoje odniesienie się do ruchu w jego fazie pierwotnej i powzięte wówczas dyscyplinarne decyzje”. Chodzi tu o nałożoną w r. 1906 na arcybiskupa Kowalskiego i matkę Kozłowską przez Kongregację Św. Oficjum ekskomunikę, która doprowadziła do powstania odrębnego Kościoła mariawitów.

Martwi mnie niejedno, ale...


Po tamtym liście rzymskokatolickim zaczęły się odwiedziny liturgiczne wzajemne i był formalny dialog teologiczny, o którym czytałem tak w książce Stanisława Rybaka, jak i w zeszytach „Mariawity”, których mam sporo z ubiegłych 10 lat. Dobrych wiadomości było tyle, że aż niemal się do nich przyzwyczaiłem. Oczywiście martwiły mnie i martwią dalej wciąż dające się słyszeć głosy w dawnym duchu (ostatnio nawet brzydkie słowa szefa skądinąd przecież ekumenicznej telewizji religia tv, ks. Kazimierza Sowy), wciąż niechrześcijański stosunek do mariawitów w tak zwanym terenie, ale zawsze myślałem sobie, że kilkadziesiąt lat wściekłych napaści nie mogło nie zostawić śladów w świadomości ludzkiej. A to, że dialog teologiczny nie doprowadził do całkowitego uzgodnienia stanowisk? Można tylko powiedzieć, że nie od razu Kraków zbudowano i że tak jest przecież we wszystkich międzywyznaniowych dialogach dzisiejszych. Owszem, Kościół rzymskokatolicki i Kościół Starokatolicki Mariawitów są sobie doktrynalnie bardzo bliskie, czasem jednak czynniki raczej pozadoktrynalne mają wagę bardzo wielką – tak jest na przykład z Kościołem rzymskokatolickim i rosyjską Cerkwią prawosławną. Z komunikatu z 26. posiedzenia Komisji Mieszanej dowiedziałem się, że są jeszcze znaczne różnice zdań dotyczące osoby Mateczki. No cóż, jest też tak przecież z ekskomuniką nałożoną na księdza Marcina Lutra: problemów między różnymi wyznaniami jest wciąż sporo, ale ja mam dużo lat właśnie, pamięć jeszcze jaką taką i pamiętam, jak było kiedyś, czyli o ile jest teraz lepiej.

Prośba o przebaczenie także mariawicka

Na mój gust jest obecnie bardzo dobrze: po chrześcijańsku. W książce Stanisława Rybaka wyczytałem bowiem również takie słowa biskupa Zdzisława M. Włodzimierza Jaworskiego: „Zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że również i my nie jesteśmy bez winy. Broniąc się, odpierając niekiedy fałszywe zarzuty i oskarżenia, używaliśmy także twardych słów, które mogły ranić. Przyjmując przeto przeproszenie przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego, ja również, w imieniu Kościoła Starokatolickiego Mariawitów przepraszam naszych braci rzymskokatolików”.

Puenta moja jednak optymistyczna

Powiem oczywiście przesadnie, że więcej mi nie trzeba. To już jest bardzo dobrze. Kochani, powiedziałem tak, bo mimo postępującej sklerozy pamiętam przeszłość, ale i mam jakąś świadomość teraźniejszości. Ogólnopolskiej i mojej osobistej: tej pierwszej, bo Polska jest dzisiaj podzielona przecież nie tyle na katolików i mariawitów, ile na ludzi jakiejś wiary religijnej, głównie chrześcijańskiej, i tych, którym nie jest ona dana: agnostyków i ateistów. To jest tym bardziej sytuacja moja jako dziennikarza „Gazety Wyborczej”, jako człowieka żyjącego wśród ludzi rzadko kiedy praktykujących religijnie. Między mną a Wami wobec tamtej mojej różnicy poglądów ta jest zaprawdę minimalna.
PS. Czytelnikom „Buntu” polecam także lekturę dzieła zbiorowego pt. „W drodze za Chrystusem. Kościoły chrześcijańskie w Polsce mówią o sobie” pod redakcją Hanny Trandy i Mirosława Patalona (Wydawnictwo WAM, Kraków 2009). Wśród prezentacji siedmiu Kościołów należących do Polskiej Rady Ekumenicznej oraz rzymskokatolickiego jest tam tekst Pelagii Jaworskiej o wspólnocie, która jest bohaterką mojego felietonu. Cała książka ważna dla wszystkich zainteresowanych nie tylko swoim Kościołem.

Jan Turnau